Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Na początku grudnia, przy okazji wpisu dotyczącego kosmetyków mineralnych od Lily Lolo, wspomniałam, że pozostałe produkty z zestawu, które otrzymałam do zaprezentowania na blogu wymagają jeszcze czasu, by móc wystawić im wiarygodną opinię. Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę napisać, że każdy z nich jest świetny, dlatego tym razem już na wstępie zachęcam Was do wypróbowania ich na własnej skórze:).


Zacznę od sypkiego podkładu z filtrem SPF15. Mam odcień Warm Honey, który jest ciepłym kolorem przeznaczonym dla średniej karnacji. Ma wyważoną dozę żółtego pigmentu.

Zanim się go nałoży wskazane jest, by wykonać peeling i zadbać o nawilżenie cery, ponieważ może podkreślić przesuszone miejsca na skórze. Postępujemy jak w przypadku wszystkich mineralnych podkładów, czyli nakładamy go dedykowanym do tego celu pędzlem i rozprowadzamy kolistymi ruchami.

Informacja od producenta:
Siłą podkładów mineralnych Lily Lolo jest bez wątpienia ich prosty skład. Nie ma tutaj miejsca dla drażniących substancji chemicznych, syntetycznych substancji zapachowych, wypełniaczy czy parabenów. Podstawą natomiast jest grupa składników pochodzenia naturalnego. Korzyści z używania podkładu mineralnego to nie tylko natychmiastowy efekt pięknej i promiennej cery, ale również po dłuższym stosowaniu minerałów – właściwości łagodzące. Kosmetyki Lily Lolo mogą być stosowane nawet przez osoby o cerze trądzikowej lub ze skłonnością do alergii i zaczerwienień, ponieważ nie podrażniają i nie zapychają porów, jednocześnie zapewniając dobre krycie.
Podkład dozuje się bez problemu, ponieważ otwory w sitku są wystarczająco duże, by już za pierwszym razem przesypać odpowiednią ilość potrzebną do pokrycia całej twarzy.

Zapewnia krycie na poziomie od lekkiego+ do średniego (większe niedoskonałości trzeba zatuszować korektorem), ładnie scala się z cerą, nie podkreśla rozszerzonych porów.  Zaleca się wykańczać i utrwalać go mgiełką, ale i bez niej wygląda na skórze bardzo dobrze, ponieważ nie ma pudrowego i suchego wykończenia. Ponadto jest trwały, nie zapycha i nie warzy się.

Jeśli nie jesteście pewne, na który odcień się zdecydować, istnieje możliwość zamówienia próbek bądź dopasowania odpowiedniego koloru według tabeli, którą  znajdziecie tutaj ---> http://www.costasy.pl/menu,139,jak_dobrac_idealny_podklad.

Skład podkładu:
  • mika (Mica) – to właśnie mice podkłady zawdzięczają swoją lekkość i jedwabistość,
  • tlenek cynku (Zink Oxide) – posiada właściwości antybakteryjne i kryjące,
  • dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) – biel tytanowa; ma działanie kryjące,
    i jest naturalnym filtrem UV,
  • tlenki żelaza oraz ultramaryna – pigmenty mineralne.
Jeśli chodzi o pędzel Super Kabuki, na ten moment mogę podzielić się jedynie pierwszym wrażeniem, ponieważ pełną recenzję w przypadku tego typu akcesoriów publikuje się najwcześniej po sześciu miesiącach użytkowania.

Zdążyłam się zorientować, że jest to jeden z najpopularniejszych pędzli marki i już wiem, dlaczego zyskał miano ulubieńca wielu kobiet:). Doceniłam jego walory wizualne, solidne wykonanie oraz wysokiej jakości syntetyczne włosie, które jest sprężyste i bardzo miękkie, co sprawia, że wykonywanie makijażu jest przyjemnością:). Nie zauważyłam, by przez okres dwóch miesięcy wypadł z niego choćby jeden włos.

Super Kabuki jest dużym pędzlem (wysokość trzonka - 3 cm, wysokość samego włosia - 4 cm,  średnica szczytu włosia - ponad 5 cm), ponadto jest wyprofilowany w taki sposób, że z łatwością dotrze do małych partii twarzy takich jak skrzydełka nosa czy okolice oczu, co oznacza, że można nim zaaplikować podkład dosłownie w okamgnieniu;).

Kolejnym produktem, który testowałam była mgiełka utrwalająca. Przeznaczona jest do wykończenia i utrwalenia makijażu, który po jej użyciu ma prezentować się perfekcyjnie (bez smug i osadzania się w zmarszczkach). Zawiera w składzie:
  • aloes i pantenol, które mają właściwości kojące, nawilżające oraz zatrzymujące wodę w skórze,
  • ekstrakt z zielonej herbaty, który jest silnym antyoksydantem. 
Od razu można zauważyć, że nadaje skórze intensywnie świetliste wykończenie. Odmieni każdy ciężki i pudrowy podkład w lekki i upiększający. Jeśli mimo wszystko tuż po nałożeniu podkładu pojawią się jakieś suchości, mgiełka na pewno je zniweluje.

Mogę potwierdzić to, że przedłuża trwałość makijażu, ale tak jak wspomniałam wcześniej, mnie w zupełności zadowala wykończenie i trwałość podkładu mineralnego, więc na ogół sięgam po nią, gdy potrzebuję ulepszyć inne podkłady;). Jeśli miałabym wskazać jakąś wadę, byłby nią atomizer, który dozuje za dużo produktu (tak duże krople trudno nazwać mgiełką;)). Warto zatem spryskiwać twarz z nieco większej odległości.

Makijaż z podkładem mineralnym w roli głównej;)

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena regularna: podkład - 81.90 zł; pędzel - 91.90 zł; mgiełka - 60.40 zł
  • PAO: podkład - 24 miesiące; mgiełka - 6 miesięcy
  • pojemność: podkład 10 g w 40 ml słoiczku; mgiełka - 50 ml
Z przyjemnością poczytam w komentarzach o Waszych doświadczeniach z kosmetykami tej marki:).
Witajcie! :)

Świat perfum, mimo że pozornie nosi znamiona hermetycznego, jest otwarty na żądnych porywającej przygody podróżników zapachowych:). Wkraczając do niego, od razu mamy przeświadczenie, że już się nie wycofamy - poddajemy się prądowi i chcemy wniknąć w tę rzeczywistość jeszcze bardziej. Po czasie, kiedy poczujemy się już pewniej, zauważymy, że ogromną frajdę sprawia nam eksplorowanie mroczniejszych, niepopularnych lub zapomnianych przez innych zakątków, a także przecieranie nieutartych jeszcze ścieżek, bo z pewnością zgodzicie się ze mną, że dopiero własne poszukiwania dostarczają największej satysfakcji:).

Na tym etapie każdy z nas mógł powiedzieć o sobie, że jest pasjonatem, ale czuliśmy, że budowanie indywidualnej kolekcji, rozkoszowanie się na co dzień aromatami swoich ulubionych pachnideł i rozmowy o nich z każdym, kto tylko wykazał odrobinę zrozumienia dla naszego hobby to zdecydowanie za mało;).  Chcieliśmy pogłębić swoją wiedzę o historie, które kryją się za każdym flakonem i dowiedzieć się co sprawiło, że m.in. perfumy, których fenomenu może nie do końca jesteśmy w stanie dziś zrozumieć, były kiedyś kochane. Oprócz zgłębiania aspektu stricte chemicznego, byliśmy również żądni ciekawostek, skandali osnutych wokół premier konkretnych perfum, niesnasek między domami perfumeryjnymi, a także pozyskania informacji o kampaniach reklamowych i tego jak kiedyś funkcjonowały perfumy w prasie, literaturze, teatrze, kinematografii oraz jak bardzo były one zintegrowane z ówczesnymi obyczajami.

Z częścią z tych faktów zdążyliśmy się zaznajomić w publikacjach, które pojawiły się na rynku na przestrzeni ostatnich lat, natomiast w takiej dość szerokiej perspektywie ta wiedza stoi przed nami otworem w wydanej nakładem Wydawnictwa Kobiecego książce pt. Perfumy. Stulecie zapachów autorstwa Lizzie Ostrom. Przyznaję, że zanim trafiła w moje ręce, obawiałam się niekomunikatywnego, drętwego języka, powierzchownego ujęcia tematu, jak również koncepcji, którą mógłby być pozbawiony emocji leksykon, jednakże indywidualna ekspresja autorki tak bardzo mnie ujęła, że moje wszelkie obawy  od razu zostały rozwiane i poczułam jak otwierane są przede mną drzwi do magicznej i pasjonującej  opowieści o najwspanialszych zapachach XX wieku. A trzeba przyznać, że Ostrom potrafi zjednać sympatię czytelników, nazywając ich już na samym wstępie ekspertami w dziedzinie perfum:).


Autorka przeprowadza czytelników przez burzliwy wiek XX i udowadnia, że perfumy każdej dekady były spójne z hołdowaniem określonemu stylowi życia i odzwierciedlały to, co w danej epoce było atrakcyjne.

Poznamy historie marek (także ich losy w okresie wojennym) i przyjrzymy się ich błyskotliwemu rozwojowi. Wyobrazimy sobie te wszystkie ekscentryczne kampanie reklamowe, które wówczas przyczyniły się do spektakularnego sukcesu perfum. Autorka odkryje przed nami motywacje, jakimi kierowano się, nosząc perfumy w każdym dziesięcioleciu. Oprócz dziesięciu najwspanialszych perfum w danej dekadzie, zapoznamy się w obrębie wielu z tych historii z zestawieniem perfum z konkretną nutą oraz przeglądem podobnych zapachów do tych, które zostały okrzyknięte mianem przeboju. Książka nie poskąpi nam również wzmianek o zabawnych, czasem dziwacznych zasadach związanych z kulturą perfumowania się i w końcu zrozumiemy, gdzie upatrywać źródła w niepopartym dowodami poglądzie na to, że lekkie kwiatowo-owocowe perfumy bardziej pasują blondynkom, a ciężkie orientalne brunetkom;).

Poza tym uzyskamy odpowiedzi m.in. na poniższe pytania:
  • jak wyglądały pierwsze chwyty marketingowe?
  • jak się nazywa urządzenie, które analizuje składy perfum konkurencji i pozwala kopiować zapachy?
  • czym jest technologia Headspace?
  • czy stworzono zapach, który sprawdziłby się na każdą okazję? 
  • która marka jako pierwsza wprowadziła na rynek perfumy dla dzieci?
  • kiedy po raz pierwszy artyści stali się ambasadorami marek perfum?
  • które przedsiębiorstwo zrozumiało, jak wielkie znaczenie ma pięknie zaprojektowany flakon?
  • która marka może poszczycić się zapachem najbardziej okazałej tuberozy?
  • w której dekadzie królował fiołek, a w której gardenia i jak bardzo te upodobania miały przełożenie na codzienną rutynę?
Autorka zauważa coraz silniejszą potrzebę ludzi, by pachnieć inaczej niż wszyscy, dlatego też wspomina o ukłonie pasjonatów w stronę perfumiarstwa niezależnego i niszowego, które od 2000 roku przeżywa niebywały rozkwit. Dla wszystkich, którzy swobodnie poruszają się w tej dziedzinie, rozdział pt. Nowe Stulecie będzie nie lada gratką. Szkoda tylko, że nie jest obszerniejszy, ale wiadomo, że ten temat wymaga odrębnego opracowania;).

Całą opowieść chłonęłam z przyjemnością za sprawą erudycyjnego języka doprawionego szczyptą humoru. Spodobało mi się swobodne operowanie ironią, zgrabne przejścia z interpretacji sposobu ukazania perfum w różnych dziedzinach sztuki do podania czysto chemicznej wiedzy na temat receptur i opowiadanie o perfumach tak, jakby były ożywionymi bytami. Dzięki tej książce, oprócz możliwości poznania ducha każdej z dziesięciu perfumeryjnych epok, można nabrać jeszcze większego szacunku do zapachów konstruowanych według starej szkoły perfumiarstwa i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy.

Serdecznie zachęcam Was do wzięcia udziału w rozdaniu, w którym można wygrać tę książkę (do paczki najprawdopodobniej dołączę dodatkowo jakąś drobną niespodziankę:)). Komentarz konkursowy musi zawierać poniższe wytyczne:
  • wystarczy, że w dowolny sposób skomentujecie ten post do 31 grudnia -> można odnosić się bezpośrednio do treści wpisu, oczekiwań wobec książki bądź ogólnie do perfum (wybiorę najciekawszy komentarz),
  • zamieścicie informację o tym, pod jakim nickiem publicznie obserwujecie bloga,
  • podacie adres e-mail, z którego w przypadku wygranej wyślecie dane do wysyłki.
Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 1 stycznia 2018 roku w tym poście (możliwe jest jednodniowe bądź dwudniowe opóźnienie). Wysyłam wyłącznie na terenie Polski.  
Powodzenia! :)
WYNIKI --- > Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się wziąć udział w rozdaniu. Obiecuję, że w tym roku zorganizuję jeszcze kilka niespodzianek dla osób, które zaglądają na mojego bloga i poświęcają swój czas, by choćby od czasu do czasu pozostawić na nim swój komentarz. 
Tym razem wyłoniłam zwycięzcę na podstawie tego czy treści, które publikuję są dla kogoś użyteczne i czy inspirują do własnych poszukiwań w dziedzinie perfum. Jest mi ogromnie miło, że Black Cat (Kate) odkryła dzięki mnie wyjątkowy niszowy zapach i stała się miłośniczką perfum z tego nurtu. Życzę Ci przyjemnej lektury! :) Czekam na dane adresowe. Mój adres mailowy znajdziesz w zakładce ,,kontakt".
Dodatkowe informacje o książce:
  • dostępność - m.in. Wydawnictwo Kobiece
  • oprawa twarda, liczba stron - 454
  • cena regularna - 44.90 zł
Witajcie!

Tak jak wspomniałam na początku listopada, postanowiłam na jakiś czas wrócić do kosmetyków mineralnych różnych firm, żeby wyrobić sobie w końcu jakieś sprecyzowane zdanie na ich temat i oczywiście po to, aby znaleźć idealnie skrojone pod moje oczekiwania perełki. Nie sprawia nam przecież przyjemności używanie średniej jakości kosmetyków - szukamy takich, które zapewnią wyłącznie zniewalający efekt;).

W najbliższym czasie chciałabym zaprezentować Wam kilka propozycji z oferty brytyjskiej marki Lily Lolo. Dzisiaj pokażę pierwszą część zestawu kosmetyków, które otrzymałam, pozostałe natomiast wymagają wydłużonego czasu testowania, żeby móc wyrazić o nich rzetelną opinię, więc jeszcze się wstrzymam;). Na pierwszy ogień idą zatem: mocno kryjąca szminka oraz paletka do modelowania/konturowania twarzy Sculpt&Glow Contour Duo, w której znajdziemy rozświetlacz i puder brązujący.

Producent o swoich kosmetykach:
Kosmetyki mineralne Lily Lolo zamiast drażniących substancji chemicznych, sztucznych barwników, parabenów, nanocząsteczek i wypełniaczy są w 100% naturalne, pozbawione wszelkiej chemii. Nie zatykają porów, posiadają również właściwości antybakteryjne, które znacząco poprawiają wygląd cery.

Chciałabym zaznaczyć, że każdy produkt, który pokazuję na blogu oceniam pod kątem wymagań skóry po trzydziestym roku życia, a więc poprzeczka jest zawieszona nieco wyżej niż wtedy, gdy rozpoczynałam przygodę z dzieleniem się spostrzeżeniami o kosmetykach kolorowych i pielęgnacyjnych na łamach swojej strony. Zawsze też staram się podpowiedzieć w przypadku formuły, która się u mnie nie sprawdziła, komu ewentualnie mogłaby posłużyć lepiej. Piszę o tym, ponieważ akurat jedna z nich wyjątkowo nie chciała zgrać się z moją cerą i nie sprawdziła się nawet w innej zastępczej roli. Zacznę jednak od tego, z czego jestem bardzo zadowolona.
  

Przechodząc do rzeczy, uwielbiam szminki w żywych kolorach, dlatego odcień Passion Pink od razu przykuł moją uwagę. Jest opisany jako fuksja, a więc długo nie musiałam się zastanawiać;). W rzeczywistości jest nieco inny - to moim zdaniem odważny intensywny róż pogłębiony barwą soku buraczkowego.

W składzie pomadki znajdziemy witaminę E, woski, organiczny olejek jojoba i ekstrakt z rozmarynu. Jeśli chodzi o aplikację, nakłada się ją z łatwością (nie wyczuwam żadnego oporu).  Wykończenie jest kremowe z wyrazistym połyskiem, a za takim właśnie przepadam - do matowego chyba nigdy się nie przekonam;). Pomadka jest bezzapachowa, zapewnia pełne krycie, nie migruje poza kontur ust, nie podkreśla suchych skórek, jest bardzo komfortowa w noszeniu. Nie trzeba się obawiać przesuszania - moim zdaniem jej walory pielęgnacyjne zapewnią odpowiednie nawilżenie i regenerację nawet wymagającym ustom. Ta naturalna szminka cechuje się również dobrą kilkugodzinną trwałością.

Lubię po nią sięgać wówczas, gdy mam w planach wykonać wieczorowy, bardziej efektowny makijaż. Na co dzień ten kolor jest dla mnie zbyt śmiały, dlatego nakładam sztyft w minimalnej ilości, po czym łączę go z bezbarwnym błyszczykiem.

Zestaw do modelowania twarzy mieści w sobie matowy puder brązujący w jasnym karmelowym kolorze w neutralnej tonacji oraz rozświetlacz, który w opakowaniu wygląda na szampański, natomiast dopiero na skórze ukazuje chłodniejszą barwę; nie zapewnia może całkowicie bezdrobinkowej tafli, aczkolwiek jest to efekt, który jak najbardziej można nazwać gustownym;).

Konsystencja obu produktów jest jedwabista, kosmetyki bardzo dobrze się rozcierają, nie pylą się, nie mogę też zarzucić nic ich trwałości. Zawierają w składzie m.in. olejek arganowy i wyciąg z mikołajka nadmorskiego. Czuć, że receptura bazuje na olejkach, ponieważ ta nuta zapachowa dyskretnie daje o sobie znać.

Moim ulubieńcem z tego duetu jest puder brązujący, który świetnie sprawdzi się do subtelnego dziennego konturowania. Uważam, że prezentuje się na skórze pięknie i naturalnie. Nie jestem za to usatysfakcjonowana rozświetlaczem, ponieważ w miejscach, w których zostanie nałożony podkreśli każde załamanie skóry, a po kilku godzinach mocno wyeksponuje siateczkę zmarszczek, która wprawi w niemałe osłupienie:/.  Z tego samego powodu nie nadaje się również jako cień do powiek. Podsumowując, sądzę, że ten zestaw sprawdzi się świetnie u młodych kobiet - dojrzalsze cery potrzebowałaby rozświetlacza, który wykazuje właściwości wygładzające.


Makijaż z użyciem zestawu do modelowania twarzy (puder brązujący znajduje się również na powiekach):

Makijaż z użyciem pomadki w odcieniu Passion Pink:

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena:  paletka do konturowania - 90.90 zł; szminka - 54.90 zł
  • PAO: 12 miesięcy; pomadkę powinnam zużyć do lipca 2019 roku, więc podejrzewam, że jest to okres dwuletni
  • pojemność: 10 g; 4 g

Witajcie! :)

Początek grudnia to doskonały moment, aby wprowadzić na blogu odrobinę świątecznej aury i z pewnością godnie zainicjują ją perfumy korzenne naszej rodzimej niszowe marki perfumeryjnej:).

Wstępnie planowałam umieścić zapachy Piotra Czarneckiego w pewnym przemyślanym zestawieniu tematycznym, natomiast każdy kolejny dzień obcowania z nimi, jak również niezwykle inspirująca historia firmy utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę poświęcić tej sprawie oddzielny wpis:).


Sukces pana Piotra jest potwierdzeniem tego, iż wielka pasja związana z zapachami połączona z marzeniem o kreowaniu wyrafinowanych pachnideł i ,,ubieraniem" ich we flakony własnego projektu, zespolona z wieloletnim doskonaleniem się w komponowaniu perfum musi w końcu przynieść owoce.

Stworzone w domowym zaciszu zapachy Piotra Czarneckiego (na co dzień pracującego jako instruktor tańca) wzbudzały ogromny zachwyt wśród jego współpracowników, podopiecznych, a także przyjaciół i rodziny. To był właśnie ten moment, w którym twórca był już usatysfakcjonowany aromatami, które wychodziły spod jego ręki i zapewne z radością wysłuchiwał wygłaszanych na każdym kroku pochwał:).

Perfumiarz Piotr Czarnecki na poniższej fotografii znajduje się po lewej stronie:

2014 rok okazał się być przełomowym w karierze twórcy, bowiem to właśnie wtedy, zachęcony wsparciem życzliwych mu osób, zdecydował się wziąć udział w międzynarodowy plebiscycie ,,The Art and Olfaction Award For Excellence in Perfumery" dedykowanym dla niezależnych twórców.

Zapach, który nosił wówczas nazwę Sensei zagwarantował Czarneckiemu zaproszenie na galę finałową, na której z najznamienitszej dziesiątki miała zostać wybrana najlepsza kompozycja. Perfumiarz był zobligowany wysłać flakon swojego dzieła, toteż trzeba było szybko zaprojektować butelkę dla aromatu, któremu kształt aktualnie nadawały laboratoryjne naczynia;). Finalny projekt możecie zobaczyć na zdjęciu obok - zamysł był taki, by Sensei występował w wersji 3 w 1, czyli w postaci wody toaletowej, wody perfumowanej i ekstraktu. Pozostało tylko nadanie przesyłki do Stanów Zjednoczonych:). I mimo że nie przypadł mu laur zwycięstwa, owo wyróżnienie otworzyło naszemu twórcy wiele drzwi. Dziś jego zapachy dostępne są w perfumeriach niszowych, dzięki czemu możemy dostarczać sobie wybornej uczty dla zmysłów:). I pomyśleć, że zaczęło się od dziecięcych prób mieszania olejków kupionych w sklepie zielarskim i przeprowadzania różnych zapachowych eksperymentów:).

Chciałabym zaprosić Was teraz do przeczytania o moich wrażeniach na temat dwóch wyrafinowanych perfum tej marki i jednocześnie zachęcić do ich przetestowania:

She Shihan - Kto nie skusiłby się na poznanie zapachu, który w recenzjach funkcjonuje na ogół jako wyobrażenie ciasta śliwkowego z kruszonką?:) W rzeczywistości nie jest on tak jednoznaczny, aczkolwiek skojarzenie z wypiekami jest w jakimś stopniu uzasadnione. Na mojej skórze She Shihan jest przede wszystkim  mocno sensualnym i zawiesistym odzwierciedleniem łagodnego owocowego orientu w najszlachetniejszym wydaniu. Nie da się rozmontować tego zapachu na poszczególne składniki i przedstawić go wedle schematu nut głowy, serca i bazy. Za każdym razem zaskakuje i oczarowuje odsłonami. Wydaje mi się jednak, że najtrafniejszym opisem byłaby wizja śliwek w czekoladzie z rumem połączonych z aromatem ciężkiej gęstej róży na pudrowej chmurze. Czasem rzeczywiście pojawia się skojarzenie z wypiekami, ale żądna uwagi róża nie pozwala na długo przylgnąć do tej myśli;). Zapach jest słodki, choć uważam, że nie zbliża się do tej ryzykownej granicy, za którą już tylko przytłaczająco ulepna zgroza;). Ten zapach jest jednym z moich największych odkryć tego roku♥.

Shihan - skład tych perfum nie zachęcił mnie do zamówienia próbki. Z góry założyłam, że mogłyby być uciążliwe za sprawą przesadzonej ilości piekących przypraw. Zmieniłam zdanie, gdy któryś raz trafiłam na wzmiankę o tym, iż jest w nich wyczuwalne pewne cukiernicze ogniwo, które kojarzy się ze świeżo upieczonym piernikiem - wówczas wszelkie obawy zostały rozwiane;). Tuż po spryskaniu nimi skóry przyszła mi na myśl rozgrzewająca kawa piernikowa, której aromat przeplata się z pylistym kakao, po czym miałam wrażenie jakby ktoś podstawił mi pod nos przyprawę do piernika, czyli aromatyczną mieszankę cynamonu, imbiru, goździków, gałki muszkatołowej i kardamonu. W Shihan role dynamicznie się zmieniają, dlatego już za chwilę na pierwszy plan przenika sugestywna woń korzennej herbaty, czasem grzanego wina z goździkami, cynamonem i suszonymi jabłkami - ten aromat będzie się pojawiał już do samego końca, natomiast zostanie wzbogacony o skórzano-śliwkowe tło okraszone wstawkami świeżego tytoniu. Warto też wspomnieć, że na świeżym powietrzu w chłodne dni pachnie nieco wyniośle, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się przyprawy korzenne i wtedy właśnie nabiera półwytrawnego oblicza, w zamkniętych pomieszczeniach pięknie dominują i przeplatają się ze sobą różne gourmandowe akcenty w idealnie wyważonej proporcji. Zapach bardzo zaskoczył mnie tym, że jest taki ,,temperamentny" i wielopłaszczyznowy.

Dodatkowe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość do siedmiu godzin, projekcja dobra
  • przeznaczenie - raczej okazje nieformalne; zarówno na dzień, jak i na wieczór;  szczególnie polecam na okres jesienno-zimowy
  • dostępność - perfumerie niszowe
  • cena - każdy z nich można otrzymać w cenie 380 zł za 100 ml
*zdjęcia flakonów i fotografia, na której znajduje się twórca zostały pobrane ze strony magazynu o perfumach Fragrantica:
https://www.fragrantica.pl/perfumy/Piotr-Czarnecki/She-Shihan-She-Sensei--26832.html
https://www.fragrantica.pl/perfumy/Piotr-Czarnecki/Shihan-Sensei--25964.html
https://www.fragrantica.pl/wiesci/SENSEI-wywiad-z-Piotrem-Czarneckim-866.html
Witajcie! :)

Przepadam za olejkami, dlatego od dawna stanowią one podstawę mojej codziennej pielęgnacji. Dotychczas nie miałam jeszcze tylko okazji przekonać się jak sprawdzają się do mycia ciała, dlatego kiedy od marki Roge Cavailles, która specjalizuje się w produkcji dermokosmetyków otrzymałam pytanie czy zechciałabym napisać na blogu o wybranych przez siebie produktach, od razu wiedziałam, że koniecznie muszę wypróbować olejki przeznaczone do kąpieli i pod prysznic, mimo że reszta asortymentu również wydawała się być interesująca:). Wiem jednak, że wśród Was są zwolenniczki tego konkretnego rodzaju kosmetyków, więc uznałam, że być może będziecie zainteresowane moją opinią na ich temat:).

Kilka słów o producencie:
Rogé Cavaillès to lider wśród francuskich marek aptecznych, oferujących produkty pielęgnacyjne do ciała. Od ponad 90 lat słynie z rozległej specjalistycznej wiedzy, niezawodności oraz z wysokiej jakości gamy do mycia ciała oraz produktów przeznaczonych do pielęgnacji skóry delikatnej i wrażliwej. Kosmetyki tej firmy są hipoalergiczne, zawierają czynniki pielęgnacyjne Surgras.

 Zdecydowałam się przetestować dwie wersje:
  • aksamitną - formuła wzbogacona naturalnym olejkiem ze słodkich migdałów  i olejkiem arganowym intensywnie odżywia skórę, pozostawiając ją miękką, jedwabistą i gładką;
  • orzeźwiającą - za sprawą naturalnego olejku sezamowego i olejku z cedratu kosmetyk delikatnie oczyszcza i intensywnie odżywia skórę.
Jeśli chodzi o zapachy, wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Nie akceptuję chemicznym aromatów w kosmetykach i choćby miały wzorowo spisywać się na skórze, nie sięgnęłabym po nie z tego właśnie powodu - liczy się nie tylko działanie, ale również przyjemność podczas stosowania:).

Tutaj mamy do czynienia z dopracowanymi kompozycjami zapachowymi, choć o wiele ciekawszą jest delikatna orientalna woń wersji aksamitnej. Drugi zapach jest intensywniejszy i pachnie niczym werbena cytrusowa:). Pierwszy działa na zmysły relaksująco i kojąco, drugi energetyzująco.
Utrzymują się na skórze przed dłuższy czas.


Kosmetyk nie jest typowym olejkiem - przypomina bardziej mieszaninę olejku i żelu. Konsystencja jest średnio gęsta, rozprowadza się gładko i dość dobrze pieni. Olejki mają nietłustą formułę, a skóra po kąpieli jest nie tylko dobrze oczyszczona, ale również zadbana (nawilżona i odżywiona). Bacznie przyglądałam się czy nie wywołają podrażnienia, ponieważ kilka razy zdarzyło mi się trafić na różnego rodzaju ,,hipoalergiczne" specyfiki, które poczyniły niemałe spustoszenie na mojej skórze, a które wyszły spod szyldu cenionych marek określających się mianem ekologicznych. W tym przypadku nie zauważyłam niczego niepokojącego.

Mam w zwyczaju sprawdzać kosmetyki także pod kątem wielofunkcyjności i nie inaczej było tym razem, dlatego zapewniam, że olejki świetnie sprawdziłyby się nie tylko do mycia całego ciała, ale również do mycia włosów i to odkrycie sprawiło, że na wszelkie wyjazdy nie zabieram już arsenału kosmetyków:).

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z działania obu olejków, aczkolwiek ponownie planuję sięgnąć po aksamitną wersję o orientalnym zapachu, ponieważ jej aromat w sposób szczególny wpisał się w moje preferencje. Polecam te olejki wszystkim, którzy cenią właściwości oczyszczające połączone ze skuteczną pielęgnacją.


Dodatkowe informacje o produktach:
Witajcie! :)

Do tej pory byłam zwolenniczką płynnych podkładów, ponieważ wydawało mi się, że formuły mineralne w formie sypkiej i prasowanej prezentują się na skórze ciężko i sucho, nie są trwałe, a po kilku godzinach  i tak przeistoczą się w nieestetyczne ciastko. Ponadto byłam przekonana, że nie posiadają właściwości wygładzających, a jest to najistotniejsza cecha, która decyduje o tym, czy kupię kosmetyk ponownie.

Znalazłam sposób na to, żeby mój dotychczasowy podkład w kompakcie wyglądał znośnie i nakładałam go za pomocą uprzednio zwilżonego hydrolatem pędzla, ale pozostał jeden mankament, który i tak zniechęcał mnie do regularnego stosowania - nadal nie byłam usatysfakcjonowana poziomem zniwelowania rozszerzonych porów. 

Kiedy zapoznałam się z dość entuzjastycznymi opiniami o podkładach polskiej marki Pixie Cosmetics, uznałam, że warto je wypróbować. Szczęśliwym trafem udało mi się we wrześniu wygrać na instagramowym profilu marki podkład ze złotem Minerals Love Botancals i dzięki temu mogę się dziś podzielić z Wami opinią na jego temat:). 

Informacja od producenta:
Minerals Love Botanicals łączy ze sobą dwa światy: mineralny i roślinny. Unikalna kombinacja kryjących pigmentów mineralnych oraz wyselekcjonowanych substancji roślinnych (sproszkowanego bambusa oraz mączki owsianej) tworzy na skórze jedwabisty film mineralny, nadaje cerze naturalne, jednolite i nieskazitelne wykończenie. Niedoskonałości znikają, a twarz wygląda świeżo i naturalnie. Pomimo sypkiej konsystencji, zapewnia lekko kremowe odczucie gładkości na skórze, idealnie stapia się z cerą. Luksusowa formuła podkładu zawiera dodatkowo drobiny koloidalnego 24-karatowego złota.

Kolor, na który się zdecydowałam, czyli Creamy Natural jest jasnym kremowym odcieniem utrzymanym w neutralnej tonacji. Na ten moment jest dla mnie trochę za jasny, dlatego ocieplam go odpowiednią ilością pudru brązującego;).   

Aplikowałam go na cztery różne sposoby:
  • tak jak zaleca producent, czyli na gołą skórę;
  • na gołą skórę + wykończenie mgiełką utrwalającą;
  • identycznie jak z poprzednim podkładem mineralnym, czyli za pomocą pędzla zwilżonego hydrolatem;
  • na skórę, w którą zdążyło się wchłonąć lekkie serum na bazie olejków.
Trzecia metoda w ogóle nie ma racji bytu w przypadku tego podkładu, bowiem z pewnością zafundujemy sobie smugi, druga z kolei zapewnia piękny świetlisty efekt (jeśli kojarzycie płynny podkład Teint Couture od Givenchy, to wiecie, o jakim wykończeniu piszę;)), z tymże zrezygnowałam z niej, gdyż zauważyłam, że moja twarz po kilku godzinach zaczyna się nadmiernie świecić. Pierwsza metoda jest świetna, ponieważ podkład wraz z chwilą ukończenia makijażu (czyli po ok. 15 minutach) jest już dobrze zespolony ze skórą, natomiast muszę zaznaczyć, że jeśli będziecie miały miejscowe przesuszenia, zostaną one uwidocznione. Dopiero czwarta metoda została zwieńczona sukcesem, gdyż podkład w pełni ukazał wszystkie swoje walory wówczas, gdy został nałożony na bazę, którą stanowiło lekkie serum zawierające w składzie olejki (podejrzewam, że na kremie nawilżającym będzie identycznie).

Jak nakładać ten podkład?
U mnie najlepiej sprawdza się metoda polegająca na wstępnym stemplowaniu i rozcieraniu kolistymi ruchami owych placków, które sobie zmalowałam;). Rewelacyjnie spisze się tu duży pędzel typu kabuki. 

Zwykle jestem zadowolona już z pierwszej warstwy (ewentualnie dokładam odrobinę na skrzydełka nosa i czoło. Nie uzyskamy efektu maski nawet jeśli nałożymy dwie lub trzy warstwy. Podkład zapewnia krycie od lekkiego+ do średniego. Przy większych niedoskonałościach konieczne będzie użycie korektora. Polubiłam Minerals Love Botanicals, ponieważ w ogóle nie czuć go na skórze, koloryt mojej cery jest idealnie ujednolicony, drobne przebarwienia przykryte, struktura skóry wygładzona, a przede wszystkim nie widać, że znajduje się na niej produkt korygujący jej mankamenty;). Poza tym na pochwałę zasługuje jego doskonała trwałość.

Często się słyszy, że jeśli trafi się na wysokiej jakości mineralny podkład, nie będzie się odczuwało potrzeby powrotu do tradycyjnych formuł. Ja akurat nie chcę ograniczać się tylko do tego obszaru, ponieważ lubię testować kosmetyki z różnych kategorii, ale potwierdzam, że doświadczenie z tym produktem jest bardzo miłym zaskoczeniem i z przyjemnością sięgnę kiedyś po niego w cieplejszym i nieco ciemniejszym odcieniu. Według mnie zasługuje na najwyższą notę w szkolnej skali ocen, czyli szóstkę i nie pozostaje mi nic innego jak tylko serdecznie polecić go Wam do rozważenia podczas najbliższych zakupów kosmetycznych.


Makijaż z podkładem (jedna cienka warstwa) w roli głównej w różnym oświetleniu:


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 6,5 g
  • cena - 89 zł + koszt wysyłki (aktualna cena wynosi 57 zł, ponieważ marka wyprzedaje podkłady o tej gramaturze, po czym planuje wprowadzić opakowania w pojemności 10 g)
Witajcie! :)

Pierwszy raz miałam styczność z formułami mineralnymi przy okazji używania palety,,Ready to go" z bareMinerals i moje wrażenia po przetestowaniu tych pięciu różnych kosmetyków były ambiwalentne: puder wykończeniowy i brązer wywarły na mnie jak najlepsze wrażenie, podkład był raczej średniej jakości, natomiast kremowy korektor i rozświetlacz od razu określiłam mianem totalnej pomyłki;). Jak widzicie, nie mogło to być doświadczenie, które jakoś szczególnie skłoniłoby mnie do ochoczego i drobiazgowego zgłębiania oferty marek mineralnych, aczkolwiek nie zniechęciłam się na tyle, by powiedzieć, że już zawsze będę trzymać się tylko tradycyjnych składów. 

Po kilku latach postanowiłam wrócić do minerałów i aktualnie używam kosmetyków czterech marek specjalizujących się w tej kategorii. Czas pokaże, czy któraś z nich szczególnie skradnie moje serce i tym samym będę się ściśle trzymać jej asortymentu, czy może będę sięgać tylko po wybrane produkty każdego z tych producentów.

Na początek chciałabym zaprezentować Wam sypki róż do policzków polskiej marki Clare Blanc. Od razu napiszę, że jest on bardzo udanym zwieńczeniem kilkutygodniowych poszukiwań. Trwało to tak długo, ponieważ moje oczekiwania względem produktu praktycznie codziennie utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie znajdę go ani na półce drogeryjnej, ani selektywnej. Liczyło się dla mnie przede wszystkim matowe wykończenie, żywy i odważny kolor, całodniowa trwałość, a także estetyczne opakowanie. W końcu olśniło mnie, że przecież oferta mineralna prezentuje szeroki wachlarz różów (matowe wykończenia, bogata gama kolorystyczna) i jednocześnie przypomniałam sobie o istnieniu bardzo ciekawej, choć jeszcze mało znanej marce Clare Blanc. Kiedy przeglądałam odcienie na stronie producenta, od razu wiedziałam, że zamówię N*708 Fuchsia, czyli najbardziej ekstrawagancki  ze wszystkich;).


Informacja od producenta:
Róże Claré Blanc to dobrane z najwyższą starannością naturalne składniki połączone z intensywnymi pigmentami. Idealne dla skóry wrażliwej i alergicznej. Zawarty w nich olej jojoba jest bogaty w witaminę A, która wspomaga naturalne funkcjonowanie skóry; witaminę E, która przyspiesza jej regenerację i spowalnia proces starzenia się i witaminę F, która stymuluje wzmocnienie odporności skóry. Naturalny puder jedwabny zawiera 18 łatwo wchłanianych przez skórę aminokwasów o silnym działaniu odżywczym. Naturalnie reguluje wilgotność, dzięki czemu  pokryta nim skóra oddycha, a pory nie zatykają się. Róże Claré Blanc są lekkie, jedwabiście gładkie i bardzo trwałe. Są w pełni przyjazne dla środowiska, wolne od konserwantów, talku i syntetycznych substancji zapachowych.


Fuchsia jest mocnym różowym pigmentem, dlatego uważam, że w przypadku tego niezwykle wymagającego koloru ważne jest, by zastosować zupełnie inną metodę aplikacji. Trzeba nabrać niewielką ilość na pędzel o miękkim, niezbyt mocno zbitym włosiem. Z pewnością dojdziemy do wniosku, że wyszedł nam zbyt ekscentryczny efekt, dlatego konieczne będzie zneutralizowanie koloru poprzez roztarcie palcami. Nie ma obaw - róż jest dość plastyczny, toteż nie spowodujemy plam i prześwitów. W ramach dopowiedzenia dodam, że jako że lubię eksperymentować z kosmetykami, mieszam go czasami z pudrem brązującym i mam tym samym nowy, ale równie ładny kolor zgaszonej maliny, raz na jakiś czas stosuję go też w roli cienia do powiek.

Jestem oczarowana tym, jak ten róż prezentuje się na policzkach. Otrzymałam kosmetyk, który naprawdę urzeczywistnia zapewnienia producenta: nie uzyskałam na policzkach satyny, ani półmatu, tylko najprawdziwszy mat; nie dostałam kosmetyku, który zanika wraz z upływem dnia, a trzyma się na skórze jakbym potraktowała ją farbą;). W związku z tym, że kiedyś zdarzyło mi się trafić na róż, który zapychał skórę, bacznie przyglądałam się swojemu egzemplarzowi pod tym kątem i oczywiście pozytywnie przeszedł ów test;).

Podsumowując, jak najbardziej polecam ten kosmetyk. Jeśli nie przemawia do Was fuksja (zdaję sobie sprawę, że nie będzie to dobry wybór, jeśli chodzi o szybki poranny makijaż przy sztucznym oświetleniu;)), spójrzcie na inne wersje kolorystyczne, a jestem przekonana, że na pewno upatrzycie swój odcień:).

Ja planuję za jakiś czas wziąć pod lupę wersję prasowaną - tam również są obłędne kolory:).

Wersja bardzo delikatna:


Wersja odważniejsza:


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 4 g
  • cena - 74.90 + koszt wysyłki (istnieje możliwość zamówienia próbki 0.5 g w cenie 9.90 + koszt wysyłki)
  • PAO - 24 miesiące
  • kolory na stronie producenta są bardzo dobrze odwzorowane

*Róż kupiłam w sklepie internetowym producenta
Witajcie! :)

Palety przeznaczone do podkreślania konturów twarzy oferuje już chyba każda marka kosmetyczna. Mamy możliwość wyboru preferowanych formuł (kremowe, pudrowe), wykończeń (matowe, satynowe, z drobinkami, błyszczące) oraz odpowiedniej dla naszej karnacji chłodnej bądź ciepłej tonacji odcieni.  Dlaczego uwielbiam konturowanie i opalanie za pomocą kosmetyków kolorowych? Odpowiedź jest prosta - cera momentalnie nabiera życia, a przede wszystkim uzyskuję iluzję, iż moja twarz jest szczuplejsza, a dokładniej... o wiele szczuplejsza ;D.

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam paletę prasowanych pudrów Contour Kit Light to Medium amerykańskiej marki Anastasia Beverly Hills. Swoje spostrzeżenia publikuję po ponad dwóch miesiącach użytkowania i sądzę, że jest to optymalny czas, by wydać rzetelną ocenę o tego rodzaju kosmetyku.

Z przyjemnością korzystam z palety za każdym razem, gdy wykonuję makijaż. Zabieram ją także na wyjazdy, bowiem pudry brązujące i rozświetlacz zastępują mi wówczas cienie do powiek, zdarza się też, że wykorzystuję brązery do podkreślania brwi. Rewelacyjnym pomysłem było zastosowanie w niej opcji wymiennych wkładów, dzięki czemu można uzupełnić paletę o produkty, z których jesteśmy szczególnie zadowoleni bądź zdecydować się na zupełnie inne wkłady w miejsce tych, które nie sprostały naszym oczekiwaniom.


Opis poszczególnych wkładów kosmetyków i ich kolorów:

  • Vanilla - puder rozjaśniający w kolorze waniliowym o matowym wykończeniu;
  • Banana - puder rozjaśniający w żółtym odcieniu o matowym wykończeniu (nie barwi skóry w takim stopniu jak słynny Ben Nye);
  • Sand - puder rozświetlający utrzymany w chłodnej tonacji;
  • Java -  matowy puder brązujący w kolorze czekoladowym, posiada czerwone tony;
  • Fawn - matowy puder brązujący w neutralnym herbatnikowym kolorze;
  • Havana - matowy puder brązujący w kolorze bardzo ciepłego średniego brązu; według mnie nie wybijają się w nim pomarańczowe tony.
Opinia o poszczególnych wkładach:
  • pudry rozjaśniające - prezentują się na skórze przyzwoicie nawet po wielu godzinach noszenia makijażu (nie zauważyłam warzenia się). Są tak lekkie, że mogłabym polecić je do gruntowania korektora pod oczami. Z drugiej strony jako że tylko delikatnie utrwalają i nie posiadają właściwości wygładzających, nie uzupełniłabym palety o te dwa wkłady. Uważam natomiast, że dziewczyny o idealnie gładkich cerach byłyby z nich zadowolone.
  • rozświetlacz - w palecie wygląda na jasny beż z drobinkami, na skórze jest już zdecydowanie korzystniej - to nienachalna rozbielona poświata bez drobinek. Bardzo dobrze się go rozciera. Można budować efekt od subtelnego do intensywnego bez ryzyka, że mocno podkreśli on zmarszczki i rozszerzone pory.  Jak dla mnie mistrzostwo! :) Znakomity kosmetyk idealny zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego. Dzięki niemu przekonałam się do rozświetlaczy utrzymanych w chłodnej tonacji.
  • pudry brązujące - mają jedwabistą strukturę, świetnie nanoszą się na pędzel, są bardzo dobrze napigmentowane. Charakteryzują się plastycznością, co w praktyce oznacza, że nie nastręczają problemów przy rozcieraniu i nawet gdy przesadzi się z ilością, nie ma mowy o tym, że finalnie zafundujemy sobie nieestetyczne plamy - wszystko da się naprawić za pomocą dowolnego pędzla. Poza tym na uznanie zasługuje ich fenomenalna trwałość. W końcu znalazłam produkty, które może nie tyle dorównują, co przewyższają jakością prasowane brązery z bareMinerals:). 

Podsumowując, uważam, że jest to naprawdę dobra paleta. Szczególnie upodobałam sobie  rozświetlacz Sand i dwa brązery: Java (czekoladowy z czerwonymi podtonami)  oraz Havana (bardzo ciepły słoneczny brązy). 


Makijaż wykonany pudrem brązującym Java (konturowanie/użyty jako cień do powiek):


Makijaż wykonany pudrem brązującym Fawn (konturowanie/ użyty jako cień do powiek) i rozświetlaczem Sand:


Makijaż wykonany rozświetlaczem Sand i pudrem brązującym Havana (konturowanie/rozświetlanie/użyte jako cienie do powiek):



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • gramatura - każdy wkład o pojemności 3 g
  • PAO - 12 miesięcy
  • cena - w polskich drogeriach  internetowych do 259 zł
*Paletę wygrałam w rozdaniu zorganizowanym na blogu Land of Vanity .
Witajcie! :)

Na początku września, tuż po tym, gdy na instagramowym profilu Manufaktury Dobrych Kosmetyków stwierdziłam, iż zapach serum do twarzy Perły Jesieni jest z pewnością niesamowity, otrzymałam od właścicielki marki wiadomość, że z chęcią sprezentuje mi ten kosmetyk, żebym mogła skonfrontować z rzeczywistością swojego wyobrażenia o tym aromacie i oczywiście, żebym mogła przekonać się o właściwościach produktu na własnej skórze;). Tym samym po pięciu tygodniach stosowania serum mogę przekazać Wam, jakie są moje spostrzeżenia na jego temat.

Manufaktura Dobrych Kosmetyków o swoich kosmetykach:
Marka powstała z połączenia wiedzy chemicznej z pasją zielarską oraz nieustającego zachwytu nad bogactwem zawartym w każdej roślinie i możliwością wykorzystania go w kosmetykach. Produkujemy kosmetyki z naturalnych surowców takich jak: zioła, zimnotłoczone oleje roślinne, glinki kaolinowe czy bursztyn. [...] Nasze receptury przygotowujemy z niezwykłą starannością oraz w zgodzie ze standardami firm certyfikujących kosmetyki naturalne. Kosmetyki są wolne od SLS, PEG, parabenów i innych szkodliwych substancji chemicznych.

Zacznę od tego, że serum Perły Jesieni pachnie makowcem i dzięki temu mogłam już wczesną jesienią poczuć świąteczną atmosferę:). Warto zaznaczyć, że jego migdałowy aromat nie jest syntetyczny, a wynika z naturalnego zapachu laurowiśni. Zapach jest wyczuwalny tylko podczas wmasowywania specyfiku w skórę, czyli przez ok. 20 sekund, ale i tak zdążę się w trakcie tej czynności nacieszyć jego walorami aromaterapeutycznymi;).

Kosmetyk zawiera w swoim składzie skoncentrowane ekstrakty z owoców lipy, dzikiej róży i jarzębiny. Jest dedykowany cerom suchym, poszarzałym, delikatnym i wrażliwym, potrzebującym nawilżenia, odżywienia i regeneracji

Właściwości i działanie poszczególnych składników:  
  • owoce lipy - zawierają witaminę F (NNKT), śluzy, białka, skrobię i flawonoidy. Wykazują działanie przeciwzapalne, nawilżające i osłaniające, poprawiają elastyczność i sprężystość skóry, zmniejszają łojotok i hamują proces pękania i łuszczenia naskórka, działają wybielająco;
  • owoce dzikiej róży - jedno z najbogatszych źródeł witaminy C. Zawierają minerały (Na, K, P, Mg, Fe, Cu, Zn), kwasy (m.in. bursztynowy, jabłkowy), fitosterole, antocyjany oraz (A, B, PP, K). Wykazują działanie odżywcze, nawilżające, wzmacniające naczynka krwionośne, regenerują, ujędrniają i wygładzają skórę, niwelują przebarwienia;
  • olej z dzikiej róży - zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe (m.in. oleinowy, linolowy, linolenowy), karotenoidy, flawonoidy, kwas retinowy, witaminę E. Intensywnie nawilża, regeneruje oraz likwiduje przebarwienia;
  • owoce jarzębiny - zawierają witaminy C i P, sorbitol, kwas sorbowy, flawonoidy, kwasy, sole mineralne, pektyny, karotenoidy. Wzmacniają i uszczelniają naczynia krwionośne, nawilżają, regenerują, odżywiają i wygładzają. Hamują rozwój bakterii i grzybów. Chronią przed promieniami UV;
  • hydrolat z laurowiśni - działa nawilżająco, przeciwzapalnie, antyseptycznie, wybielająco i ochronnie przeciwko promieniom UV.


Serum jest moim ulubionym rodzajem kosmetyku do pielęgnacji cery, ponieważ mam jak najlepsze doświadczenia z wersjami silnie zmniejszającymi widoczność oznak starzenia się skóry. Tym razem miałam przyjemność używać łagodniejszego specyfiku, który ukierunkowany jest na nieco inne efekty, ale to nie znaczy, że zaniżam jego rangę;).

Serum ma lekką formułę i dość szybko się wchłania. Zawsze kiedy mam do czynienia z nowym kosmetykiem, obawiam się zatykania porów, a co za tym idzie wysypu niedoskonałości. Na szczęście moje obawy szybko zostały rozwiane i nie zauważyłam niczego niepokojącego. I choć na początku myślałam, że nie będzie mu łatwo sprostać wymaganiom mojej cery, to już przy drugiej bądź trzeciej aplikacji okazało się, że znakomicie nawilża i bardzo dobrze radzi sobie z regeneracją skóry.

Zaskoczył mnie skutecznością w sytuacji, w której zupełnie się tego nie spodziewałam. A mianowicie, kilka razy przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich tygodni zaczerwienia i podrażnienia spowodowane inwazyjnymi maskami i podkładami o niezbyt przyjaznych składach. Serum podczas nocnej kuracji rozprawiło się z problemem i rano mogłam cieszyć się ujednoliconą i zdrowo wyglądająca cerą, także dość szybko utwierdziłam się w przekonaniu, że ten niepozorny kosmetyk wiele może zdziałać:). Gdybym nie miała go pod ręką, uratowałby mnie tylko dermokosmetyk z cynkiem i miedzią.

Zaobserwowałam również, że serum normalizuje wydzielanie sebum, dzięki czemu makijaż prezentuje się na takiej bazie świeżo i estetycznie przez długie godziny.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z działania tego produktu, ponieważ wszystkie obietnice producenta zostały spełnione. Odnośnie samej marki, trafia do mnie estetyka opakowań, podobają mi się pomysłowe nazwy kosmetyków, poza tym podejrzewam, że zapachy poszczególnych receptur mogłyby oczarować miłośników deserowych woni (spójrzcie chociażby na scrub piernikowy *_*).

Cóż mogę napisać więcej? Serdecznie polecam przetestować Perły Jesieni na własnej skórze! :)



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena serum w poj. 30 ml - 59 zł
  • PAO - kilka miesięcy (kosmetyk otrzymany na początku września mogłam zużyć do grudnia 2017 r.)
  • dostępność - sklep internetowy Manufaktura Dobrych Kosmetyków -> odnośnik do strony