Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Nawet jeśli znajdziemy kosmetyk, który idealnie wpisze się w zakres naszych oczekiwań, to i tak prędzej czy później nieuchronnie pojawi się pokusa, by wypróbować inny produkt z tej kategorii:). Czasem uda się odkryć perełkę, choć z doświadczenia też wiem, że nierzadko takie eksperymenty kończą się rozczarowaniem.

Tym razem znowu podjęłam ryzyko i swój ulubiony krem pod oczy odstawiłam na jakiś czas, żeby z czystej ciekawości sprawdzić terapię przeciwzmarszczkową z serii Eternal Gold z Organique, za którą stoi w zasadzie mnóstwo pochlebnych recenzji w Internecie - inaczej mówiąc, po prostu nie wypadało nie poznać tego kremu;), zwłaszcza że moje dotychczasowe doświadczenia z kosmetykami tej marki były udane.

Producent informuje o tym, że jest to: 
lekki krem do intensywnej pielęgnacji dojrzałej, przesuszonej i wrażliwej skóry wokół oczu z ekskluzywnej terapii przeciwzmarszczkowej. Zawiera formułę bogatą w naturalne składniki i ekstrakty roślinne. Krem poprawia napięcie i wygładza skórę. Nawilża i natłuszcza, zapewniając efekt szybkiego liftingu. Złote drobinki subtelnie rozświetlają skórę, optycznie tuszując niedoskonałości.

Składniki aktywne:
  • olej z lawendy - napina skórę,  wygładza zmarszczki mimiczne
  • wyciąg z szałwii muszkatołowej - zatrzymuje wodę w naskórku, zwiększa poziom nawilżenia
  • złoto - regeneruje, stymuluje syntezę kolagenu
  • olej sojowy - chroni przed utratą wody, wygładza
  • pantenol - łagodzi, niweluje zaczerwienienia
  • alantoina - przyspiesza regenerację, zmiękcza
  • gliceryna roślinna - zapewnia długotrwałe nawilżenie



Czego oczekiwałam w trakcie stosowania kosmetyku i jakich efektów spodziewałam się po jego zużyciu? Mając na względzie zapewnienia o świetnym nawilżeniu i świadomość o obecności w składzie substancji wygładzających, sądziłam, że utrzymam skórę pod oczami w dobrej kondycji, a dodatkowo pozbędę się drobniejszych linii pod oczami. Jak widać, nie oczekiwałam spektakularnych zmian, a i tak nie zostały one urzeczywistnione.

Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie będę używać tego kremu wówczas, gdy będę wykonywać makijaż, ponieważ wchłania się do matu, nie pozostawiając żadnej warstwy okluzyjnej, a więc wniosek był oczywisty - nałożony pod oczy korektor będzie uwydatniał głębsze zmarszczki i wydobędzie te, które są zupełnie niewidoczne w przypadku, gdy nałożony jest treściwy krem o półtłustej bądź tłustej formule.

Co istotne, kosmetyk wykazuje również silne działanie napinające, które odczuwam jako dyskomfort, ponieważ mam wrażenie paraliżu tego obszaru skóry, a najdrobniejsza reakcja mimiczna powoduje, że moim oczom, o zgrozo, ukazuje się siatka zmarszczek jak gdybym miała o kilkanaście lat więcej niż w rzeczywistości:/.

W związku z powyższym zastanawiam się nad zasadnością umieszczenia złotych drobinek w tej formule. Jaki jest sens doprowadzenia do fatalnego wyglądu skóry, bowiem wygląda na bardzo przesuszoną, i tuszowania tych niedoskonałości przez opalizację?

Włączyłam go zatem do pielęgnacji nocnej i oczywiście dziennej, jeśli zdecydowałam się na dzień bez makijażu. Jeśli chodzi o zapach, określiłabym go jako delikatny z kategorii kwiatowo-orientalnej, choć w kosmetykach do twarzy preferuję bezzapachowe formuły bądź naturalne ziołowe aromaty.
Przy kolejnej próbie postawienia na pielęgnację twarzy z tej firmy, najpierw wezmę próbkę, żeby uniknąć rozczarowania jak w tym przypadku. Nie jestem w stanie wskazać ani jednego pozytywnego aspektu z użytkowania tego kosmetyku - dowiedziałam się jedynie, żeby na przyszłość unikać kremów o działaniu liftingującym.

Dodatkowe informacje: 
  • pojemność - 15 ml
  • PAO - 6 miesięcy
  • wydajność przy częstotliwości stosowania według zaleceń producenta (2 razy dziennie) - od około 6 do 8 tygodni
  • opakowanie zawiera plastikowe wieczko i szpatułkę
  • cena - 65 zł


Witajcie!:)

Moje dotychczasowe doświadczenia związane z użytkowaniem cieni w kremie nie należały do udanych. Na przestrzeni ostatnich lat miałam kilka egzemplarzy z różnych marek i po którymś z kolei podejściu uznałam, że ta formuła nie należy do najtrwalszych. Nikt nie zaakceptuje rolującego się kosmetyku po zaledwie kilkudziesięciu minutach, a skoro po samych rozczarowaniach utrwaliłam sobie negatywną opinię na temat kremowych produktów do oczu, to siłą rzeczy zrezygnowałam z dalszych poszukiwań.

Zmiana mojego nastawienia nastąpiła kilka miesięcy temu, czyli wtedy, kiedy na łamach ,,moich" godnych zaufania blogów trafiłam na recenzje opisujące w samych superlatywach  Creme Shadows włoskiej firmy Nabla. Wtedy też zaczęłam przeglądać kolory i najbardziej spodobał mi się #husky o metalicznym wykończeniu, który opisywany jest jako: 

szarość, srebro z opalizującymi drobinkami w różnych barwach, które sprawiają, że kolor wygląda inaczej w zależności od światła czy pory dnia.
W przypadku tych cieni niemożliwe jest wręcz uchwycenie ich wielowymiarowości, a to jest właśnie cecha, którą wyróżniają się na tle innych. Nie widziałam ani jednego zdjęcia, które oddałoby ten kolor w identycznej odsłonie, w jakiej widzę go na swoich powiekach. A jest on oczywiście taki, jak podają opisy, z tymże ma wyrazistą poświatę w morskim odcieniu, poza tym po nałożeniu na powieki możemy cieszyć się równomiernie rozprowadzonymi drobinkami mieniącymi się na złoto, różowo oraz bordowo. Najlepiej wyglądają w słońcu, dlatego jestem pewna, że na okres wiosenno-letni zdecyduję się na kilka upatrzonych już egzemplarzy.

Dlaczego od pierwszego dnia wiedziałam, że moja przygoda z cieniami w słoiczku z Nabli nie skończy się na tym jednym? Poza nietuzinkowym efektem na powiece, zaskoczyła mnie jego wybitna trwałość, nie zebrał się nawet w minimalnym stopniu w załamaniach powieki, a kolor nie stracił na intensywności.





Sposób nakładania: 
Cień zastyga w ciągu ok. 6-7 sekund, dlatego potrzeba kilku aplikacji, by wypracować własną najskuteczniejszą ,,instrukcję obsługi" tego kosmetyku. Jeśli chcecie uzyskać efekt tafli, radziłabym od razu nabrać na palec odpowiednią ilość cienia i bez zbędnej zwłoki zaaplikować na powiekę, a następnie syntetycznym pędzlem dopracować go tuż nad załamaniem powieki, o ile oczywiście wyjedziecie na ten obszar i zauważycie jakieś niedociągnięcia. Umiejętność nabrania odpowiedniej ilości kosmetyku jest o tyle ważna, że dołożenie produktu na zaschniętą już formułę spowoduje nieestetyczny efekt skorupy, dodatkowo w niektórych miejscach cień zacznie się odklejać.

Dodatkowe informacje:
  • cena: 49.90 zł
  • pojemność: 5 g
  • termin przydatności:  6 miesięcy
  • producent zapewnia o wodoodporności cieni



Ujmując rzecz w maksymalnym skrócie - mamy do czynienia z doskonałą jakością:). Polecam z pełną odpowiedzialnością;). 
Witajcie! :)

Długo omijałam perfumy T. Muglera, a kiedy w końcu nadszedł już ten odpowiedni czas, to zdałam sobie sprawę, że - tak jak przypuszczałam - wiele z nich nie jest z gatunku tych ,,do oswojenia". Zadziwiające jest też to, że już wstępne wrażenia klarujące się na ich temat były właściwie zero-jedynkowe: była to albo natychmiastowa antypatia bez jakichkolwiek szans na zmianę zdania w ciągu najprawdopodobniej najbliższej dekady albo wyjątkowe olśnienie:).
W ferworze początkowych testów umknęła mojej uwadze klasyczna wersja Innocent, ale za jakiś czas ją dostrzegałam i pomyślałam, że po tylu rozczarowaniach (choć bardziej pasuje tu określenie ,,całkowite niedopasowanie do moich preferencji"), to chyba jedna z ostatnich szans na znalezienie w ofercie tej marki zapachu, który poruszyłby struny mojej wrażliwości:). Na szczęście czasami zdarza się, że rzutem na taśmę wygrywamy wszystko;). I tak też się stało w przypadku tego zapachu. W niebywały sposób przeniósł mnie do innej rzeczywistości i od razu wywołał ekscytację. To jedne z niewielu perfum, o których wiedziałam, że będą moje już po pierwszym zaaplikowaniu na skórę.


Zatem jak pachnie Innocent? Otóż właśnie tak jak podpowiada nazwa, czyli niewinnie, choć nadal brzmi to tajemniczo, bo nie wiadomo czy interpretacją tego określenia mają być kwiaty z zielonością czy kwiaty z owocami, a może jednak jakieś inne, bardziej niespotykane zestawienie? Oczywiście trzecia opcja jest tu jedynym możliwym wariantem:).

Postrzegam te perfumy w takim ogólnym rozumieniu jako zapach czysty i krystaliczny, ale bez żadnych mydlanych konotacji. Co zaskakujące, nawet pojawiająca się momentami wyrazista słodycz w moim przekonaniu nie zaburza tego charakteru. Pytanie, które się nasuwa jest następujące: czy te dwa kontrastujące ze sobą żywioły przeszywającego chłodu i otulającej słodyczy mają swoje odwzorowanie w przyrodzie/rzeczywistości? Ja taki aromat odnalazłam m.in. w sopockiej scenerii:).

Pierwsza myśl po zapoznaniu się z tymi perfumami ukazała mi konkretny obraz - tak pachnie mroźne nadmorskie powietrze wzbogacone błogim zapachem, który dociera do nas z pobliskiej pijalni czekolady oferującej również wyśmienite praliny oraz trufle. I tylko wiatr decyduje jak dużo tej słodyczy nam przywieje. Czekoladowych słodkości jest czasem więcej, czasem mniej, ale trzeba przyznać, że stanowią w tych o jakże zimnej naturze perfumach urokliwy detal.

W genialny sposób stworzono nieskomplikowaną, bezpretensjonalną, a jednocześnie wyjątkową kompozycję. Innocent nie dominuje, nie szokuje, nie rozprasza - jest dyskretnym ,,umilaczem" chwil, choć jest też na swój sposób dziwakiem, ale to mnie w nim najbardziej ujęło:).

Perfumy T. Muglera znane są ze swojej zmienności w zależności od pory roku, dlatego też z niecierpliwością czekam na to, co ukaże Innocent późną wiosną i latem:).




Skład:
nuty głowy: mandarynka, bergamotka
nuty serca: czarna porzeczka, słodkie migdały, czerwone jagody
nuty bazy: pralina, ambra, białe piżmo

  • Parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - ok. 5 godzin, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego.




Zatęskniłam za sprawą tego zapachu do takich letnich widoków i jak już wspomniałam, jestem ciekawa jak będzie pachniał m.in. w upalne dni. Jeśli już to wiecie, to z chęcią przeczytam o Waszych wrażeniach:).


Witajcie!:)

W ubiegłym roku najczęściej przemierzałam ścieżki utarte przez perfumy drzewne i z nieskrywaną przyjemnością zatapiałam się wręcz zarówno w wytrawnych, jak i słodkich wydaniach tego rodzaju zapachów. Co więcej, przyglądając się składom moich perfum, a także tych znajdujących się w najbliższych planach do zrealizowania;), bez trudu można wysnuć wniosek, że jestem ewidentnie wielbicielką drzewnych kompozycji. I choć w prawie każdej grupie olfaktorycznej znalazłabym pachnidła, które znakomicie by mnie określały, to jednak wyjątkową jedność czuję z wszelkimi odmianami drewna w różnych konfiguracjach zapachowych. 

Taki właśnie pachnący eliksir;) dotarł do mnie z wyjątkowego miejsca, jakim jest Sense Dubai - perfumerii powstałej z pasji, w której znaleźć można m.in. najwspanialsze zapachy świata Bliskiego Wschodu takich marek jak Yas Perfumes czy Junaid oraz kolekcję unikalnych czystych perfum (koncentracja olejków 36%) Sense Dubai stworzoną na specjalne zamówienie w Dubaju.


Perfumy Sense Dubai 4 to trafna odpowiedź na moje poszukiwania zniewalającego orientalno-drzewnego zapachu z klasą. I tak też się stało, bowiem jest ilustracją tego wszystkiego, co można ująć wyrażeniem zmysłowość w wyrafinowanym wydaniu i nie ma w tej ocenie grama przesady. 

Uwielbiam ten moment, kiedy tuż po rozpyleniu wiem, że mam do czynienia z perfumami, które sprawiają wrażenie dzieła skończonego: przemyślanego i dopracowanego w najdrobniejszym szczególe.  Nie spotkamy się tu z efektownymi przeobrażeniami, choć nie powiedziałabym też, że zapach jest jednowymiarowy.  W pierwszym etapie jest ekspansywny i rozkosznie ciepły - zawiesista drzewna słodycz, na którą składa się m.in. kremowy sandałowiec wzbogacona zostaje intensywnym aromatem migdałów, za chwilę dołącza feeria barw żywicznych i moja ukochana wanilia. O ile na początku migdały są znaczącym ogniwem, o tyle w dalszej fazie wyciszają się, choć do samego końca przebijają się na zasadzie refleksów

Gdybym miała opisać Sense Dubai 4 w obrazowy sposób, posłużyłabym się następującym skojarzeniem odwołującym się poniekąd do walorów smakowych - to drzewo oblepione żywicami z dodatkiem likieru amaretto i kilku kropel aromatycznego miodu.

Perfumowa piramida:

Nuta głowy: drzewo cedrowe, słodkie migdały, drzewo sandałowe

Nuta serca: biały oud, białe piżmo, biała ambra

Nuta bazy: drzewo cedrowe, paczula, piżmowa wanilia, żywica labdanum



Podsumowując, nie ma w tym zapachu żadnej szorstkiej czy nieharmonijnej nuty - to błogi aromat szczęścia i ukojenia. Świetnie sprawdzi się jako zapach całoroczny, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że kompozycje, w których dominują żywice układają się bardzo komfortowo zarówno w wysokich temperaturach, jak i w mroźne dni.  Zauważył ten fakt również poeta Tadeusz Śliwak;), bowiem w swoim wierszu zatytułowanym Żywica napisał:


Żywica ma w sobie
coś z wszystkich czterech pór roku
z wiosny ma świeżość
z lata ciepło słońca
światło poważne z jesieni
a zapach świątecznych choinek
łączy ją z zimą

jej bliskość jest mi potrzebna
jak uśmiech kochającej
jak spojrzenie psa

zapach żywicy pomieszany z wiatrem
to dobre lekarstwo
od śmierci [...]




Dodatkowe informacje o zapachu:
  • pojemność - 50 ml
  • cena - 490 zł 
  • parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - bardzo dobra, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego i wieczorowego.
  • dostępność - stacjonarnie w perfumerii Sense Dubai znajdującej się w Warszawie przy ul. Mokotowskiej 46 oraz na stronie internetowej ---> KLIK

Już niebawem do sprzedaży wejdą dwa nowe zapachy Sense Dubai 11 i Sense Dubai 12, z tymże ten pierwszy będzie w dwóch wersjach: czystej i ze złotym pyłem(!;)). Przygotuję wpis o tych nowościach i dodatkowo podzielę się opinią na temat perfum Sense Dubai 2 i 8.


Witajcie! :)

Z dermokosmetykami marki A-derma po raz pierwszy zetknęłam się około pięć lat temu, czyli wtedy, gdy co kilka miesięcy zmagałam się ze zmianami alergicznymi na twarzy. Pomógł mi wówczas fantastyczny krem regenerujący z cynkiem i miedzią Dermalibour. Od tamtego czasu zużyłam kilka tubek i w międzyczasie często polecałam go w komentarzach pod wpisami pielęgnacyjnymi zarówno u siebie, jak i na innych blogach, natomiast jakimś dziwnym trafem nigdy nie doczekał się recenzji na mojej stronie. W związku z tym, że od jakiegoś czasu jest w sprzedaży w nowej wzbogaconej formule, jest to doskonała okazja, by przy okazji wspomnieć jak obecny krem wypada na tle starej wersji.

W listopadzie zużyłam również oczyszczający, odżywiający i łagodzący podrażnienia żel Surgras Ultra Bogata Konsystencja, który jest przeznaczony zarówno do kąpieli, jak i do twarzy. Ja stosuję go częściej do mycia twarzy.


Ciekawym zbiegiem okoliczności w grudniu otrzymałam od Drogerii Syrenka prośbę o zamieszczenie opinii na temat tych kosmetyków na blogu i bez wahania się zgodziłam, zwłaszcza że na tej stronie ceny są zdecydowanie atrakcyjniejsze niż w innych miejscach, w których dotychczas zamawiałam kosmetyki.
Zacznijmy od kremu. Poprzednia wersja była tak samo dobra jak obecna, z tymże nie odpowiadały mi wtedy walory, które - trzeba zaznaczyć - akurat nie miały wpływu na skuteczne działanie. Mam na myśli intensywny i nieprzyjemny metaliczny zapach i zbitą konsystencję przypominającą maść, przez co wchłanianie następowało trochę wolniej. Nowa wersja jest bezzapachowa, a jej formuła o wiele lżejsza. Termin przydatności kosmetyku ogranicza się do 6 miesięcy od otwarcia; pojemność 50 ml.

Producent informuje o składzie i działaniu kremu:
DERMALIBOUR+ krem regenerujący dzięki wyciągowi z młodych pędów owsa Rhealba® oraz połączeniu cynku i miedzi jest idealny do codziennego stosowania oraz stanowi kompletną pielęgnację skóry podrażnionej, którą intensywnie oraz natychmiastowo łagodzi,  oczyszcza podrażnione okolice skóry i redukuje namnażanie się bakterii. Nie zatyka porów.

Polecam stosować ten krem, gdy:
  • przydarzy się Wam podrażnienie skóry spowodowane np. zbyt agresywnym peelingiem. Cera wtedy jest mocno zaczerwieniona, towarzyszy temu pieczenie skóry, potem pojawiają się miejscowe przesuszenia, które wyglądają jak strupy - bez odpowiedniego działania pielęgnacyjnego mogą one tkwić na skórze naprawdę długi czas, mimo że uporamy się jakoś z zaczerwienieniem.  O ile zwykły kosmetyk silnie nawilżający da sobie z tym radę w ok. 3 dni, o tyle ten krem rozprawi się z problemem praktycznie w jedną noc. Jeśli zostaną rano jakieś drobne miejscowe zaczerwienienia, to ponowna poranna aplikacja  ostatecznie zażegna problem. Trzeba wspomnieć, że dyskomfort związany z rozpaloną skórą twarzy znika z chwilą nałożenia specyfiku;
  • tak jak ja, testujecie mnóstwo nowych perfum i niektóre z nich spowodują wysypkę na szyi i wywołają objawy swędzenia skóry. Taką samą reakcję mogą oczywiście spowodować też kosmetyki. Wtedy ten krem natychmiast przyniesie ukojenie i doprowadzi skórę do ładu;
  • posiadacie na twarzy stany zapalne, których wygojenie warto by było przyspieszyć;). Krem działa w tej kwestii błyskawicznie;
  • dokuczają Wam podrażnienia okolic ust, a także podrażnienia dłoni. Działanie jak wyżej:).
Nie wyobrażam sobie nie mieć tego doskonałego kosmetyku pod ręką.



Znaleźć dobry żel do twarzy, to w moim przypadku tak jak znaleźć niezawodny tusz do rzęs czy świetny szampon - rozpatruję tę kwestię w ramach trudnego wyzwania;). Najczęściej miałam styczność z  takimi, które przesuszały skórę, kilka miesięcy trafił mi się nawet żel, który zapychał, ale to akurat moja nieuwaga -  umknęły mi wtedy w składzie substancje, które w ten sposób działają na moją skórę.

Na podstawie informacji od producenta można wywnioskować, że żel Surgras nie powinien nikogo rozczarować:
Wyjątkowy i unikalny roślinny składnik, wyciąg z owsa Rhealba®, ma działanie łagodzące i zmniejszające podrażnienia. Jest to w 100% naturalny składnik z owsa uprawianego we Francji zgodnie z normami Rolnictwa Ekologicznego. Pozostawia film ochronny na skórze, zapewnia 24h nawilżenie. Bardzo dobre właściwości kosmetyczne – kwiatowy zapach i aksamitna konsystencja. Wzbogacona o ultra odżywcze składniki: ponad 40% emolientów w składzie. Fizjologiczne pH. Bez mydła, bez parabenów.
Do umycia twarzy wystarczy zaledwie odrobina kosmetyku, ponieważ konsystencja jest gęsta i jednocześnie treściwa. Bardzo dobrze się pieni. Posiada nienachalny kwiatowy zapach. Podczas mycia towarzyszy nam przyjemne uczucie jakbyśmy rozprowadzały i wmasowywały jakiś odżywczy preparat

Po opłukaniu twarzy następuje chwila prawdy. Będzie to okropne uczucie ściągnięcia i przesuszenia czy nie? Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, choć od razu zaznaczam, że nie mamy też do czynienia z powalającym efektem solidnie nawilżonej skóry. Następuje kolejna chwila prawdy. Jak prezentuje się cera? Jest doskonale oczyszczona, mimo że żel jest bardzo łagodny dla skóry. Pory są domknięte, a tym samym skóra wygląda na wygładzoną

Trzeba być ostrożnym przy dozowaniu produktu na dłoń, ponieważ żel lubi wydostać się w niewspółmiernej do zapotrzebowania ilości;) - jeśli używa się go do mycia ciała, jest to ilość odpowiednia.

I jeszcze jedno, jest rewelacyjny do mycia pędzli do makijażu!:) Włosie jest dobrze wyprane i jednocześnie przyjemnie miękkie tuż po wysuszeniu. Pojemność 200 ml, termin przydatności - 12 miesięcy. 

Podsumowując, z chęcią zużyję trzecie opakowanie, a potem kolejne itd.:).


Odnośnik do kremu ---> klik
Odnośnik do żelu --->klik

Witajcie! :)

Uwielbiam poszukiwać przeróżnych doznań zapachowych. W tym roku zaznajomiłam się nieco bardziej z perfumami orientalnymi oraz niszowymi i mogę Was zapewnić, że nadal będę podążać w tym kierunku m.in. dlatego, że ten świat oferuje szerszą i ciekawszą paletę barw (co nie znaczy oczywiście, że główny nurt jest nudny - nadal odkrywam tam obłędne zapachy;)), a z drugiej strony chcę wyjść naprzeciw oczekiwaniom wszystkich odwiedzających moją stronę, którzy chcą poznać też opinie o zapachach mniej znanych oraz zainteresować pozamainstreamowym tematem początkujących w tej jakże fascynującej przygodzie:).
 
Ostatnio zaabsorbowały mnie perfumy organiczne i podążając tym tropem trafiłam na ofertę polskiej marki Latoille 5, znanej przede wszystkim z bardzo dobrej jakości naturalnych kosmetyków aromaterapeutycznych, w których składzie nie znajdziemy szkodliwych dla organizmu substancji. Nie inaczej jest z zapachami, bowiem znajdują się w nich: woda zdemineralizowana, gliceryna, alkohol i najwyższej jakości olejki eteryczne.

A w taki sposób przedstawia swoje pachnidła producent:

Nasze perfumy są robione ręcznie, z miłością, niezwykłą precyzją i dbałością o detale na każdym etapie ich powstawania. Mood perfume Latoille 5 to aromaterapeutyczne perfumy o zapachach pochodzących prosto z natury, których działanie wywiera silny wpływ na naszą psychikę. Mogą być stosowane jako mgiełka do ciała. Są bezpieczne, zawierają glicerynę roślinną i nieznaczną ilość alkoholu. Mogą być używane również jako odświeżacze do powietrza, można nimi spryskać ciało, ubranie, pościel, używać jako perfumy. Uwolniony aromat utrzymuje się do kilku godzin.
Mood perfume Latoille 5 zamknięte są w stylowych, aluminiowych opakowaniach wysokiej jakości. Aluminium jest od środka powleczone specjalną warstwą żywicy zabezpieczającej produkt przed bezpośrednim kontaktem z aluminium i uniemożliwiającej zachodzenie jakiejkolwiek reakcji chemicznej.



Spośród dwunastu zapachów, na początek wybrałam cztery próbki, żeby wyrobić sobie taką wstępną opinię na temat jakości i stylu realizacji tej naturalnej koncepcji przez markę;). Powiem Wam, że dwa zapachy uwiodły mnie od pierwszego powąchania i to pozytywne wrażenie utrzymywało się również, gdy ukazały się nuty serca i bazy, natomiast pozostałe dwa uznałam za niezbyt wymyślne, choć ich skład sygnalizował zupełnie inną historię.


Przejdźmy do podsumowania testów:

  • Mood Perfume Arati - Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Arati zyska Waszą przychylność, jeśli tak samo jak ja uważacie, że perfumy z cynamonem są wyśmienitą ucztą dla zmysłów:). Akceptuję tę nutę nie tylko jako akcent ubogacający kompozycję, doceniam też w roli głównego rozgrywającego - tutaj jest świdrujący w nozdrzach i spożywczy, a perfumy przez jakiś czas pachną jak dobrej jakości cynamonowy olejek eteryczny. Wydawałoby się, że zapach jest monotonny, ale skrywające się za ,,przywódcą" pozostałe nuty: wanilia, goździk i benzoes, mimo że nie mają znaczącej siły przebicia, nadają mu nieco łagodniejszego słodkiego tonu. Wytrawność podrasowana paczulą nie jest już tak dokuczliwa, a zapach nabiera balsamicznego charakteru. Podsumowując, są to ciekawe perfumy, choć oscylują wokół wydźwięku mononutowego. Jeśli chodzi o parametry, moim zdaniem jest to unisex o dobrej trwałości, która nie przekracza 5 godzin; projekcja na długość ramion.

  • Mood Perfume Efrat -  Kiedy jeszcze przed podjęciem decyzji o zamówieniu próbek analizowałam skład tych perfum, miałam przeświadczenie, że dla mojego nosa to będzie zapachowy koszmar - sprawcą takiego myślenia była specyficzna kwiatowa nuta ylang-ylang, która kiedyś odstraszyła mnie na kilka dobrych lat;). Zignorowałam Efrat, choć gdy przyjrzałam się mu ponownie, stwierdziłam, że zaryzykuję z uwagi na nuty drzewne i pomarańczę:). I tym oto sposobem odkryłam cudowny ultrakobiecy zapach, a przy okazji oszalałam na punkcie ylang-ylang;) do tego stopnia, że kupiłam już kilka olejków eterycznych z tą nutą w różnych konfiguracjach zapachowych. Przechodząc do perfum, przede wszystkim mamy do czynienia z ciepłą emanacją drzewa różanego i drzewa sandałowego, która ukazuje się tuż po kwiatowo-paczulowym otwarciu.  Po czasie dołącza aromat skórki pomarańczowej, kropelka dojrzałej róży i trochę korzenności. Moim marzeniem jest identyczny zapach o powalającej trwałości i projekcji, który momentalnie wypełniałby przestrzeń (wiem, takie perfumy nie są w dobrym tonie, ale w tym przypadku tego właśnie chcę;)). Niestety, jest bliskoskórny i wyczuwalny przez ok. 2,5 godziny. W chłodne dni zginie w tłumie innych woni.

  • Mood Perfume Grass Fever - Po intrygujących nutach zapachowych, na które składają się: may chang, trawa cytrynowa, bazylia, wanilia i lawenda spodziewałam się ambitnych perfum, a otrzymałam zapach herbaty z listkami werbeny, który szybko przeobraża się w słodki imbirowo-cytrynowy cukierek. Jest subtelny, trwałość przekraczająca 3 godziny.

  • Mood Perfume Sparkler  - Nie wiem czy jest sens pisać o tym zapachu, skoro jego żywotność mija po 30 minutach, ale wspomnę tylko, że cały czas się zastanawiam jak to jest możliwe, by za sprawą grejpfruta, imbiru, melisy, paczuli i kardamonu wykreować zapach stęchlizny i kurzu? Aromat ten w żadnej mierze nie pretenduje do miana niszowego - jest płaski, bliskoskórny, nietrwały, innymi słowy wyjątkowo nieudany:/. 

*Perfumy w pojemności 100 ml można dostać od 165 zł do 210 zł w zależności od konkretnego zapachu.


Witajcie! :)

Jakiś czas temu w jednej z kosmetyczek odnalazłam bazę pod cienie marki Lorac, która dołączona była w miniaturowej wersji do palety cieni Unzipped (pojemność miniatury - 5,5 g; pojemność opakowania pełnowymiarowego 15,3 g). Ta mniejsza wersja w zupełności wystarczy, by móc wyrobić sobie opinię o jakości całego produktu, ponieważ wystarczy na wiele aplikacji. 

Pomyślałam, że powrócę do jej używania na co dzień, żeby sprawdzić czy nadal podtrzymałabym swoją negatywną opinię na jej temat. Wiem, że jest to produkt niezastąpiony w kuferkach wielu wizażystek, dlatego po tej długiej przerwie postanowiłam jeszcze raz dać mu szansę i zmienić metodę aplikacji, a także zmniejszyć ilość nakładanej na powiekę bazy.

Tak jak już kiedyś wspomniałam, cienie z tej palety nie wymagały profesjonalnych wspomagaczy, dlatego testowałam ją na kilku cieniach z Inglota i niektórych pigmentach.



Kosmetyk ma płynną konsystencję. Tuż po rozprowadzeniu można zauważyć, że szybko zasycha i momentalnie wnika w skórę powiek - niestety, nie tworzy filmu, który wyrównuje koloryt, nie rozświetla i nie rozjaśnia powiek tak jak np. baza z Artdeco i wydaje mi się, że z tym właśnie wiążą się późniejsze komplikacje.
Jeśli chodzi o samą aplikację, najlepiej sprawdzą się w tym celu palce, ale trzeba być precyzyjnym, ponieważ wystarczy chwila nieuwagi i nad powieką dorobimy się skorupy, która uwidoczni się tuż po nałożeniu podkładu bądź korektora, a której wcale nie będzie tak łatwo się pozbyć.


Pigmenty i cienie prezentują się na tym fundamencie najczęściej bardzo nieestetycznie. Tuż po nałożeniu widać każdą zmarszczkę, poza tym powieki wyglądają tak jakby były pokryte grudkami:/. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, skoro na innych bazach czy korektorze wszystko za każdym razem wygląda jak jednolita tafla, mimo że drobne nierówności posiadam. Poniżej zdjęcie, na którym widać tę katastrofę;).


Baza podbija kolor cieni, sprawia, że ich trwałość jest całodniowa i to z pewnością jest bardzo dobra wiadomość dla wszystkich dziewczyn, których skóra powiek jest idealnie gładka i nawet taki trudny zawodnik nie będzie im straszny:).


Podsumowując, uważam, że nie jest to dobra baza dla kobiet z dojrzałą skórą bądź młodych kobiet, których powieki nie należą do idealnie gładkich.


Witajcie! :)

Postanowiłam w końcu zmierzyć się z bardzo popularnymi i na ogół zachwalanymi balsamami do ust amerykańskiej marki Carmex, która funkcjonuje na rynku już blisko osiemdziesiąt lat. Do niedawna podczytywałam tylko recenzje tych produktów, ale mój sceptycyzm i tak nie ustępował, ponieważ moje usta wymagają naprawdę porządnego nawilżenia, dlatego sądziłam, że mogą to być za słabe działa na takie wyzwanie;). Jako że moja ulubiona dotychczas maść z witaminą A nie poradziła sobie z ogromnym przesuszeniem, z którym zmagałam się zeszłej jesieni i zimy, przełamałam się w końcu i wybrałam opcję pielęgnacji w trzech wydaniach: w tubce, słoiczku i sztyfcie, tak by się nie rozdrabniać i przy okazji w jednym wpisie podzielić się opinią na temat tych balsamów.

Wiedziałam, że walory pielęgnacyjne i nawilżające nie są identyczne dla każdego z tych kosmetyków, dlatego też bacznie przypatrywałam się im pod tym kątem;). Nie zraziły mnie też informacje o tym, że balsamy dają na ustach efekt chłodzenia i mrowienia, ponieważ mam błyszczyki, które działają na podobnej zasadzie i bardzo mi to odpowiada.


  • waniliowy sztyft (poj. 4,25 g; SPF15) - stabilny, niełamiący i nierozpuszczający się wraz z upływem czasu sztyft. Podoba mi się stopień nabłyszczenia, natomiast zapach nie do końca mnie przekonuje, ponieważ jest na równi waniliowy i ... kamforowy. O ile lubię taki apteczny aromat w kosmetykach do twarzy, o tyle w pielęgnacji ust jest on irytujący.  Poza tym chłodzenie, o którym pisano nie jest tym, czego się spodziewałam, dlatego, że ,,w gratisie" otrzymujemy pulsacyjne szczypanie i pieczenie, które odczuwa się przez ok. 25 minut.  Najprawdopodobniej wieczorem mój próg odporności na ból jest bardzo niski, bo wówczas w ogóle nie jestem w stanie nosić tego balsamu na ustach. Kolejną wadą jest niewystarczająco dobre nawilżenie, choć, żeby być precyzyjniejszą musiałabym nazwać je słabym. Aktualnie używam go czasami jako bazę pod kremowe pomadki dla zapewnienia bardziej błyszczącego wykończenia.
  • wiśniowa tubka (poj. 10 g; SPF15) - produkt o rzadkiej formule,  co powoduje, że akurat w tym przypadku balsam migruje przez usta, osiada na języku i siłą rzeczy w gardle:/. Solidna warstwa sprawi, że pojawi się nieprzyjemny efekt szczypania i pieczenia, dlatego radziłabym nałożyć zaledwie odrobinę, by uniknąć tych uciążliwości (z waniliowym sztyftem ten trik nie przejdzie). Poziom nawilżenia określiłabym jako dobry. Do zalet zaliczyłabym jeszcze przyjemny intensywny zapach przypominający syrop wiśniowy. 
  • słoiczek z limitowanej edycji Kiss&Kiss (poj. 7,5 g) - to bez wątpienia najlepsza wersja z całej oferty tej marki, ponieważ po pierwsze, wyczuwalne jest wyłącznie delikatne chłodzenie, a więc odchodzi nam problem 25 minutowego utrapienia;). Ponadto po zastosowaniu tego produktu spierzchnięte usta błyskawicznie wracają do formy, po czym w dalszej perspektywie za jego sprawą są znakomicie nawilżone. Tutaj kamfora jest wyczuwalna tylko w opakowaniu, za to na ustach do głosu dochodzi mentol oraz wanilia i pewnie dlatego ta wersja nie podrażnia warg. Balsam ma gęstą formułę, dlatego też bardzo długo utrzymuje się na ustach. Ze względu na rodzaj opakowania nakładam ten produkt patyczkiem kosmetycznym, żeby wszystko odbywało się w higienicznych warunkach:). 


SKŁAD:
waniliowy sztyft - Petrolatum, Lanolin, Euphorbia Cerifera Cera, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Ozokerite, Benzophenone-3, Paraffin, Cetyl Esters, Cera Alba, Theobroma Cacao Seed Butter, Parfum, Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Menthol, Ethyl Vanillin, Vanillin, Salicylic Acidlimnanthes Alba Seed Oil, Camphor, Isopropyl Myristate, PPG-3 Benzyl Ether Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Menthol, Ethyl Vanillin, Vanillin, Salicylic Acid

wiśniowa tubka - Petrolatum, Lanolin, Parfum, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetyl Esters, Theobroma Cacao Seed Butter, Cera Alba, Benzophenone-3, Camphor, Menthol, Vanillin, Linalool, Benzyl Cinnamate, Geraniol

słoiczek -  Petrolatum, Lanolin, Cetyl Esters, Paraffin, Theobroma Cacao Seed Butter, Cera Alba, Camphor, Menthol, Salicylic Acid, Vanillin, Parfum, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol


Podsumowując, w przyszłości być może wrócę do wersji w słoiczku ze względu na rewelacyjne walory pielęgnacyjne, natomiast na pozostałe dwie już się nie zdecyduję, nie będę też testować innych wersji zapachowych.



Witajcie! :)

Próbki i miniatury kosmetyków w zależności od pojemności pozwalają nam wyrobić sobie o nich wstępne wrażenie bądź już ugruntowaną opinię i na tej właśnie podstawie decydujemy się na pełnowymiarowe opakowanie bądź też rezygnujemy z zakupu.

W ciągu ostatnich miesięcy miałam okazję przetestować mnóstwo miniatur, próbek, odlewek i odsypek kosmetyków, natomiast do dzisiejszego wpisu wybrałam te, których być może jesteście aktualnie ciekawe i zastanawiacie się czy warto w nie inwestować. Spróbuję podpowiedzieć, które produkty zasługują na uwagę.


  • Estee Lauder serum Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II (poj. 7 ml) - serum naprawcze, które  powinno według producenta radykalnie zmniejszyć widoczność wszystkich kluczowych oznak starzenia się skóry. Linie i zmarszczki zostają znacząco zmniejszone, a skóra wygląda młodziej już po 4 tygodniach: jest gładsza, bardziej nawilżona i mocniejsza, ma bardziej wyrównany koloryt. Miniatura wystarczyła mi na 2 tygodnie codziennego stosowania, dlatego też mogę wspomnieć tylko o całkiem dobrym nawilżeniu, ujednoliceniu kolorytu cery oraz zaleczeniu drobnych niedoskonałości. Na pewno wrócę kiedyś do tego serum, żeby sprawdzić jego długofalowe działanie pod kątem właściwości wygładzających.
  • Too Faced Chocolate Soleil Matte Bronzer (poj. 2,5 g) - matowy brązer utrzymany w chłodnej tonacji, który moim zdaniem ma satynowe wykończenie. Super sprawą jest fakt, że kosmetyk intensywnie pachnie czekoladą, choć przyznaję, że kiedy wykonuję makijaż o poranku, czyli wtedy, gdy zmysł węchu jest wyostrzony, ten zapach mi przeszkadza. Każdy kosmetyk z tej kategorii, który przewija się przez moje ręce ma wysoko ustawioną poprzeczkę za sprawą absolutnie idealnego brązera Ready z bareMinerals i niestety ten również go nie doścignął. Problem w tym, że nie można sobie pozwolić na bezwiedne rozcieranie, ponieważ bardzo łatwo można zrobić nim plamy, których nie da się potem rozpracować. Oczywiście za sprawą odpowiedniego pędzla i umiejętności można poradzić sobie z każdym problematycznym brązerem, ale trzeba liczyć się z tym, że zajmie to więcej czasu.
  • Antipodes Divine Face Oil Avocado oil & Rosehip (w opakowaniu Workship;)) -  stymuluje do 51%  produkcję kolagenu typ-1 w fibroblastach (komórki tkanki łącznej). Ten bogaty w składniki,  certyfikowany olejek do twarzy działa na skórę odżywczo. Olejek awokado wspiera kolagen, który zmniejsza płytkie zmarszczki i przebarwienia, a ekstrakty z dzikiej róży działają na poprawę wyglądu blizn i ujędrniają skórę. Przez kilka pierwszych dni obserwowałam reakcję skóry na to olejowe serum, dlatego, że moja cera nie zawsze toleruje taką formułę. Na szczęście obyło się bez wysypu;). Aplikowałam je na mokrą skórę delikatnie wklepując.  Zauważyłam, że dość dobrze się wchłania, aczkolwiek pozostawia film, dlatego też włączyłam olejek do wieczornej pielęgnacji. Bardzo mi się podoba jego specyficzny kremowo-ziołowy zapach. Odlewka, którą miałam wystarczyła mi na dwutygodniową kurację. Jestem bardzo zadowolona ze stanu cery, dlatego zdecyduję się kiedyś na ten kosmetyk.
  • Antipodes Hosanna H2O Intensive Skin Plumping Serum - według producenta serum powinno nawilżać, odmładzać, wykazywać działanie kojące, antybakteryjne i przeciwgrzybiczne oraz łagodzić stany zapalne dzięki wyciągom z czarnej paproci Mamaku i pestek winogron, a także najlepszej odmianie lawendy (Lavendula Angustifolia), która występuje również pod nazwą ,,wspaniała lawenda". Na kompozycję zapachową składa się olejek różany i kardamon. Odlewka również wystarczyła mi na 2 tygodnie stosowania. Nie zauważyłam silnego nawilżenia, natomiast serum na pewno napina skórę i działa rozjaśniająco. Wchłania się całkowicie, pozostawiając matową skórę. Uważam, że jest rewelacyjne:).
  • Smashbox Photo Finish Foundation Primer (poj. 12 ml) - na co dzień nie używałam baz pod podkład, ponieważ nie trafiłam jeszcze na taką, która spełniłaby moje oczekiwania. Poza tym sądziłam, że tego rodzaju kosmetyk jest zbędny, dlatego też zwykle pod makijaż wystarczył mi lekki krem nawilżający. Photo Finish Foundation Primer to beztłuszczowa baza, której zadaniem jest wypełnić drobne zmarszczki i rozszerzone pory, co ma sprawić, że na tak wygładzonej powłoce podkład będzie się prezentował naturalnie, a przy tym będzie się dłużej utrzymywał. Nie odnotowałam, by zapychała pory, więc przez cały czas testowania towarzyszyło mi uczucie ulgi;). Bardzo mi się podoba to, że ,,zdejmuje ciężkość" z podkładów i sprawia, że prezentują się na cerze o wiele lżej, poza tym przedłuża ich trwałość o co najmniej 4 godziny - to dla mnie świetna sprawa, zwłaszcza, że nie lubię używać do tego celu pudrów.
  • Burberry Fresh Glow Luminous Base w odcieniu Nude Radiance (poj. 5 ml) - wygładzająca i rozświetlająca baza z perłowym srebrzystym pyłkiem. Bardzo dobrze spisuje się pod matującymi zastygającymi podkładami, nie roluje się, całkiem dobrze nawilża. Mnie jednak najbardziej zadowoliła w roli płynnego rozświetlacza, który nakładałam opuszkami palców. Polecam wszystkim zwolenniczkom nienachalnego rozświetlenia. 
  • Ben Nye Luxury Neutral Set Translucent Powder oraz Ben Nye Luxury Powder Visage w odcieniu Banana - pudry mają identyczne właściwości, więc połączyłam je w jeden opis.  Neutral Set  delikatnie bieli skórę, ale po niedługim czasie ten efekt zanika, natomiast Banana nadaje skórze żółty kolor (bardzo dobre rozwiązanie, gdy trafił nam się podkład z przewagą różowych pigmentów). Doskonale likwidują rozszerzone pory, można nim uzyskać efekt maksymalnego wygładzenia, bardzo dobrze utrwalają podkład, dzięki czemu można się cieszyć matową cerą przez wiele godzin. W ich przypadku lepiej działać w myśl zasady: ,,im mniej, tym lepiej", ponieważ łatwo jest uzyskać sztuczny efekt. Poleciłabym je posiadaczkom cery tłustej i mieszanej w kierunku tłustej. PS. Wiele razy widziałam, że dziewczyny utrwalają nimi korektor pod oczami. Moim zdaniem te pudry przy codziennym stosowaniu przesuszą cerę, dlatego nawet nie chcę myśleć jakie spustoszenie poczynią na skórze pod oczami.
  • Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder  - transparentny puder utrwalający. Według zapewnień producenta, kosmetyk zawiera najdrobniejszy francuski talk, który ma wyjątkowe właściwości odbijające światło. Nadaje efekt miękkich konturów oraz optycznie wygładza drobne linie i niedoskonałości. Gwarantuje całodzienną trwałość makijażu. Idealny dla wszystkich rodzajów skóry.  Moim zdaniem puder zapewnia subtelny mat i sprawia, że cera wygląda promiennie. Jest niewidoczny na skórze, na pewno też nie będzie przesuszać. Nie poradzi sobie jednak z wielogodzinnym utrzymaniem sebum w ryzach na skórze mieszanej w kierunku tłustej i tłustej, natomiast cery suche, normalne i mieszane będą zachwycone:). 
  • Laura Mercier Loose Shimmer Powder Stardust - rozświetlacz utrzymany w chłodnej tonacji, w którym przeszkadzają mi dość duże srebrne drobinki, dlatego najczęściej używam go jako cień do powiek. Jego zaletą jest fakt, iż nie przykleja się do skóry tak mocno jak chociażby Mary Lou Manizer, dlatego też jeśli przesadzimy z ilością, bez problemu będzie można rozblendować nadmiar. 

Podsumowując, najbardziej polubiłam specyfiki z Antipodes oraz bazę ze Smashboxa.  Co więcej, styczność z tymi produktami wznieciła moją ciekawość do pozostałych kosmetyków z oferty tych marek, więc jeszcze nie jeden raz przeczytacie o nich na moim blogu:). 




Burberry, Fresh Glow Luminous Base w odcieniu Nude Radiance użyty jako rozświetlacz:


Laura Mercier, Loose Shimmer Powder Stardust użyty jako cień do powiek i rozświetlacz:


Witajcie! :)

Odkąd zauważyłam, że podkreślone brwi nadają twarzy zupełnie innego wyrazu, od razu przysposobiłam ten trik do swojego codziennego makijażu:). Najczęściej podkreślałam je zwykłymi matowymi cieniami do powiek, jednak były zbyt suche i przez to często osypywały się po kilku godzinach. Postanowiłam więc wypróbować czegoś specjalnie przeznaczonego do tego celu i zdecydowałam się na cień Freedom System w kolorze 559 z Inglota - wygląda tak samo jak tradycyjny cień tej marki, tyle że jego konsystencja jest bardziej miękka, odrobinę woskowa. Sprostał wszystkim moim oczekiwaniom i będzie w mojej kosmetyczce tak długo jak będzie produkowany, jednakże moja ciekawość wszelkich nowości jest na tyle silna, że czasami zwrócę uwagę na inne produkty:). Od dłuższego czasu planowałam  sprawdzić osławione już ,,słoiczkowe" pomady czy konturówki do brwi w żelu. Obawiałam się efektu przerysowania i tego, że nie poradzę sobie z tą specyficzną formułą, ale jak się później okazało, nie było tak źle jak sądziłam;).

Dipbrow Pomade marki Anastasia Beverly Hills jest, jak informuje producent, wodoodporną pomadą, która doskonale koloruje, modeluje i uzupełnia brwi. Kremowa formuła nie rozmazuje się. Zapewnia się też, że produkt bardzo łatwo się aplikuje.


Opakowanie jest ciężkie, szklane. Na etykiecie widnieje informacja o sześciomiesięcznym terminie przydatności, co jak na czterogramową pojemność może być trudne do wykonania.

Kosmetyk sprawia wrażenie mocno kremowego, jednak już po starciu wierzchniej warstwy, co następuje po ok. pięciu użyciach,  mamy do czynienia z bardziej suchą, zbitą formułą.

Pierwsze aplikacje mogą przysporzyć trudności, być może będziecie nawet niezadowolone z rezultatu, jednak po rozpracowaniu produktu wszystko będzie się odbywało o wiele sprawniej. Jako że pod tego typu produktami na stronach sklepów internetowych pojawiają się negatywne opinie klientów w stylu: ,,daję jedną gwiazdkę, bo uzyskałam sztuczny efekt", polecam zajrzeć też na instruktaże nakładania pomady na YT, bowiem można stopniować nasycenie koloru, jak i nakładać w taki sposób, by móc cieszyć się naturalnym efektem. Mogę poradzić jeszcze, żeby pamiętać o pokryciu strefy pod brwiami, jak i samych brwi korektorem, po czym nakładać produkt stopniowo, ponieważ dość szybko zasycha, co uniemożliwi późniejsze dopracowanie niedociągnięć (w tym przypadku cień z Inglota wygrywa, ponieważ mogę go rozprowadzać swobodnie w różnych miejscach, a na końcu nadaję brwiom ostateczny szlif poprzez ponowne rozcieranie - w przypadku pomady byłoby to niemożliwe). Na samym końcu można wyrównać dolną linię brwi miękką białą kredką bądź korektorem i rozprowadzić za pomocą pędzelka języczkowego.




Prezentacja pomady na brwiach:


Podsumowując, jest to bardzo dobry trwały produkt, ale w tej kategorii pomada tej marki ma już poważną konkurencję, więc na pewno do niej nie wrócę, za to przetestuję jeszcze kiedyś dla porównania trzy razy tańszą konturówkę w słoiczku z Inglota. Poza tym, jednak lepiej i szybciej pracuje mi się cieniem, o którym wspomniałam, więc potraktuję doświadczenie z pomadami jako ciekawy eksperyment:).
Witajcie! :)

Narciso Rodriguez jest projektantem, którego ubrania od dawna wzbudzają moją ciekawość.  Jeśli  jego kreacje są emanacją jego wyobrażeń o ideale kobiety to jest ona świadoma swojej wartości i zmysłowości, a jednocześnie eteryczna, skromna, nieco sentymentalna, pozwalająca sobie na spontaniczność, zawsze też pamięta, by w każdej sytuacji wyglądać szykownie. I choć daleko mu do genialnego stylu Giorgio Armaniego, który określiłabym mianem majestatycznej elegancji, to i tak urzeka mnie w identyczny sposób, bowiem w tej prostocie tkwi siła.

Dopełnieniem wyjątkowego minimalistycznego stylu nie mogły być banalne perfumy w kiczowatych flakonach. Są one proste, klasyczne, masywne i najczęściej w białym, czarnym oraz różowym kolorze, tym samym doskonale korespondują z trendami, które ów projektant wyznacza na wybiegu.

W kontekście tej marki najczęściej słyszy się o uwielbieniu dla - zdaje się - bezkonkurencyjnego For Her eau de toilette, z podobnym podziwem mówi się jeszcze o Narciso eau de toilette i Narciso eau de parfum. Ten ostatni zapach jako jedyny do tej pory zdołał uzależnić mnie od pierwszego powąchania:). Od razu wiedziałam, że w pełnowymiarowej pojemności będzie u mnie w ciągu najbliższych kilku dni:).


Rodriguez znakiem rozpoznawczym swoich perfum uczynił piżmo, które na szczęście nie wchodzi w mydlane niuanse, ukazuje się za to w gęstym, zawiesistym, a co za tym idzie sensualnym wydaniu - jest kremowe i mleczne. Nie byłoby wyrafinowania, gdyby nie zacne towarzystwo, którym są kwiaty i nuty drzewne. Otwarcie perfum to według mnie intensywnie pachnący bukiet filigranowych róż gałązkowych; wyobrażam sobie, że są pudroworóżowe i białe. Potem mamy już całą esencję, o której wspomniałam wcześniej, aczkolwiek wzbogaca ją upajająca słodka gardenia. Ostatni etap na mojej skórze jest zawsze mieszanką woni suchego drewna i kropli wanilii, choć nie do końca wiem czy rzeczywiście jest ona wymieniona w oficjalnym składzie.




Kompozycja jest przyjemnie łagodna, nie pojawia się ani jeden szczegół, który zaburzyłby ten spokój i harmonię. Z drugiej strony zastanawia mnie jak osiągnięto efekt dostarczający sprzecznych doznań, ponieważ nosząc te perfumy odczuwamy ciepły i uwodzicielski zapach, który jednocześnie delikatnie schładza skórę i daje wrażenie kremowej czystości - absolutne mistrzostwo!

Narciso edp to śnieg skrzypiący w mroźne dni pod naszymi stopami, to odprężająca kąpiel z dodatkiem mleka i miodu, to również biały pluszowy koc. Tymi słowami chcę trochę przekornie powiedzieć, że nie widzę go jako zapachu typowo wiosennego tak jak przyjęło się go postrzegać. W moim odczuciu lepszą dla niego oprawą jest chłodna jesień i mroźne zimowe dni - wówczas nie może wyrazić całej swojej kwiatowej ekspresji, która zostaje nieco stłumiona na rzecz tego efektownego piżma.

Serdecznie zachęcam do testów i oczywiście jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na temat perfum tej marki.
Parametry: trwałość - wielogodzinna, projekcja - na długość ramion
Cena: do 245 zł za 30 ml, do 359 zł za 50 ml, do 465 zł za 90 ml.