Najnowsze wpisy

Witajcie!:)

W ubiegłym roku najczęściej przemierzałam ścieżki utarte przez perfumy drzewne i z nieskrywaną przyjemnością zatapiałam się wręcz zarówno w wytrawnych, jak i słodkich wydaniach tego rodzaju zapachów. Co więcej, przyglądając się składom moich perfum, a także tych znajdujących się w najbliższych planach do zrealizowania;), bez trudu można wysnuć wniosek, że jestem ewidentnie wielbicielką drzewnych kompozycji. I choć w prawie każdej grupie olfaktorycznej znalazłabym pachnidła, które znakomicie by mnie określały, to jednak wyjątkową jedność czuję z wszelkimi odmianami drewna w różnych konfiguracjach zapachowych. 

Taki właśnie pachnący eliksir;) dotarł do mnie z wyjątkowego miejsca, jakim jest Sense Dubai - perfumerii powstałej z pasji, w której znaleźć można m.in. najwspanialsze zapachy świata Bliskiego Wschodu takich marek jak Yas Perfumes czy Junaid oraz kolekcję unikalnych czystych perfum (koncentracja olejków 36%) Sense Dubai stworzoną na specjalne zamówienie w Dubaju.


Perfumy Sense Dubai 4 to trafna odpowiedź na moje poszukiwania zniewalającego orientalno-drzewnego zapachu z klasą. I tak też się stało, bowiem jest ilustracją tego wszystkiego, co można ująć wyrażeniem zmysłowość w wyrafinowanym wydaniu i nie ma w tej ocenie grama przesady. 

Uwielbiam ten moment, kiedy tuż po rozpyleniu wiem, że mam do czynienia z perfumami, które sprawiają wrażenie dzieła skończonego: przemyślanego i dopracowanego w najdrobniejszym szczególe.  Nie spotkamy się tu z efektownymi przeobrażeniami, choć nie powiedziałabym też, że zapach jest jednowymiarowy.  W pierwszym etapie jest ekspansywny i rozkosznie ciepły - zawiesista drzewna słodycz, na którą składa się m.in. kremowy sandałowiec wzbogacona zostaje intensywnym aromatem migdałów, za chwilę dołącza feeria barw żywicznych i moja ukochana wanilia. O ile na początku migdały są znaczącym ogniwem, o tyle w dalszej fazie wyciszają się, choć do samego końca przebijają się na zasadzie refleksów

Gdybym miała opisać Sense Dubai 4 w obrazowy sposób, posłużyłabym się następującym skojarzeniem odwołującym się poniekąd do walorów smakowych - to drzewo oblepione żywicami z dodatkiem likieru amaretto i kilku kropel aromatycznego miodu.

Perfumowa piramida:

Nuta głowy: drzewo cedrowe, słodkie migdały, drzewo sandałowe

Nuta serca: biały oud, białe piżmo, biała ambra

Nuta bazy: drzewo cedrowe, paczula, piżmowa wanilia, żywica labdanum



Podsumowując, nie ma w tym zapachu żadnej szorstkiej czy nieharmonijnej nuty - to błogi aromat szczęścia i ukojenia. Świetnie sprawdzi się jako zapach całoroczny, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że kompozycje, w których dominują żywice układają się bardzo komfortowo zarówno w wysokich temperaturach, jak i w mroźne dni.  Zauważył ten fakt również poeta Tadeusz Śliwak;), bowiem w swoim wierszu zatytułowanym Żywica napisał:


Żywica ma w sobie
coś z wszystkich czterech pór roku
z wiosny ma świeżość
z lata ciepło słońca
światło poważne z jesieni
a zapach świątecznych choinek
łączy ją z zimą

jej bliskość jest mi potrzebna
jak uśmiech kochającej
jak spojrzenie psa

zapach żywicy pomieszany z wiatrem
to dobre lekarstwo
od śmierci [...]




Dodatkowe informacje o zapachu:
  • pojemność - 50 ml
  • cena - 490 zł 
  • parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - bardzo dobra, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego i wieczorowego.
  • dostępność - stacjonarnie w perfumerii Sense Dubai znajdującej się w Warszawie przy ul. Mokotowskiej 46 oraz na stronie internetowej ---> KLIK

Już niebawem do sprzedaży wejdą dwa nowe zapachy Sense Dubai 11 i Sense Dubai 12, z tymże ten pierwszy będzie w dwóch wersjach: czystej i ze złotym pyłem(!;)). Przygotuję wpis o tych nowościach i dodatkowo podzielę się opinią na temat perfum Sense Dubai 2 i 8.


Witajcie! :)

Z dermokosmetykami marki A-derma po raz pierwszy zetknęłam się około pięć lat temu, czyli wtedy, gdy co kilka miesięcy zmagałam się ze zmianami alergicznymi na twarzy. Pomógł mi wówczas fantastyczny krem regenerujący z cynkiem i miedzią Dermalibour. Od tamtego czasu zużyłam kilka tubek i w międzyczasie często polecałam go w komentarzach pod wpisami pielęgnacyjnymi zarówno u siebie, jak i na innych blogach, natomiast jakimś dziwnym trafem nigdy nie doczekał się recenzji na mojej stronie. W związku z tym, że od jakiegoś czasu jest w sprzedaży w nowej wzbogaconej formule, jest to doskonała okazja, by przy okazji wspomnieć jak obecny krem wypada na tle starej wersji.

W listopadzie zużyłam również oczyszczający, odżywiający i łagodzący podrażnienia żel Surgras Ultra Bogata Konsystencja, który jest przeznaczony zarówno do kąpieli, jak i do twarzy. Ja stosuję go częściej do mycia twarzy.


Ciekawym zbiegiem okoliczności w grudniu otrzymałam od Drogerii Syrenka prośbę o zamieszczenie opinii na temat tych kosmetyków na blogu i bez wahania się zgodziłam, zwłaszcza że na tej stronie ceny są zdecydowanie atrakcyjniejsze niż w innych miejscach, w których dotychczas zamawiałam kosmetyki.
Zacznijmy od kremu. Poprzednia wersja była tak samo dobra jak obecna, z tymże nie odpowiadały mi wtedy walory, które - trzeba zaznaczyć - akurat nie miały wpływu na skuteczne działanie. Mam na myśli intensywny i nieprzyjemny metaliczny zapach i zbitą konsystencję przypominającą maść, przez co wchłanianie następowało trochę wolniej. Nowa wersja jest bezzapachowa, a jej formuła o wiele lżejsza. Termin przydatności kosmetyku ogranicza się do 6 miesięcy od otwarcia; pojemność 50 ml.

Producent informuje o składzie i działaniu kremu:
DERMALIBOUR+ krem regenerujący dzięki wyciągowi z młodych pędów owsa Rhealba® oraz połączeniu cynku i miedzi jest idealny do codziennego stosowania oraz stanowi kompletną pielęgnację skóry podrażnionej, którą intensywnie oraz natychmiastowo łagodzi,  oczyszcza podrażnione okolice skóry i redukuje namnażanie się bakterii. Nie zatyka porów.

Polecam stosować ten krem, gdy:
  • przydarzy się Wam podrażnienie skóry spowodowane np. zbyt agresywnym peelingiem. Cera wtedy jest mocno zaczerwieniona, towarzyszy temu pieczenie skóry, potem pojawiają się miejscowe przesuszenia, które wyglądają jak strupy - bez odpowiedniego działania pielęgnacyjnego mogą one tkwić na skórze naprawdę długi czas, mimo że uporamy się jakoś z zaczerwienieniem.  O ile zwykły kosmetyk silnie nawilżający da sobie z tym radę w ok. 3 dni, o tyle ten krem rozprawi się z problemem praktycznie w jedną noc. Jeśli zostaną rano jakieś drobne miejscowe zaczerwienienia, to ponowna poranna aplikacja  ostatecznie zażegna problem. Trzeba wspomnieć, że dyskomfort związany z rozpaloną skórą twarzy znika z chwilą nałożenia specyfiku;
  • tak jak ja, testujecie mnóstwo nowych perfum i niektóre z nich spowodują wysypkę na szyi i wywołają objawy swędzenia skóry. Taką samą reakcję mogą oczywiście spowodować też kosmetyki. Wtedy ten krem natychmiast przyniesie ukojenie i doprowadzi skórę do ładu;
  • posiadacie na twarzy stany zapalne, których wygojenie warto by było przyspieszyć;). Krem działa w tej kwestii błyskawicznie;
  • dokuczają Wam podrażnienia okolic ust, a także podrażnienia dłoni. Działanie jak wyżej:).
Nie wyobrażam sobie nie mieć tego doskonałego kosmetyku pod ręką.



Znaleźć dobry żel do twarzy, to w moim przypadku tak jak znaleźć niezawodny tusz do rzęs czy świetny szampon - rozpatruję tę kwestię w ramach trudnego wyzwania;). Najczęściej miałam styczność z  takimi, które przesuszały skórę, kilka miesięcy trafił mi się nawet żel, który zapychał, ale to akurat moja nieuwaga -  umknęły mi wtedy w składzie substancje, które w ten sposób działają na moją skórę.

Na podstawie informacji od producenta można wywnioskować, że żel Surgras nie powinien nikogo rozczarować:
Wyjątkowy i unikalny roślinny składnik, wyciąg z owsa Rhealba®, ma działanie łagodzące i zmniejszające podrażnienia. Jest to w 100% naturalny składnik z owsa uprawianego we Francji zgodnie z normami Rolnictwa Ekologicznego. Pozostawia film ochronny na skórze, zapewnia 24h nawilżenie. Bardzo dobre właściwości kosmetyczne – kwiatowy zapach i aksamitna konsystencja. Wzbogacona o ultra odżywcze składniki: ponad 40% emolientów w składzie. Fizjologiczne pH. Bez mydła, bez parabenów.
Do umycia twarzy wystarczy zaledwie odrobina kosmetyku, ponieważ konsystencja jest gęsta i jednocześnie treściwa. Bardzo dobrze się pieni. Posiada nienachalny kwiatowy zapach. Podczas mycia towarzyszy nam przyjemne uczucie jakbyśmy rozprowadzały i wmasowywały jakiś odżywczy preparat

Po opłukaniu twarzy następuje chwila prawdy. Będzie to okropne uczucie ściągnięcia i przesuszenia czy nie? Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, choć od razu zaznaczam, że nie mamy też do czynienia z powalającym efektem solidnie nawilżonej skóry. Następuje kolejna chwila prawdy. Jak prezentuje się cera? Jest doskonale oczyszczona, mimo że żel jest bardzo łagodny dla skóry. Pory są domknięte, a tym samym skóra wygląda na wygładzoną

Trzeba być ostrożnym przy dozowaniu produktu na dłoń, ponieważ żel lubi wydostać się w niewspółmiernej do zapotrzebowania ilości;) - jeśli używa się go do mycia ciała, jest to ilość odpowiednia.

I jeszcze jedno, jest rewelacyjny do mycia pędzli do makijażu!:) Włosie jest dobrze wyprane i jednocześnie przyjemnie miękkie tuż po wysuszeniu. Pojemność 200 ml, termin przydatności - 12 miesięcy. 

Podsumowując, z chęcią zużyję trzecie opakowanie, a potem kolejne itd.:).


Odnośnik do kremu ---> klik
Odnośnik do żelu --->klik

Witajcie! :)

Uwielbiam poszukiwać przeróżnych doznań zapachowych. W tym roku zaznajomiłam się nieco bardziej z perfumami orientalnymi oraz niszowymi i mogę Was zapewnić, że nadal będę podążać w tym kierunku m.in. dlatego, że ten świat oferuje szerszą i ciekawszą paletę barw (co nie znaczy oczywiście, że główny nurt jest nudny - nadal odkrywam tam obłędne zapachy;)), a z drugiej strony chcę wyjść naprzeciw oczekiwaniom wszystkich odwiedzających moją stronę, którzy chcą poznać też opinie o zapachach mniej znanych oraz zainteresować pozamainstreamowym tematem początkujących w tej jakże fascynującej przygodzie:).
 
Ostatnio zaabsorbowały mnie perfumy organiczne i podążając tym tropem trafiłam na ofertę polskiej marki Latoille 5, znanej przede wszystkim z bardzo dobrej jakości naturalnych kosmetyków aromaterapeutycznych, w których składzie nie znajdziemy szkodliwych dla organizmu substancji. Nie inaczej jest z zapachami, bowiem znajdują się w nich: woda zdemineralizowana, gliceryna, alkohol i najwyższej jakości olejki eteryczne.

A w taki sposób przedstawia swoje pachnidła producent:

Nasze perfumy są robione ręcznie, z miłością, niezwykłą precyzją i dbałością o detale na każdym etapie ich powstawania. Mood perfume Latoille 5 to aromaterapeutyczne perfumy o zapachach pochodzących prosto z natury, których działanie wywiera silny wpływ na naszą psychikę. Mogą być stosowane jako mgiełka do ciała. Są bezpieczne, zawierają glicerynę roślinną i nieznaczną ilość alkoholu. Mogą być używane również jako odświeżacze do powietrza, można nimi spryskać ciało, ubranie, pościel, używać jako perfumy. Uwolniony aromat utrzymuje się do kilku godzin.
Mood perfume Latoille 5 zamknięte są w stylowych, aluminiowych opakowaniach wysokiej jakości. Aluminium jest od środka powleczone specjalną warstwą żywicy zabezpieczającej produkt przed bezpośrednim kontaktem z aluminium i uniemożliwiającej zachodzenie jakiejkolwiek reakcji chemicznej.



Spośród dwunastu zapachów, na początek wybrałam cztery próbki, żeby wyrobić sobie taką wstępną opinię na temat jakości i stylu realizacji tej naturalnej koncepcji przez markę;). Powiem Wam, że dwa zapachy uwiodły mnie od pierwszego powąchania i to pozytywne wrażenie utrzymywało się również, gdy ukazały się nuty serca i bazy, natomiast pozostałe dwa uznałam za niezbyt wymyślne, choć ich skład sygnalizował zupełnie inną historię.


Przejdźmy do podsumowania testów:

  • Mood Perfume Arati - Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Arati zyska Waszą przychylność, jeśli tak samo jak ja uważacie, że perfumy z cynamonem są wyśmienitą ucztą dla zmysłów:). Akceptuję tę nutę nie tylko jako akcent ubogacający kompozycję, doceniam też w roli głównego rozgrywającego - tutaj jest świdrujący w nozdrzach i spożywczy, a perfumy przez jakiś czas pachną jak dobrej jakości cynamonowy olejek eteryczny. Wydawałoby się, że zapach jest monotonny, ale skrywające się za ,,przywódcą" pozostałe nuty: wanilia, goździk i benzoes, mimo że nie mają znaczącej siły przebicia, nadają mu nieco łagodniejszego słodkiego tonu. Wytrawność podrasowana paczulą nie jest już tak dokuczliwa, a zapach nabiera balsamicznego charakteru. Podsumowując, są to ciekawe perfumy, choć oscylują wokół wydźwięku mononutowego. Jeśli chodzi o parametry, moim zdaniem jest to unisex o dobrej trwałości, która nie przekracza 5 godzin; projekcja na długość ramion.

  • Mood Perfume Efrat -  Kiedy jeszcze przed podjęciem decyzji o zamówieniu próbek analizowałam skład tych perfum, miałam przeświadczenie, że dla mojego nosa to będzie zapachowy koszmar - sprawcą takiego myślenia była specyficzna kwiatowa nuta ylang-ylang, która kiedyś odstraszyła mnie na kilka dobrych lat;). Zignorowałam Efrat, choć gdy przyjrzałam się mu ponownie, stwierdziłam, że zaryzykuję z uwagi na nuty drzewne i pomarańczę:). I tym oto sposobem odkryłam cudowny ultrakobiecy zapach, a przy okazji oszalałam na punkcie ylang-ylang;) do tego stopnia, że kupiłam już kilka olejków eterycznych z tą nutą w różnych konfiguracjach zapachowych. Przechodząc do perfum, przede wszystkim mamy do czynienia z ciepłą emanacją drzewa różanego i drzewa sandałowego, która ukazuje się tuż po kwiatowo-paczulowym otwarciu.  Po czasie dołącza aromat skórki pomarańczowej, kropelka dojrzałej róży i trochę korzenności. Moim marzeniem jest identyczny zapach o powalającej trwałości i projekcji, który momentalnie wypełniałby przestrzeń (wiem, takie perfumy nie są w dobrym tonie, ale w tym przypadku tego właśnie chcę;)). Niestety, jest bliskoskórny i wyczuwalny przez ok. 2,5 godziny. W chłodne dni zginie w tłumie innych woni.

  • Mood Perfume Grass Fever - Po intrygujących nutach zapachowych, na które składają się: may chang, trawa cytrynowa, bazylia, wanilia i lawenda spodziewałam się ambitnych perfum, a otrzymałam zapach herbaty z listkami werbeny, który szybko przeobraża się w słodki imbirowo-cytrynowy cukierek. Jest subtelny, trwałość przekraczająca 3 godziny.

  • Mood Perfume Sparkler  - Nie wiem czy jest sens pisać o tym zapachu, skoro jego żywotność mija po 30 minutach, ale wspomnę tylko, że cały czas się zastanawiam jak to jest możliwe, by za sprawą grejpfruta, imbiru, melisy, paczuli i kardamonu wykreować zapach stęchlizny i kurzu? Aromat ten w żadnej mierze nie pretenduje do miana niszowego - jest płaski, bliskoskórny, nietrwały, innymi słowy wyjątkowo nieudany:/. 

*Perfumy w pojemności 100 ml można dostać od 165 zł do 210 zł w zależności od konkretnego zapachu.


Witajcie! :)

Jakiś czas temu w jednej z kosmetyczek odnalazłam bazę pod cienie marki Lorac, która dołączona była w miniaturowej wersji do palety cieni Unzipped (pojemność miniatury - 5,5 g; pojemność opakowania pełnowymiarowego 15,3 g). Ta mniejsza wersja w zupełności wystarczy, by móc wyrobić sobie opinię o jakości całego produktu, ponieważ wystarczy na wiele aplikacji. 

Pomyślałam, że powrócę do jej używania na co dzień, żeby sprawdzić czy nadal podtrzymałabym swoją negatywną opinię na jej temat. Wiem, że jest to produkt niezastąpiony w kuferkach wielu wizażystek, dlatego po tej długiej przerwie postanowiłam jeszcze raz dać mu szansę i zmienić metodę aplikacji, a także zmniejszyć ilość nakładanej na powiekę bazy.

Tak jak już kiedyś wspomniałam, cienie z tej palety nie wymagały profesjonalnych wspomagaczy, dlatego testowałam ją na kilku cieniach z Inglota i niektórych pigmentach.



Kosmetyk ma płynną konsystencję. Tuż po rozprowadzeniu można zauważyć, że szybko zasycha i momentalnie wnika w skórę powiek - niestety, nie tworzy filmu, który wyrównuje koloryt, rozświetla i rozjaśnia powieki tak jak np. baza z Artdeco i wydaje mi się, że z tym właśnie wiążą się późniejsze komplikacje.
Jeśli chodzi o samą aplikację, najlepiej sprawdzą się w tym celu palce, ale trzeba być precyzyjnym, ponieważ wystarczy chwila nieuwagi i nad powieką dorobimy się skorupy, która uwidoczni się tuż po nałożeniu podkładu bądź korektora, a której wcale nie będzie tak łatwo się pozbyć.


Pigmenty i cienie prezentują się na tym fundamencie najczęściej bardzo nieestetycznie. Tuż po nałożeniu widać każdą zmarszczkę skóry, poza tym powieki wyglądają tak jakby były pokryte grudkami:/. Nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje, skoro na innych bazach czy korektorze wszystko za każdym razem wygląda jak jednolita tafla, mimo że drobne nierówności posiadam. Poniżej zdjęcie, na którym widać tę katastrofę;).


Baza podbija kolor cieni, sprawia, że ich trwałość jest całodniowa i to z pewnością jest bardzo dobra wiadomość dla wszystkich dziewczyn, których skóra powiek jest idealnie gładka i nawet taki trudny zawodnik nie będzie im straszny:).


Podsumowując, uważam, że nie jest to dobra baza dla kobiet z dojrzałą skórą bądź młodych kobiet, których powieki nie należą do idealnie gładkich.


Witajcie! :)

Postanowiłam w końcu zmierzyć się z bardzo popularnymi i na ogół zachwalanymi balsamami do ust amerykańskiej marki Carmex, która funkcjonuje na rynku już blisko osiemdziesiąt lat. Do niedawna podczytywałam tylko recenzje tych produktów, ale mój sceptycyzm i tak nie ustępował, ponieważ moje usta wymagają naprawdę porządnego nawilżenia, dlatego sądziłam, że mogą to być za słabe działa na takie wyzwanie;). Jako że moja ulubiona dotychczas maść z witaminą A nie poradziła sobie z ogromnym przesuszeniem, z którym zmagałam się zeszłej jesieni i zimy, przełamałam się w końcu i wybrałam opcję pielęgnacji w trzech wydaniach: w tubce, słoiczku i sztyfcie, tak by się nie rozdrabniać i przy okazji w jednym wpisie podzielić się opinią na temat tych balsamów.

Wiedziałam, że walory pielęgnacyjne i nawilżające nie są identyczne dla każdego z tych kosmetyków, dlatego też bacznie przypatrywałam się im pod tym kątem;). Nie zraziły mnie też informacje o tym, że balsamy dają na ustach efekt chłodzenia i mrowienia, ponieważ mam błyszczyki, które działają na podobnej zasadzie i bardzo mi to odpowiada.


  • waniliowy sztyft (poj. 4,25 g; SPF15) - stabilny, niełamiący i nierozpuszczający się wraz z upływem czasu sztyft. Podoba mi się stopień nabłyszczenia, natomiast zapach nie do końca mnie przekonuje, ponieważ jest na równi waniliowy i ... kamforowy. O ile lubię taki apteczny aromat w kosmetykach do twarzy, o tyle w pielęgnacji ust jest on irytujący.  Poza tym chłodzenie, o którym pisano nie jest tym, czego się spodziewałam, dlatego, że ,,w gratisie" otrzymujemy pulsacyjne szczypanie i pieczenie, które odczuwa się przez ok. 25 minut.  Najprawdopodobniej wieczorem mój próg odporności na ból jest bardzo niski, bo wówczas w ogóle nie jestem w stanie nosić tego balsamu na ustach. Kolejną wadą jest niewystarczająco dobre nawilżenie, choć, żeby być precyzyjniejszą musiałabym nazwać je słabym. Aktualnie używam go czasami jako bazę pod kremowe pomadki dla zapewnienia bardziej błyszczącego wykończenia.
  • wiśniowa tubka (poj. 10 g; SPF15) - produkt o rzadkiej formule,  co powoduje, że akurat w tym przypadku balsam migruje przez usta, osiada na języku i siłą rzeczy w gardle:/. Solidna warstwa sprawi, że pojawi się nieprzyjemny efekt szczypania i pieczenia, dlatego radziłabym nałożyć zaledwie odrobinę, by uniknąć tych uciążliwości (z waniliowym sztyftem ten trik nie przejdzie). Poziom nawilżenia określiłabym jako dobry. Do zalet zaliczyłabym jeszcze przyjemny intensywny zapach przypominający syrop wiśniowy. 
  • słoiczek z limitowanej edycji Kiss&Kiss (poj. 7,5 g) - to bez wątpienia najlepsza wersja z całej oferty tej marki, ponieważ po pierwsze, wyczuwalne jest wyłącznie delikatne chłodzenie, a więc odchodzi nam problem 25 minutowego utrapienia;). Ponadto po zastosowaniu tego produktu spierzchnięte usta błyskawicznie wracają do formy, po czym w dalszej perspektywie za jego sprawą są znakomicie nawilżone. Tutaj kamfora jest wyczuwalna tylko w opakowaniu, za to na ustach do głosu dochodzi mentol oraz wanilia i pewnie dlatego ta wersja nie podrażnia warg. Balsam ma gęstą formułę, dlatego też bardzo długo utrzymuje się na ustach. Ze względu na rodzaj opakowania nakładam ten produkt patyczkiem kosmetycznym, żeby wszystko odbywało się w higienicznych warunkach:). 


SKŁAD:
waniliowy sztyft - Petrolatum, Lanolin, Euphorbia Cerifera Cera, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Ozokerite, Benzophenone-3, Paraffin, Cetyl Esters, Cera Alba, Theobroma Cacao Seed Butter, Parfum, Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Menthol, Ethyl Vanillin, Vanillin, Salicylic Acidlimnanthes Alba Seed Oil, Camphor, Isopropyl Myristate, PPG-3 Benzyl Ether Myristate, Caprylic/Capric Triglyceride, Menthol, Ethyl Vanillin, Vanillin, Salicylic Acid

wiśniowa tubka - Petrolatum, Lanolin, Parfum, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Cetyl Esters, Theobroma Cacao Seed Butter, Cera Alba, Benzophenone-3, Camphor, Menthol, Vanillin, Linalool, Benzyl Cinnamate, Geraniol

słoiczek -  Petrolatum, Lanolin, Cetyl Esters, Paraffin, Theobroma Cacao Seed Butter, Cera Alba, Camphor, Menthol, Salicylic Acid, Vanillin, Parfum, Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol


Podsumowując, w przyszłości być może wrócę do wersji w słoiczku ze względu na rewelacyjne walory pielęgnacyjne, natomiast na pozostałe dwie już się nie zdecyduję, nie będę też testować innych wersji zapachowych.



Witajcie! :)

Próbki i miniatury kosmetyków w zależności od pojemności pozwalają nam wyrobić sobie o nich wstępne wrażenie bądź już ugruntowaną opinię i na tej właśnie podstawie decydujemy się na pełnowymiarowe opakowanie bądź też rezygnujemy z zakupu.

W ciągu ostatnich miesięcy miałam okazję przetestować mnóstwo miniatur, próbek, odlewek i odsypek kosmetyków, natomiast do dzisiejszego wpisu wybrałam te, których być może jesteście aktualnie ciekawe i zastanawiacie się czy warto w nie inwestować. Spróbuję podpowiedzieć, które produkty zasługują na uwagę.


  • Estee Lauder serum Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II (poj. 7 ml) - serum naprawcze, które  powinno według producenta radykalnie zmniejszyć widoczność wszystkich kluczowych oznak starzenia się skóry. Linie i zmarszczki zostają znacząco zmniejszone, a skóra wygląda młodziej już po 4 tygodniach: jest gładsza, bardziej nawilżona i mocniejsza, ma bardziej wyrównany koloryt. Miniatura wystarczyła mi na 2 tygodnie codziennego stosowania, dlatego też mogę wspomnieć tylko o całkiem dobrym nawilżeniu, ujednoliceniu kolorytu cery oraz zaleczeniu drobnych niedoskonałości. Na pewno wrócę kiedyś do tego serum, żeby sprawdzić jego długofalowe działanie pod kątem właściwości wygładzających.
  • Too Faced Chocolate Soleil Matte Bronzer (poj. 2,5 g) - matowy brązer utrzymany w chłodnej tonacji, który moim zdaniem ma satynowe wykończenie. Super sprawą jest fakt, że kosmetyk intensywnie pachnie czekoladą, choć przyznaję, że kiedy wykonuję makijaż o poranku, czyli wtedy, gdy zmysł węchu jest wyostrzony, ten zapach mi przeszkadza. Każdy kosmetyk z tej kategorii, który przewija się przez moje ręce ma wysoko ustawioną poprzeczkę za sprawą absolutnie idealnego brązera Ready z bareMinerals i niestety ten również go nie doścignął. Problem w tym, że nie można sobie pozwolić na bezwiedne rozcieranie, ponieważ bardzo łatwo można zrobić nim plamy, których nie da się potem rozpracować. Oczywiście za sprawą odpowiedniego pędzla i umiejętności można poradzić sobie z każdym problematycznym brązerem, ale trzeba liczyć się z tym, że zajmie to więcej czasu.
  • Antipodes Divine Face Oil Avocado oil & Rosehip (w opakowaniu Workship;)) -  stymuluje do 51%  produkcję kolagenu typ-1 w fibroblastach (komórki tkanki łącznej). Ten bogaty w składniki,  certyfikowany olejek do twarzy działa na skórę odżywczo. Olejek awokado wspiera kolagen, który zmniejsza płytkie zmarszczki i przebarwienia, a ekstrakty z dzikiej róży działają na poprawę wyglądu blizn i ujędrniają skórę. Przez kilka pierwszych dni obserwowałam reakcję skóry na to olejowe serum, dlatego, że moja cera nie zawsze toleruje taką formułę. Na szczęście obyło się bez wysypu;). Aplikowałam je na mokrą skórę delikatnie wklepując.  Zauważyłam, że dość dobrze się wchłania, aczkolwiek pozostawia film, dlatego też włączyłam olejek do wieczornej pielęgnacji. Bardzo mi się podoba jego specyficzny kremowo-ziołowy zapach. Odlewka, którą miałam wystarczyła mi na dwutygodniową kurację. Jestem bardzo zadowolona ze stanu cery, dlatego zdecyduję się kiedyś na ten kosmetyk.
  • Antipodes Hosanna H2O Intensive Skin Plumping Serum - według producenta serum powinno nawilżać, odmładzać, wykazywać działanie kojące, antybakteryjne i przeciwgrzybiczne oraz łagodzić stany zapalne dzięki wyciągom z czarnej paproci Mamaku i pestek winogron, a także najlepszej odmianie lawendy (Lavendula Angustifolia), która występuje również pod nazwą ,,wspaniała lawenda". Na kompozycję zapachową składa się olejek różany i kardamon. Odlewka również wystarczyła mi na 2 tygodnie stosowania. Nie zauważyłam silnego nawilżenia, natomiast serum na pewno napina skórę i działa rozjaśniająco. Wchłania się całkowicie, pozostawiając matową skórę. Uważam, że jest rewelacyjne:).
  • Smashbox Photo Finish Foundation Primer (poj. 12 ml) - na co dzień nie używałam baz pod podkład, ponieważ nie trafiłam jeszcze na taką, która spełniłaby moje oczekiwania. Poza tym sądziłam, że tego rodzaju kosmetyk jest zbędny, dlatego też zwykle pod makijaż wystarczył mi lekki krem nawilżający. Photo Finish Foundation Primer to beztłuszczowa baza, której zadaniem jest wypełnić drobne zmarszczki i rozszerzone pory, co ma sprawić, że na tak wygładzonej powłoce podkład będzie się prezentował naturalnie, a przy tym będzie się dłużej utrzymywał. Nie odnotowałam, by zapychała pory, więc przez cały czas testowania towarzyszyło mi uczucie ulgi;). Bardzo mi się podoba to, że ,,zdejmuje ciężkość" z podkładów i sprawia, że prezentują się na cerze o wiele lżej, poza tym przedłuża ich trwałość o co najmniej 4 godziny - to dla mnie świetna sprawa, zwłaszcza, że nie lubię używać do tego celu pudrów.
  • Burberry Fresh Glow Luminous Base w odcieniu Nude Radiance (poj. 5 ml) - wygładzająca i rozświetlająca baza z perłowym srebrzystym pyłkiem. Bardzo dobrze spisuje się pod matującymi zastygającymi podkładami, nie roluje się, całkiem dobrze nawilża. Mnie jednak najbardziej zadowoliła w roli płynnego rozświetlacza, który nakładałam opuszkami palców. Polecam wszystkim zwolenniczkom nienachalnego rozświetlenia. 
  • Ben Nye Luxury Neutral Set Translucent Powder oraz Ben Nye Luxury Powder Visage w odcieniu Banana - pudry mają identyczne właściwości, więc połączyłam je w jeden opis.  Neutral Set  delikatnie bieli skórę, natomiast Banana nadaje skórze żółty kolor (bardzo dobre rozwiązanie, gdy trafił nam się podkład z przewagą różowych pigmentów). Doskonale likwidują rozszerzone pory, można nim uzyskać efekt maksymalnego wygładzenia, bardzo dobrze utrwalają podkład, dzięki czemu można się cieszyć matową cerą przez wiele godzin. W ich przypadku lepiej działać w myśl zasady: ,,im mniej, tym lepiej", ponieważ łatwo jest uzyskać sztuczny efekt. Poleciłabym je posiadaczkom cery tłustej i mieszanej w kierunku tłustej. PS. Wiele razy widziałam, że dziewczyny utrwalają nimi korektor pod oczami. Moim zdaniem te pudry przy codziennym stosowaniu przesuszą cerę, dlatego nawet nie chcę myśleć jakie spustoszenie poczynią na skórze pod oczami.
  • Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder  - transparentny puder utrwalający. Według zapewnień producenta, kosmetyk zawiera najdrobniejszy francuski talk, który ma wyjątkowe właściwości odbijające światło. Nadaje efekt miękkich konturów oraz optycznie wygładza drobne linie i niedoskonałości. Gwarantuje całodzienną trwałość makijażu. Idealny dla wszystkich rodzajów skóry.  Moim zdaniem puder zapewnia subtelny mat i sprawia, że cera wygląda promiennie. Jest niewidoczny na skórze, na pewno też nie będzie przesuszać. Nie poradzi sobie jednak z wielogodzinnym utrzymaniem sebum w ryzach na skórze mieszanej w kierunku tłustej i tłustej, natomiast cery suche, normalne i mieszane będą zachwycone:). 
  • Laura Mercier Loose Shimmer Powder Stardust - rozświetlacz utrzymany w chłodnej tonacji, w którym przeszkadzają mi dość duże srebrne drobinki, dlatego najczęściej używam go jako cień do powiek. Jego zaletą jest fakt, iż nie przykleja się do skóry tak mocno jak chociażby Mary Lou Manizer, dlatego też jeśli przesadzimy z ilością, bez problemu będzie można rozblendować nadmiar. 

Podsumowując, najbardziej polubiłam specyfiki z Antipodes oraz bazę ze Smashboxa.  Co więcej, styczność z tymi produktami wznieciła moją ciekawość do pozostałych kosmetyków z oferty tych marek, więc jeszcze nie jeden raz przeczytacie o nich na moim blogu:). 




Burberry, Fresh Glow Luminous Base w odcieniu Nude Radiance użyty jako rozświetlacz:


Laura Mercier, Loose Shimmer Powder Stardust użyty jako cień do powiek i rozświetlacz:


Witajcie! :)

Odkąd zauważyłam, że podkreślone brwi nadają twarzy zupełnie innego wyrazu, od razu przysposobiłam ten trik do swojego codziennego makijażu:). Najczęściej podkreślałam je zwykłymi matowymi cieniami do powiek, jednak były zbyt suche i przez to często osypywały się po kilku godzinach. Postanowiłam więc wypróbować czegoś specjalnie przeznaczonego do tego celu i zdecydowałam się na cień Freedom System w kolorze 559 z Inglota - wygląda tak samo jak tradycyjny cień tej marki, tyle że jego konsystencja jest bardziej miękka, odrobinę woskowa. Sprostał wszystkim moim oczekiwaniom i będzie w mojej kosmetyczce tak długo jak będzie produkowany, jednakże moja ciekawość wszelkich nowości jest na tyle silna, że czasami zwrócę uwagę na inne produkty:). Od dłuższego czasu planowałam  sprawdzić osławione już ,,słoiczkowe" pomady czy konturówki do brwi w żelu. Obawiałam się efektu przerysowania i tego, że nie poradzę sobie z tą specyficzną formułą, ale jak się później okazało, nie było tak źle jak sądziłam;).

Dipbrow Pomade marki Anastasia Beverly Hills jest, jak informuje producent, wodoodporną pomadą, która doskonale koloruje, modeluje i uzupełnia brwi. Kremowa formuła nie rozmazuje się. Zapewnia się też, że produkt bardzo łatwo się aplikuje.


Opakowanie jest ciężkie, szklane. Na etykiecie widnieje informacja o sześciomiesięcznym terminie przydatności, co jak na czterogramową pojemność może być trudne do wykonania.

Kosmetyk sprawia wrażenie mocno kremowego, jednak już po starciu wierzchniej warstwy, co następuje po ok. pięciu użyciach,  mamy do czynienia z bardziej suchą, zbitą formułą.

Pierwsze aplikacje mogą przysporzyć trudności, być może będziecie nawet niezadowolone z rezultatu, jednak po rozpracowaniu produktu wszystko będzie się odbywało o wiele sprawniej. Jako że pod tego typu produktami na stronach sklepów internetowych pojawiają się negatywne opinie klientów w stylu: ,,daję jedną gwiazdkę, bo uzyskałam sztuczny efekt", polecam zajrzeć też na instruktaże nakładania pomady na YT, bowiem można stopniować nasycenie koloru, jak i nakładać w taki sposób, by móc cieszyć się naturalnym efektem. Mogę poradzić jeszcze, żeby pamiętać o pokryciu strefy pod brwiami, jak i samych brwi korektorem, po czym nakładać produkt stopniowo, ponieważ dość szybko zasycha, co uniemożliwi późniejsze dopracowanie niedociągnięć (w tym przypadku cień z Inglota wygrywa, ponieważ mogę go rozprowadzać swobodnie w różnych miejscach, a na końcu nadaję brwiom ostateczny szlif poprzez ponowne rozcieranie - w przypadku pomady byłoby to niemożliwe). Na samym końcu można wyrównać dolną linię brwi miękką białą kredką bądź korektorem i rozprowadzić za pomocą pędzelka języczkowego.




Prezentacja pomady na brwiach:


Podsumowując, jest to bardzo dobry trwały produkt, ale w tej kategorii pomada tej marki ma już poważną konkurencję, więc na pewno do niej nie wrócę, za to przetestuję jeszcze kiedyś dla porównania trzy razy tańszą konturówkę w słoiczku z Inglota. Poza tym, jednak lepiej i szybciej pracuje mi się cieniem, o którym wspomniałam, więc potraktuję doświadczenie z pomadami jako ciekawy eksperyment:).
Witajcie! :)

Narciso Rodriguez jest projektantem, którego ubrania od dawna wzbudzają moją ciekawość.  Jeśli  jego kreacje są emanacją jego wyobrażeń o ideale kobiety to jest ona świadoma swojej wartości i zmysłowości, a jednocześnie eteryczna, skromna, nieco sentymentalna, pozwalająca sobie na spontaniczność, zawsze też pamięta, by w każdej sytuacji wyglądać szykownie. I choć daleko mu do genialnego stylu Giorgio Armaniego, który określiłabym mianem majestatycznej elegancji, to i tak urzeka mnie w identyczny sposób, bowiem w tej prostocie tkwi siła.

Dopełnieniem wyjątkowego minimalistycznego stylu nie mogły być banalne perfumy w kiczowatych flakonach. Są one proste, klasyczne, masywne i najczęściej w białym, czarnym oraz różowym kolorze, tym samym doskonale korespondują z trendami, które ów projektant wyznacza na wybiegu.

W kontekście tej marki najczęściej słyszy się o uwielbieniu dla - zdaje się - bezkonkurencyjnego For Her eau de toilette, z podobnym podziwem mówi się jeszcze o Narciso eau de toilette i Narciso eau de parfum. Ten ostatni zapach jako jedyny do tej pory zdołał uzależnić mnie od pierwszego powąchania:). Od razu wiedziałam, że w pełnowymiarowej pojemności będzie u mnie w ciągu najbliższych kilku dni:).


Rodriguez znakiem rozpoznawczym swoich perfum uczynił piżmo, które na szczęście nie wchodzi w mydlane niuanse, ukazuje się za to w gęstym, zawiesistym, a co za tym idzie sensualnym wydaniu - jest kremowe i mleczne. Nie byłoby wyrafinowania, gdyby nie zacne towarzystwo, którym są kwiaty i nuty drzewne. Otwarcie perfum to według mnie intensywnie pachnący bukiet filigranowych róż gałązkowych; wyobrażam sobie, że są pudroworóżowe i białe. Potem mamy już całą esencję, o której wspomniałam wcześniej, aczkolwiek wzbogaca ją upajająca słodka gardenia. Ostatni etap na mojej skórze jest zawsze mieszanką woni suchego drewna i kropli wanilii, choć nie do końca wiem czy rzeczywiście jest ona wymieniona w oficjalnym składzie.




Kompozycja jest przyjemnie łagodna, nie pojawia się ani jeden szczegół, który zaburzyłby ten spokój i harmonię. Z drugiej strony zastanawia mnie jak osiągnięto efekt dostarczający sprzecznych doznań, ponieważ nosząc te perfumy odczuwamy ciepły i uwodzicielski zapach, który jednocześnie delikatnie schładza skórę i daje wrażenie kremowej czystości - absolutne mistrzostwo!

Narciso edp to śnieg skrzypiący w mroźne dni pod naszymi stopami, to odprężająca kąpiel z dodatkiem mleka i miodu, to również biały pluszowy koc. Tymi słowami chcę trochę przekornie powiedzieć, że nie widzę go jako zapachu typowo wiosennego tak jak przyjęło się go postrzegać. W moim odczuciu lepszą dla niego oprawą jest chłodna jesień i mroźne zimowe dni - wówczas nie może wyrazić całej swojej kwiatowej ekspresji, która zostaje nieco stłumiona na rzecz tego efektownego piżma.

Serdecznie zachęcam do testów i oczywiście jestem bardzo ciekawa Waszych opinii na temat perfum tej marki.
Parametry: trwałość - wielogodzinna, projekcja - na długość ramion
Cena: do 245 zł za 30 ml, do 359 zł za 50 ml, do 465 zł za 90 ml.
Witajcie! :)

Moje ostatnie perfumowe odkrycia, a mianowicie Insulo marki Jeroboam oraz Salim i Anarkali marki Tabacora Parfums płynnie zsynchronizowały się z początkiem nowej pory roku, bowiem każdy z trzech zapachów znakomicie wpisuje się swoim ogólnym charakterem w jesienną aurę. Jeśli zatem aktualnie poszukujecie czegoś oryginalnego, to w tym wpisie podrzucę kilka pomysłów:).

Według mojego nosa flakony tych pachnideł skrywają kompozycje dopracowane w najdrobniejszym szczególe: jeśli tematem jest zawiesista słodycz wanilii (Insulo) - wykreowana jest bez kropli banału, jeśli jest to pudrowa róża (Salim) - nie idzie prostą drogą w kierunku waty cukrowej tylko wybiera tę ambitniejszą, która prowadzi przez żywiczny, ziołowy-ziemisty i drzewny klimat,  jeśli jest to typowo drzewny orient (Anarkali) -  nadbudowany zostaje gorzko-korzennym i kamforowo-piwnicznym aromatem.

Każdy z nich stworzony jest z przytupem i jednocześnie szacunkiem do potencjalnych odbiorców, ponieważ nie uświadczymy tu niskiej jakości składników, nie ma tu wbrew pozorom chaosu i dziwaczności. Muszę też przy okazji wspomnieć, że w wielu kompozycjach nie pasuje mi dobór nut bądź proporcje poszczególnych składników (dlatego już dawno utwierdziłam się w przekonaniu, że wielkiej kolekcji nigdy nie zbuduję;)), natomiast w zetknięciu z tymi zapachami nie mam żadnych uwag - przyjmuję i odbieram je jako harmonijne dzieła, które poddano żmudnemu procesowi szlifowania tak, by w ostateczności wzbudzały zachwyt.  

Zdając sobie sprawę, że trudno jest sobie wyobrazić woń na podstawie opisu, postanowiłam wspomnieć przy każdym z nich o innych zapachach, które z nimi w jakimś stopniu korelują bądź wyczuwam zaledwie zbieżny akcent, aczkolwiek trzeba jasno powiedzieć, że gdy będę nawiązywać do marek popularnych, to oczywistym jest, że daleko im do tego poziomu, który wyznaczyły Jeroboam i Tabacora Parfums.


Zacznę od Insulo, który znalazł się w mojej pachnącej nagrodzie wygranej na blogu Sabbath of Senses. Otrzymałam 9 próbek zapachów trzech młodych niszowych marek perfumeryjnych: Jeroboam, Rubini oraz Hiram Green.  Początkowo entuzjastycznie podeszłam do testów i założyłam, że zbiorczo zrecenzuję wszystkie perfumy w jednym wpisie, ale szybko się przekonałam, że szkoda moich nerwów;). Każdy z nich inny, a miałam wrażenie, że zrobione zostały na jedną modłę tuberozowego opętania (jak ja nie cierpię tej nuty;)) i różnych wariacji na temat zamszowo-owocowej koncepcji. Raz, że niekoniecznie wszystko się udało (dla przykładu: nie wystarczy powalić na kolana mocą zapachu, a potem niech się dzieje, co chce;) i jeśli już łączy się zamsz z winogronami, to warto usunąć przykry zapach brudu i sprawić, żeby winogrona były jednak bardziej wyczuwalne itd.), dwa - te tematy są już zbyt często eksploatowane, po trzecie - dla dwóch znalazłam odpowiedniki wśród perfum celebryckich, dlatego też ich cena w stosunku do jakości to dyplomatycznie mówiąc nieporozumienie. 


Przechodząc do sedna, mozolnie testowałam każdy z nich, aż w końcu po kilku tygodniach wzięłam pod lupę ostatnią już próbkę - Insulo francuskiej marki Jeroboam. Nie spodziewałam się wiele, ale już po chwili wiedziałam, że ta jakże nieskomplikowana, bo złożona wyłącznie z trzech nut kompozycja przewyższa swoich udziwnionych poprzedników. Na uznanie zasługuje zjawiskowa najprawdziwsza wanilia, która za sprawą piżma jest puchata, zawiesista, mocno kremowa/śmietankowa - taką samą, a może nawet nieco lepszą czułam w genialnej niszowej Lirze od Xerjoff. Jest tak sugestywna, że mało brakuje do zjawiska synestezji:) - ma się wręcz wrażenie, że można tę wanilię zobaczyć i dotknąć:). Do głosu dochodzi również jaśmin, ale w żaden sposób nie próbuje dominować w tej kompozycji, nie jest nawet równorzędną dla wanilii siłą - to zaledwie widoczny element w tle. Warto również wspomnieć o innym interesującym aspekcie tych perfum, o tyle interesującym, że nie ma potwierdzenia w spisie nut, a mimo to jest wyczuwalny. Jakkolwiek nie byłby to ściśle waniliowy zapach, to jednak istnieje w Insulo wyraźny owocowy ozdobnik, coś na zasadzie duetu czerwonych jagód i malin, który można wyczuć w Gucci Guilty Black.  Przeznaczeniem Insulo nie jest zapewne funkcjonowanie w roli eleganckiego zapachu na wielkie wyjścia, nie widzę go też jako zwykłego zapachu na dzień. W maksymalnym skrócie, jest to błogi, deserowy zapach, który poprawi nastrój w chłodne jesienne i zimowe wieczory. 


Przyszedł czas na propozycje od Tabacora Parfums. To młoda polska niszowa marka perfumeryjna, która w 2015 roku zaoferowała wszystkim miłośnikom perfum zapachy stanowiące egzemplifikację obrazów miłości z całego świata. Zarówno Salim, jak i Anarkali  pochodzą z kolekcji Chariots of Love, co w tłumaczeniu na język polski oznacza Rydwany miłości. Jak można przeczytać na anglojęzycznej stronie producenta: Pierwsza para zapachów przenosi nas do mistycznych Indii pozostawiając w  objęciach szlachetnej orientalnej aury.  Wyraźne nuty balsamiczne i drzewne nieprzyzwoicie  uwodzą i rozgrzewają.  W tle zapowiedź tragicznej miłości wyrażają gorzkie nuty wyważone kwiatami symbolizującymi piękno ulotnej chwili.

Zapachy są skoncentrowane w olejku o pojemności 15 ml. Wiem, ta formuła nie jest u nas szczególnie popularna, ale nie należy się jej obawiać, ponieważ perfumy w olejku szybko się wchłaniają i nie pozostawiają tłustych śladów; poza tym wystarczą zaledwie 2 krople, by pachnieć wyraziście przez cały dzień.


Salim to zapach, który można odbierać w różnoraki sposób, ale według mnie jest to przede wszystkim pudrowa róża z wtórującą jej drzewnością na ziołowo-ziemistym podbiciu. Gdzieś tam w oddali pobrzmiewają słodkie żywice, które na początku ledwie pobłyskują, a których rola wraz z upływającym czasem staje się coraz bardziej znacząca. Róża jest autentyczna, oczarowuje od samego otwarcia aż do końca żywotności zapachu. Taką pudrową różę odnaleźć można w Donnie marki Valentino - opisałam ten zapach pół roku temu na blogu i narzekałam wówczas na przesłodzenie, porównałam go nawet do syropu. Wtedy właśnie zamarzyło mi się wydanie takiego duetu bez cukru i sztucznej wanilii, ale za to w zacnym towarzystwie drewna i świdrującej w nosie ostrej świeżości i w końcu taki zapach odnalazłam. W ramach ciekawostki dodam, że w tym roku Salim został finalistą prestiżowego międzynarodowego konkursu Art and Olfaction Awards.
Perfumowa piramida:
nuty głowy: szafran, róża, irys
nuty serca: papirus, balsam gurjan, agar (oud)
nuty bazy: agar (oud), paczula, bursztyn, piżmo

Anarkali to zapach-zjawisko. Pachnie jak mieszanina moich ulubionych olejków eterycznych z paczuli i drzewa herbacianego, które połączono ze słodkim sandałowcem i żywicami. O ile wspomnianych olejków nie zlokalizowałam w składzie, ponieważ w ich miejscu są inne nuty o podobnym wydźwięku, o tyle nuty drzewne i żywice mają już potwierdzenie w oficjalnym składzie. Perfumy nie przeistaczają się dynamicznie, wręcz przeciwnie - wszystkie składniki ze sobą współbrzmią, przy czym zdecydowanie górują ostre, zielone i nieco gorzkie  nuty, które przypominają mi charakter piwnicznej paczuli. To zapach, który z pewnością będzie budował dystans, jeśli natomiast spojrzeć na to z drugiej strony, osobom preferującym taką specyficzną świeżość dostarczy bogactwa doznań olfaktorycznych i stanie się świetnym źródłem relaksu:).  Anarkali polecam szczególnie wszystkim, dla których najbardziej mroczny wśród celebryckich zapachów Fancy Nights od J. Simpson wydawał się intrygujący, ale pozbawiony wielowymiarowości i jakiegoś głębszego zamysłu. W nim za to odnajdziemy wszystkie brakujące ogniwa;).
Perfumowa piramida:
nuty głowy: dzięgiel, cedr
nuty serca: balsam gurjan, papirus, agar (oud)
nuty bazy: drewno sandałowe, bursztyn, labdanum

Podsumowując, tak jak dzieli się już w tym momencie niszę na jakościową i popularną, tak te propozycje z pewnością zaliczają się do jakościowej, dlatego serdecznie zachęcam Was do testów. 

Ceny i dostępność:
Salim - flakon o poj. 15 ml - 650 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 30 zł; perfumerie internetowe
Anarkali - flakon o poj. 15 ml - 850 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 50 zł; perfumerie internetowe
Insulo - flakon o poj. 30 ml - 398 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 15 zł, 7 ml - 100 zł; perfumerie internetowe
Witajcie! :)

Tak jak już kiedyś wspomniałam, zestawienie tzw. ulubieńców będę przygotowywać 2 razy w roku: pod koniec sierpnia, żeby napisać o najczęściej używanych kosmetykach podczas wakacji, drugi tego typu post pojawiać się będzie w grudniu i będę pisać o ulubieńcach w ramach podsumowania minionych dwunastu miesięcy - wspomnę też wówczas m.in. o pielęgnacji oraz blogach, które z przyjemnością śledzę:).

W zeszłym roku o tej porze pokazałam wyłącznie połyskujące kosmetyki kolorowe oraz aż cztery orzeźwiające zapachy. Tym razem nie było sprzyjających okoliczności do eksperymentowania z makijażem, aczkolwiek z błyszczących akcentów tak do końca nie zrezygnowałam - nie byłabym sobą;). Po przetestowaniu kilku zachwalanych drogeryjnych korektorów, w końcu znalazłam taki, który sprostał wszystkim moim oczekiwaniom, pozostałe może do czegoś się nadają, ale na pewno nie pod oczy. Jeśli chodzi o perfumy, byłam całkowicie monotematyczna - właściwie to przywarłam do jednego zapachu:). 




  • Estee Lauder Sensuous edp - jak zwykle moje plany związane ze stosowaniem konkretnych perfum nie pokryły się z rzeczywistością. Okazało się, że byłam na ogół monotematyczna i tak naprawdę używałam tylko tego jednego zapachu. Recenzję Sensuous opublikowałam w listopadzie ubiegłego roku  i już wtedy bardzo lubiłam te perfumy, ale dopiero teraz odkryłam je na nowo i jestem pewna, że będą ze mną tak długo, jak tylko będą produkowane (o ile oczywiście nie zniszczy ich żadna reformulacja). Zimą pachniały na mnie słodko-wytrawnie, wyczuwałam przewagę nut drzewnych, natomiast teraz zachwyciły mnie łagodną miodowo-ambrową słodyczą. Nie dominowały, nie przytłaczały nawet wtedy, gdy były wysokie temperatury. Cudowny zapach, który z powodzeniem można stosować cały rok. Jeśli tylko nuty zapachowe wpisują się w Wasze preferencje, a lubicie wyjątkowe, eleganckie i nienachalne perfumy, to Sensuous wydaje się być tym, czego potrzebujecie;).
  • pigmenty z serii AMC Pure Pigment Eye Shadow w odcieniach 82 i 86  marki Inglot - gdybym miała wybierać między pigmentami i cieniami do powiek, to bez chwili zastanowienia oddałabym wszystkie swoje palety i została z tymi błyszczącymi cudownościami;). Te z oferty Inglota są trwałe, nie osypują się, są fenomenalne zarówno po nałożeniu na sucho, jak i na mokro. Wersje 82 i 86 utrzymane są w miedziano-różowo-bordowej kolorystyce, które różnią się wyłącznie nasyceniem barw. Kiedy jak nie latem należy pozwolić im błyszczeć w pełni?:) To przecież najlepszy czas na przemycenie odrobiny szaleństwa w codziennym makijażu. Dodatkową zaletą używania pigmentów jest to, iż zwracają uwagę otoczenia - nie jestem w stanie zliczyć próśb o podanie nazwy tego ,,świecącego cienia";).
  • pomadka z Mac o wykończeniu cremesheen w kolorze Creme Cup - przy tak ,,żywym" makijażu oka wypadało nałożyć na usta coś, co nie będzie charakteryzować się tą samą ekspresją. Postawiłam na pomadkę Creme Cup, którą najczęściej łączyłam z bezbarwnym błyszczykiem. Po dłuższym czasie użytkowania stwierdzam, że ten kolor najbardziej podoba mi się wtedy, gdy mam konkretniejszą opaleniznę;), choć i z jasną cerą też się dobrze komponuje;). 
  • korektor Multi Mineral Anti Age Concealer z Bell w odcieniu 01 - w tym roku postanowiłam znaleźć korektor, który będzie przede wszystkim lekki, a jednocześnie nie będzie wymagał przypudrowania (większość o takiej formule się roluje, dlatego nie miałam łatwego zadania). Poza tym oczekiwałam, że nie będzie wchodził w zmarszczki (choć muszę przyznać, że za sprawą odpowiedniej pielęgnacji  mam ich teraz mniej niż jeszcze kilka lat temu), a to jak wszystkie wiemy nie lada wyczyn dla producentów tego rodzaju kosmetyku; miał też przyzwoicie się utrzymywać. Część nie przeszła testu, bo zrolowała się w chwilę po nałożeniu, wytraciła kolor bądź podkreśliła załamania i przesuszyła skórę pod oczami, ale jeden totalnie mnie zachwycił i jest to właśnie korektor z Bell. Sprostał wszystkim powyższym wymaganiom. Jego konsystencja jest zbliżona do wodnistej,  zaskoczyło mnie to, że nakładając go, czułam, że jest przyjemnie chłodny. I choć mógłby być jaśniejszy (lubię efekt widocznego rozjaśnienia/rozświetlenia, a taki miałam tylko przy okazji opalenizny, w innej konfiguracji ,,zlewa się" z kolorem podkładu), mógłby też odrobinę lepiej kryć (ratuję się trikiem i nakładam odrobinę korektora na warstwę, która zdążyła już zastygnąć - jest lepiej:)), to i tak jest w tym momencie moim najlepszym korektorem. Do ideału brakuje mu niewiele.

Mój wakacyjny makijaż z wykorzystaniem kosmetyków, o których wspomniałam (zdjęcie pierwsze: pigment 82, zdjęcie drugie 86):