Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Do tej pory byłam zwolenniczką płynnych podkładów, ponieważ wydawało mi się, że formuły mineralne w formie sypkiej i prasowanej prezentują się na skórze ciężko i sucho, nie są trwałe, a po kilku godzinach  i tak przeistoczą się w nieestetyczne ciastko. Ponadto byłam przekonana, że nie posiadają właściwości wygładzających, a jest to najistotniejsza cecha, która decyduje o tym, czy kupię kosmetyk ponownie.

Znalazłam sposób na to, żeby mój dotychczasowy podkład w kompakcie wyglądał znośnie i nakładałam go za pomocą uprzednio zwilżonego hydrolatem pędzla, ale pozostał jeden mankament, który i tak zniechęcał mnie do regularnego stosowania - nadal nie byłam usatysfakcjonowana poziomem zniwelowania rozszerzonych porów. 

Kiedy zapoznałam się z dość entuzjastycznymi opiniami o podkładach polskiej marki Pixie Cosmetics, uznałam, że warto je wypróbować. Szczęśliwym trafem udało mi się we wrześniu wygrać na instagramowym profilu marki podkład ze złotem Minerals Love Botancals i dzięki temu mogę się dziś podzielić z Wami opinią na jego temat:). 

Informacja od producenta:
Minerals Love Botanicals łączy ze sobą dwa światy: mineralny i roślinny. Unikalna kombinacja kryjących pigmentów mineralnych oraz wyselekcjonowanych substancji roślinnych (sproszkowanego bambusa oraz mączki owsianej) tworzy na skórze jedwabisty film mineralny, nadaje cerze naturalne, jednolite i nieskazitelne wykończenie. Niedoskonałości znikają, a twarz wygląda świeżo i naturalnie. Pomimo sypkiej konsystencji, zapewnia lekko kremowe odczucie gładkości na skórze, idealnie stapia się z cerą. Luksusowa formuła podkładu zawiera dodatkowo drobiny koloidalnego 24-karatowego złota.

Kolor, na który się zdecydowałam, czyli Creamy Natural jest jasnym kremowym odcieniem utrzymanym w neutralnej tonacji. Na ten moment jest dla mnie trochę za jasny, dlatego ocieplam go odpowiednią ilością pudru brązującego;).   

Aplikowałam go na cztery różne sposoby:
  • tak jak zaleca producent, czyli na gołą skórę;
  • na gołą skórę + wykończenie mgiełką utrwalającą;
  • identycznie jak z poprzednim podkładem mineralnym, czyli za pomocą pędzla zwilżonego hydrolatem;
  • na skórę, w którą zdążyło się wchłonąć lekkie serum na bazie olejków.
Trzecia metoda w ogóle nie ma racji bytu w przypadku tego podkładu, bowiem z pewnością zafundujemy sobie smugi, druga z kolei zapewnia piękny świetlisty efekt (jeśli kojarzycie płynny podkład Teint Couture od Givenchy, to wiecie, o jakim wykończeniu piszę;)), z tymże zrezygnowałam z niej, gdyż zauważyłam, że moja twarz po kilku godzinach zaczyna się nadmiernie świecić. Pierwsza metoda jest świetna, ponieważ podkład wraz z chwilą ukończenia makijażu (czyli po ok. 15 minutach) jest już dobrze zespolony ze skórą, natomiast muszę zaznaczyć, że jeśli będziecie miały miejscowe przesuszenia, zostaną one uwidocznione. Dopiero czwarta metoda została zwieńczona sukcesem, gdyż podkład w pełni ukazał wszystkie swoje walory wówczas, gdy został nałożony na bazę, którą stanowiło lekkie serum zawierające w składzie olejki (podejrzewam, że na kremie nawilżającym będzie identycznie).

Jak nakładać ten podkład?
U mnie najlepiej sprawdza się metoda polegająca na wstępnym stemplowaniu i rozcieraniu kolistymi ruchami owych placków, które sobie zmalowałam;). Rewelacyjnie spisze się tu duży pędzel typu kabuki. 

Zwykle jestem zadowolona już z pierwszej warstwy (ewentualnie dokładam odrobinę na skrzydełka nosa i czoło. Nie uzyskamy efektu maski nawet jeśli nałożymy dwie lub trzy warstwy. Podkład zapewnia krycie od lekkiego+ do średniego. Przy większych niedoskonałościach konieczne będzie użycie korektora. Polubiłam Minerals Love Botanicals, ponieważ w ogóle nie czuć go na skórze, koloryt mojej cery jest idealnie ujednolicony, drobne przebarwienia przykryte, struktura skóry wygładzona, a przede wszystkim nie widać, że znajduje się na niej produkt korygujący jej mankamenty;). Poza tym na pochwałę zasługuje jego doskonała trwałość.

Często się słyszy, że jeśli trafi się na wysokiej jakości mineralny podkład, nie będzie się odczuwało potrzeby powrotu do tradycyjnych formuł. Ja akurat nie chcę ograniczać się tylko do tego obszaru, ponieważ lubię testować kosmetyki z różnych kategorii, ale potwierdzam, że doświadczenie z tym produktem jest bardzo miłym zaskoczeniem i z przyjemnością sięgnę kiedyś po niego w cieplejszym i nieco ciemniejszym odcieniu. Według mnie zasługuje na najwyższą notę w szkolnej skali ocen, czyli szóstkę i nie pozostaje mi nic innego jak tylko serdecznie polecić go Wam do rozważenia podczas najbliższych zakupów kosmetycznych.


Makijaż z podkładem (jedna cienka warstwa) w roli głównej w różnym oświetleniu:


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 6,5 g
  • cena - 89 zł + koszt wysyłki (aktualna cena wynosi 57 zł, ponieważ marka wyprzedaje podkłady o tej gramaturze, po czym planuje wprowadzić opakowania w pojemności 10 g)
Witajcie! :)

Pierwszy raz miałam styczność z formułami mineralnymi przy okazji używania palety,,Ready to go" z bareMinerals i moje wrażenia po przetestowaniu tych pięciu różnych kosmetyków były ambiwalentne: puder wykończeniowy i brązer wywarły na mnie jak najlepsze wrażenie, podkład był raczej średniej jakości, natomiast kremowy korektor i rozświetlacz od razu określiłam mianem totalnej pomyłki;). Jak widzicie, nie mogło to być doświadczenie, które jakoś szczególnie skłoniłoby mnie do ochoczego i drobiazgowego zgłębiania oferty marek mineralnych, aczkolwiek nie zniechęciłam się na tyle, by powiedzieć, że już zawsze będę trzymać się tylko tradycyjnych składów. 

Po kilku latach postanowiłam wrócić do minerałów i aktualnie używam kosmetyków czterech marek specjalizujących się w tej kategorii. Czas pokaże, czy któraś z nich szczególnie skradnie moje serce i tym samym będę się ściśle trzymać jej asortymentu, czy może będę sięgać tylko po wybrane produkty każdego z tych producentów.

Na początek chciałabym zaprezentować Wam sypki róż do policzków polskiej marki Clare Blanc. Od razu napiszę, że jest on bardzo udanym zwieńczeniem kilkutygodniowych poszukiwań. Trwało to tak długo, ponieważ moje oczekiwania względem produktu praktycznie codziennie utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie znajdę go ani na półce drogeryjnej, ani selektywnej. Liczyło się dla mnie przede wszystkim matowe wykończenie, żywy i odważny kolor, całodniowa trwałość, a także estetyczne opakowanie. W końcu olśniło mnie, że przecież oferta mineralna prezentuje szeroki wachlarz różów (matowe wykończenia, bogata gama kolorystyczna) i jednocześnie przypomniałam sobie o istnieniu bardzo ciekawej, choć jeszcze mało znanej marce Clare Blanc. Kiedy przeglądałam odcienie na stronie producenta, od razu wiedziałam, że zamówię N*708 Fuchsia, czyli najbardziej ekstrawagancki  ze wszystkich;).


Informacja od producenta:
Róże Claré Blanc to dobrane z najwyższą starannością naturalne składniki połączone z intensywnymi pigmentami. Idealne dla skóry wrażliwej i alergicznej. Zawarty w nich olej jojoba jest bogaty w witaminę A, która wspomaga naturalne funkcjonowanie skóry; witaminę E, która przyspiesza jej regenerację i spowalnia proces starzenia się i witaminę F, która stymuluje wzmocnienie odporności skóry. Naturalny puder jedwabny zawiera 18 łatwo wchłanianych przez skórę aminokwasów o silnym działaniu odżywczym. Naturalnie reguluje wilgotność, dzięki czemu  pokryta nim skóra oddycha, a pory nie zatykają się. Róże Claré Blanc są lekkie, jedwabiście gładkie i bardzo trwałe. Są w pełni przyjazne dla środowiska, wolne od konserwantów, talku i syntetycznych substancji zapachowych.


Fuchsia jest mocnym różowym pigmentem, dlatego uważam, że w przypadku tego niezwykle wymagającego koloru ważne jest, by zastosować zupełnie inną metodę aplikacji. Trzeba nabrać niewielką ilość na pędzel o miękkim, niezbyt mocno zbitym włosiem. Z pewnością dojdziemy do wniosku, że wyszedł nam zbyt ekscentryczny efekt, dlatego konieczne będzie zneutralizowanie koloru poprzez roztarcie palcami. Nie ma obaw - róż jest dość plastyczny, toteż nie spowodujemy plam i prześwitów. W ramach dopowiedzenia dodam, że jako że lubię eksperymentować z kosmetykami, mieszam go czasami z pudrem brązującym i mam tym samym nowy, ale równie ładny kolor zgaszonej maliny, raz na jakiś czas stosuję go też w roli cienia do powiek.

Jestem oczarowana tym, jak ten róż prezentuje się na policzkach. Otrzymałam kosmetyk, który naprawdę urzeczywistnia zapewnienia producenta: nie uzyskałam na policzkach satyny, ani półmatu, tylko najprawdziwszy mat; nie dostałam kosmetyku, który zanika wraz z upływem dnia, a trzyma się na skórze jakbym potraktowała ją farbą;). W związku z tym, że kiedyś zdarzyło mi się trafić na róż, który zapychał skórę, bacznie przyglądałam się swojemu egzemplarzowi pod tym kątem i oczywiście pozytywnie przeszedł ów test;).

Podsumowując, jak najbardziej polecam ten kosmetyk. Jeśli nie przemawia do Was fuksja (zdaję sobie sprawę, że nie będzie to dobry wybór, jeśli chodzi o szybki poranny makijaż przy sztucznym oświetleniu;)), spójrzcie na inne wersje kolorystyczne, a jestem przekonana, że na pewno upatrzycie swój odcień:).

Ja planuję za jakiś czas wziąć pod lupę wersję prasowaną - tam również są obłędne kolory:).

Wersja bardzo delikatna:


Wersja odważniejsza:


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 4 g
  • cena - 74.90 + koszt wysyłki (istnieje możliwość zamówienia próbki 0.5 g w cenie 9.90 + koszt wysyłki)
  • PAO - 24 miesiące
  • kolory na stronie producenta są bardzo dobrze odwzorowane

*Róż kupiłam w sklepie internetowym producenta
Witajcie! :)

Palety przeznaczone do podkreślania konturów twarzy oferuje już chyba każda marka kosmetyczna. Mamy możliwość wyboru preferowanych formuł (kremowe, pudrowe), wykończeń (matowe, satynowe, z drobinkami, błyszczące) oraz odpowiedniej dla naszej karnacji chłodnej bądź ciepłej tonacji odcieni.  Dlaczego uwielbiam konturowanie i opalanie za pomocą kosmetyków kolorowych? Odpowiedź jest prosta - cera momentalnie nabiera życia, a przede wszystkim uzyskuję iluzję, iż moja twarz jest szczuplejsza, a dokładniej... o wiele szczuplejsza ;D.

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam paletę prasowanych pudrów Contour Kit Light to Medium amerykańskiej marki Anastasia Beverly Hills. Swoje spostrzeżenia publikuję po ponad dwóch miesiącach użytkowania i sądzę, że jest to optymalny czas, by wydać rzetelną ocenę o tego rodzaju kosmetyku.

Z przyjemnością korzystam z palety za każdym razem, gdy wykonuję makijaż. Zabieram ją także na wyjazdy, bowiem pudry brązujące i rozświetlacz zastępują mi wówczas cienie do powiek, zdarza się też, że wykorzystuję brązery do podkreślania brwi. Rewelacyjnym pomysłem było zastosowanie w niej opcji wymiennych wkładów, dzięki czemu można uzupełnić paletę o produkty, z których jesteśmy szczególnie zadowoleni bądź zdecydować się na zupełnie inne wkłady w miejsce tych, które nie sprostały naszym oczekiwaniom.


Opis poszczególnych wkładów kosmetyków i ich kolorów:

  • Vanilla - puder rozjaśniający w kolorze waniliowym o matowym wykończeniu;
  • Banana - puder rozjaśniający w żółtym odcieniu o matowym wykończeniu (nie barwi skóry w takim stopniu jak słynny Ben Nye);
  • Sand - puder rozświetlający utrzymany w chłodnej tonacji;
  • Java -  matowy puder brązujący w kolorze czekoladowym, posiada czerwone tony;
  • Fawn - matowy puder brązujący w neutralnym herbatnikowym kolorze;
  • Havana - matowy puder brązujący w kolorze bardzo ciepłego średniego brązu; według mnie nie wybijają się w nim pomarańczowe tony.
Opinia o poszczególnych wkładach:
  • pudry rozjaśniające - prezentują się na skórze przyzwoicie nawet po wielu godzinach noszenia makijażu (nie zauważyłam warzenia się). Są tak lekkie, że mogłabym polecić je do gruntowania korektora pod oczami. Z drugiej strony jako że tylko delikatnie utrwalają i nie posiadają właściwości wygładzających, nie uzupełniłabym palety o te dwa wkłady. Uważam natomiast, że dziewczyny o idealnie gładkich cerach byłyby z nich zadowolone.
  • rozświetlacz - w palecie wygląda na jasny beż z drobinkami, na skórze jest już zdecydowanie korzystniej - to nienachalna rozbielona poświata bez drobinek. Bardzo dobrze się go rozciera. Można budować efekt od subtelnego do intensywnego bez ryzyka, że mocno podkreśli on zmarszczki i rozszerzone pory.  Jak dla mnie mistrzostwo! :) Znakomity kosmetyk idealny zarówno do makijażu dziennego, jak i wieczorowego. Dzięki niemu przekonałam się do rozświetlaczy utrzymanych w chłodnej tonacji.
  • pudry brązujące - mają jedwabistą strukturę, świetnie nanoszą się na pędzel, są bardzo dobrze napigmentowane. Charakteryzują się plastycznością, co w praktyce oznacza, że nie nastręczają problemów przy rozcieraniu i nawet gdy przesadzi się z ilością, nie ma mowy o tym, że finalnie zafundujemy sobie nieestetyczne plamy - wszystko da się naprawić za pomocą dowolnego pędzla. Poza tym na uznanie zasługuje ich fenomenalna trwałość. W końcu znalazłam produkty, które może nie tyle dorównują, co przewyższają jakością prasowane brązery z bareMinerals:). 

Podsumowując, uważam, że jest to naprawdę dobra paleta. Szczególnie upodobałam sobie  rozświetlacz Sand i dwa brązery: Java (czekoladowy z czerwonymi podtonami)  oraz Havana (bardzo ciepły słoneczny brązy). 


Makijaż wykonany pudrem brązującym Java (konturowanie/użyty jako cień do powiek):


Makijaż wykonany pudrem brązującym Fawn (konturowanie/ użyty jako cień do powiek) i rozświetlaczem Sand:


Makijaż wykonany rozświetlaczem Sand i pudrem brązującym Havana (konturowanie/rozświetlanie/użyte jako cienie do powiek):



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • gramatura - każdy wkład o pojemności 3 g
  • PAO - 12 miesięcy
  • cena - w polskich drogeriach  internetowych do 259 zł
*Paletę wygrałam w rozdaniu zorganizowanym na blogu Land of Vanity .
Witajcie! :)

Na początku września, tuż po tym, gdy na instagramowym profilu Manufaktury Dobrych Kosmetyków stwierdziłam, iż zapach serum do twarzy Perły Jesieni jest z pewnością niesamowity, otrzymałam od właścicielki marki wiadomość, że z chęcią sprezentuje mi ten kosmetyk, żebym mogła skonfrontować z rzeczywistością swojego wyobrażenia o tym aromacie i oczywiście, żebym mogła przekonać się o właściwościach produktu na własnej skórze;). Tym samym po pięciu tygodniach stosowania serum mogę przekazać Wam, jakie są moje spostrzeżenia na jego temat.

Manufaktura Dobrych Kosmetyków o swoich kosmetykach:
Marka powstała z połączenia wiedzy chemicznej z pasją zielarską oraz nieustającego zachwytu nad bogactwem zawartym w każdej roślinie i możliwością wykorzystania go w kosmetykach. Produkujemy kosmetyki z naturalnych surowców takich jak: zioła, zimnotłoczone oleje roślinne, glinki kaolinowe czy bursztyn. [...] Nasze receptury przygotowujemy z niezwykłą starannością oraz w zgodzie ze standardami firm certyfikujących kosmetyki naturalne. Kosmetyki są wolne od SLS, PEG, parabenów i innych szkodliwych substancji chemicznych.

Zacznę od tego, że serum Perły Jesieni pachnie makowcem i dzięki temu mogłam już wczesną jesienią poczuć świąteczną atmosferę:). Warto zaznaczyć, że jego migdałowy aromat nie jest syntetyczny, a wynika z naturalnego zapachu laurowiśni. Zapach jest wyczuwalny tylko podczas wmasowywania specyfiku w skórę, czyli przez ok. 20 sekund, ale i tak zdążę się w trakcie tej czynności nacieszyć jego walorami aromaterapeutycznymi;).

Kosmetyk zawiera w swoim składzie skoncentrowane ekstrakty z owoców lipy, dzikiej róży i jarzębiny. Jest dedykowany cerom suchym, poszarzałym, delikatnym i wrażliwym, potrzebującym nawilżenia, odżywienia i regeneracji

Właściwości i działanie poszczególnych składników:  
  • owoce lipy - zawierają witaminę F (NNKT), śluzy, białka, skrobię i flawonoidy. Wykazują działanie przeciwzapalne, nawilżające i osłaniające, poprawiają elastyczność i sprężystość skóry, zmniejszają łojotok i hamują proces pękania i łuszczenia naskórka, działają wybielająco;
  • owoce dzikiej róży - jedno z najbogatszych źródeł witaminy C. Zawierają minerały (Na, K, P, Mg, Fe, Cu, Zn), kwasy (m.in. bursztynowy, jabłkowy), fitosterole, antocyjany oraz (A, B, PP, K). Wykazują działanie odżywcze, nawilżające, wzmacniające naczynka krwionośne, regenerują, ujędrniają i wygładzają skórę, niwelują przebarwienia;
  • olej z dzikiej róży - zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe (m.in. oleinowy, linolowy, linolenowy), karotenoidy, flawonoidy, kwas retinowy, witaminę E. Intensywnie nawilża, regeneruje oraz likwiduje przebarwienia;
  • owoce jarzębiny - zawierają witaminy C i P, sorbitol, kwas sorbowy, flawonoidy, kwasy, sole mineralne, pektyny, karotenoidy. Wzmacniają i uszczelniają naczynia krwionośne, nawilżają, regenerują, odżywiają i wygładzają. Hamują rozwój bakterii i grzybów. Chronią przed promieniami UV;
  • hydrolat z laurowiśni - działa nawilżająco, przeciwzapalnie, antyseptycznie, wybielająco i ochronnie przeciwko promieniom UV.


Serum jest moim ulubionym rodzajem kosmetyku do pielęgnacji cery, ponieważ mam jak najlepsze doświadczenia z wersjami silnie zmniejszającymi widoczność oznak starzenia się skóry. Tym razem miałam przyjemność używać łagodniejszego specyfiku, który ukierunkowany jest na nieco inne efekty, ale to nie znaczy, że zaniżam jego rangę;).

Serum ma lekką formułę i dość szybko się wchłania. Zawsze kiedy mam do czynienia z nowym kosmetykiem, obawiam się zatykania porów, a co za tym idzie wysypu niedoskonałości. Na szczęście moje obawy szybko zostały rozwiane i nie zauważyłam niczego niepokojącego. I choć na początku myślałam, że nie będzie mu łatwo sprostać wymaganiom mojej cery, to już przy drugiej bądź trzeciej aplikacji okazało się, że znakomicie nawilża i bardzo dobrze radzi sobie z regeneracją skóry.

Zaskoczył mnie skutecznością w sytuacji, w której zupełnie się tego nie spodziewałam. A mianowicie, kilka razy przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich tygodni zaczerwienia i podrażnienia spowodowane inwazyjnymi maskami i podkładami o niezbyt przyjaznych składach. Serum podczas nocnej kuracji rozprawiło się z problemem i rano mogłam cieszyć się ujednoliconą i zdrowo wyglądająca cerą, także dość szybko utwierdziłam się w przekonaniu, że ten niepozorny kosmetyk wiele może zdziałać:). Gdybym nie miała go pod ręką, uratowałby mnie tylko dermokosmetyk z cynkiem i miedzią.

Zaobserwowałam również, że serum normalizuje wydzielanie sebum, dzięki czemu makijaż prezentuje się na takiej bazie świeżo i estetycznie przez długie godziny.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z działania tego produktu, ponieważ wszystkie obietnice producenta zostały spełnione. Odnośnie samej marki, trafia do mnie estetyka opakowań, podobają mi się pomysłowe nazwy kosmetyków, poza tym podejrzewam, że zapachy poszczególnych receptur mogłyby oczarować miłośników deserowych woni (spójrzcie chociażby na scrub piernikowy *_*).

Cóż mogę napisać więcej? Serdecznie polecam przetestować Perły Jesieni na własnej skórze! :)



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena serum w poj. 30 ml - 59 zł
  • PAO - kilka miesięcy (kosmetyk otrzymany na początku września mogłam zużyć do grudnia 2017 r.)
  • dostępność - sklep internetowy Manufaktura Dobrych Kosmetyków -> odnośnik do strony

Witajcie! :)

Po dłuższej przerwie postanowiłam wrócić do perfum niszowych. Chcę skupić się teraz na poszukiwaniu ciekawych gourmandów (akord deserowy w składzie), nie pominę również zapachów drzewnych, korzennych i orientów w  przystępnym wydaniu:). Rezultatem przeglądania stron poświęconych tej tematyce jest lista ponad stu zapachów (!), które jak najszybciej chciałabym poznać, bo nie ukrywam, że znudziło mi się poruszanie wokół tych samych woni. Potrzebuję odmiany, a celem jest znalezienie perfum, które w ułamku sekundy zawładną mną bez reszty i dostarczą nieskrępowanej radości;). Jest determinacja, a więc muszą być też zadowalające efekty;).

Przy okazji zapoznawania się z poniższymi kompozycjami, skonfrontowałam swoje wrażenia z obrazami, które wytworzyły się w mojej głowie po przyswojeniu wielu opinii na ich temat i powiem tylko tyle - chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak różnie można odbierać ten sam zapach; czasami nawet miałam wrażenie, że czytam o zupełnie innych perfumach;).

Zapraszam do  zapoznania się z moimi zapachowymi wrażeniami. Mam oczywiście nadzieję, że uda mi się zachęcić Was do testów. Jeśli jednak znacie którąś z omówionych propozycji, z przyjemnością przeczytam w komentarzach, co o nich sądzicie:).


BeauFort London, Lignum Vitae - bardzo specyficzny zapach, który moim zdaniem lepiej wybrzmi na męskiej skórze. Nie wchodząc w niuanse, jest to przede wszystkim zapach herbatników, czyli  jako miłośniczka słodkości w perfumach teoretycznie powinnam być zachwycona, ale niestety nie jestem ze względu na kolońskie podbicie zapachu. Nie umiem również przejść przez jego otwarcie, które od razu skojarzyło mi się z ... przepoceniem:/.
The Different Company, Pure eVe - mając w pamięci wszelkie zachwyty nad tą kompozycją, wyobraziłam sobie zawiesisty mleczno-migdałowy zapach w słodkim wydaniu. W rzeczywistości jest to łagodniejsza wersja perfum Burberry Brit, które skądinąd są jednym z moich największych olfaktorycznych koszmarów;). Pure eVe to migdał półwytrawny, który przełamano motywem czystości, choć precyzyjniejsze byłoby wskazanie na zapach suszonego na słońcu prania. Takim migdałowym zapachom mówię zdecydowanie nie;).  Zapach nieinwazyjny, o dobrej trwałości.
Kerosene, Unknown Pleasures - perfumy mają totalnie cukierniczy charakter:). Pachną niczym innym jak kruchymi maślanymi ciasteczkami w wersji cytrynowej. Według mnie bardzo wybija się ten maślany akcent, co w sposób bardzo sugestywny daje efekt wyjętych przed chwilą z piekarnika owych smakowitości;). Bardzo ciekawy zapach, choć w swej istocie nieskomplikowany. Rewelacyjny umilacz jesiennych i zimowych dni ♥. Żałuję tylko, że nie jest bardziej ekspansywny.
Serge Lutens, Ambre Sultan - lubię przyprawowe, korzenne perfumy (o kilku takich majstersztykach, jak pewnie pamiętacie, pisałam już na blogu), aczkolwiek Ambre Sultan jest właśnie przykładem nieprzystępnego dla mnie orientu. Perfumy z gatunku odwzorowujących zapach kościoła, a tutaj mamy jeszcze dodatkowo solidną dawkę oregano. Im bardziej ambra i żywice przejmują dowodzenie, tym większy mój komfort. Całkowity spokój pojawia się wtedy, gdy zapach przestaje być szorstki i wysładza się wanilią, tylko dlaczego muszę na to czekać kilka godzin?;) Mimo że nie umiem docenić go na swojej skórze i totalnie się z nim nie utożsamiam, uważam, że jest to doskonały zapach. Oprócz najlepszej jakości składników, możemy spodziewać się również zadowalających parametrów: wielogodzinnej trwałości i dużej projekcji zapachu. To ambitne perfumy przeznaczone zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. 
Ginestet, Botrytis - firma znana z produkcji win stworzyła trzy zapachy, z których jeden od lat robi szczególną furorę wśród fanów perfum gourmand i jest nim właśnie miodowy Botrytis. Ma niesamowite otwarcie i gdyby już tak zostało do końca, wpisałabym go na listę pt.,,być może kiedyś znajdzie się w moim zbiorze";).  Już od pierwszych sekund zniewala genialne wyważenie nut korzennych i soczystych owoców; miód jest tuż za rogiem, a właściwie już nieśmiało daje o sobie znać. Ten cudowny wstęp to aromat piernika, winogron, suszonych owoców i przejmującego z każdą upływającą sekundą kontrolę miodu. Za chwilę emocje opadną, proporcje zostaną przesunięte na korzyść miodu w najczystszej postaci.  Ta nuta jest dla mojego nosa niezwykle trudna, aczkolwiek lubię ją wtedy, gdy jest umiejętnie wpleciona w inne wyraziste składniki, dlatego tak bardzo przemawia do mnie m.in. Sensuous i Sensuous Noir od Estee Lauder czy Code edp Armaniego. Botrytis jest więc zapachem, który mogłabym nosić wyłącznie na otwartych przestrzeniach, najlepiej w wietrzne i chłodne dni - w takich warunkach jest naprawdę czarujący. Nie zaryzykowałabym ,,ubrać się" w tę woń, wiedząc, że przyjdzie mi spędzić kilka godzin w zamkniętym pomieszczeniu - wtedy właśnie staje się mdlący i przytłaczający.  Innymi słowy, zapach tylko dla zwolenników miodu w perfumach.  Projekcja łagodna, trwałość do trzech godzin.
Serge Lutens, Un Bois Vanillepoznałam wytrawne dymne wanilie przyprawiające o frustrację;) oraz słodkie wanilie bez głębi, które znudziły już przy trzecim użyciu. Przewinęły się przez moje ręce wspaniałe drzewne ujęcia tej nuty, wanilie pachnące wypiekami, a także te zawiesiste śmietankowe, które swoim pięknem dosłownie zwalały z nóg;). Wanilia Lutensa jest inna, wyłamuje się z dotychczasowo znanych mi konwencji. Jej nietypowość doceniam, ale sam zapach nie wywołuje we mnie żadnych emocji. Na początku pachnie dość sucho - to laska wanilii, której wtóruje motyw przypalonego mleka bądź budyniu i specyficzna apteczna nuta. Wraz z upływem czasu zanika jego dość kosmetyczny wydźwięk i dopiero baza odsłania wysłodzoną, a co za tym idzie bardzo przymilną wanilię. Nie mój zapach, ale nie zamierzam nikogo zniechęcać do testów, ponieważ wiem, że Un Bois Vanille potrafi olśnić;).



Podsumowując, nie znalazłam wśród tej szóstki ,,swojego" zapachu, choć nie wykluczam, że kiedyś zamówię sobie jeszcze raz próbkę Unknown Pleasures od Kerosene na poprawę humoru;).

*Próbki perfum kupiłam w perfumerii Lulua.
Witajcie! :)

Tym razem chciałabym Wam zaprezentować dwa kosmetyki pielęgnacyjne, których używałam w ciągu ostatnich miesięcy. Ich wspólnym mianownikiem jest polski producent oraz fakt, że mają naturalne składy.


Zacznę od olejku ze słodkich migdałów. Kupiłam go głównie w celu pielęgnacji ciała (od kilku lat ta formuła bardziej mi odpowiada niż balsamy i masła). Zależało mi na tym, by kosmetyk uelastycznił i ujędrnił skórę. Zamierzałam również sprawdzić, jak radzi sobie z olejowaniem włosów i czy nadawałby się do demakijażu.

Co warto wiedzieć o olejku ze słodkich migdałów?
Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe, białka, minerały i witaminy z grupy B, a także A, D, E. Stosowany na skórę wykazuje działanie zmiękczające, regenerujące, odżywcze i ochronne. Świetnie się sprawdza w kuracjach wyszczuplających, zapobiega powstawaniu rozstępów oraz zmniejsza widoczność już istniejących. Łagodzi stany zapalne i podrażnienia, dobrze się wchłania, nie zatyka porów skóry.


Olejek jest bezzapachowy. Dobrze się wchłania, aczkolwiek umożliwi on swobodne wykonanie masażu - opór pod palcami wyczujemy po dłuższej chwili. Nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Po prawie dwóch miesiącach stosowania tego kosmetyku jestem zadowolona z kondycji mojej skóry, ponieważ widzę, że jest gładsza i jędrniejsza.

Jeśli chodzi demakijaż, olejek nie spełnił moich oczekiwań. Nie rozpuszcza makijażu ekspresowo, poza tym nie oczyszcza dokładnie nawet przy drugiej aplikacji - nadal podtrzymuję opinię, że Clochee stworzyło do tego celu idealną mieszaninę olejów;).

Przetestowałam go również kilka razy na włosach i spisał się wzorowo (olej ze słodkich migdałów przeznaczony jest do włosów przesuszonych i matowych). Bez problemu można go spłukać już przy pierwszym myciu. Warto podkreślić, że jest zimnotłoczony i nierafinowany, a tyko takie oleje mają najwięcej substancji odżywczych. O szczegółach dotyczących efektów kuracji mogłabym powiedzieć, gdybym zużyła całą butelkę tylko na włosy, jednakże na podstawie tego, co zaobserwowałam, sądzę, że warto dać mu szansę:).

Czy do niego wrócę? Uważam, że jest to świetny kosmetyk, dlatego przypuszczam, że ponownie się na niego zdecyduję, gdy będę oczekiwała czegoś, co szybko i skutecznie ujędrnieni skórę, choć następnym razem moje włosy częściej z niego skorzystają;).  W tym momencie mam jednak ochotę na formułę posiadającą zapach:).


Kilka miesięcy temu pokazałam na Instagramie zestaw trzech kosmetyków Fitomedu (wodę różaną, tonik nawilżający ziołowy ,,lukrecja gładka"oraz krem nawilżający tradycyjny), w które zaopatrzyłam się, sądząc, że każdy z nich będzie działał na mojej cerze bez zarzutu, jednak okazało się, że tylko krem sprostał wysoko ustawionej poprzeczce;).

Krem nawilżający tradycyjny jest nową odsłoną wersji, którą do tej pory wszyscy zaznajomieni z ofertą marki znali pod nazwą krem nawilżający tradycyjny z wodą z kwiatu pomarańczy. Poprzednia formuła w maksymalnym skrócie ujmując była wyjątkowo lekka, świetnie się wchłaniała i sprawiała, że cera prezentowała się zdrowo i promiennie; posiadała również właściwości matujące. Tym razem wspomniana przeze mnie woda z kwiatu pomarańczy nie widnieje już na etykiecie, choć nadal występuje w składzie, aczkolwiek na jednej z dalszych pozycji.

Składniki aktywne:
  • naturalny czynnik nawilżający NMF (mleczan wapnia, magnez PCA, hialuronian sodu) + wosk ze skórki pomarańczy - zapewniają długotrwałe nawilżenie;
  • olej rokitnikowy - zawiera witaminy A, C, E, składniki mineralne, związki fenolowe, flawonoidy, garbniki, kwasy organiczne, fitosterole i aminokwasy. Wygładza skórę, wyrównuje koloryt, działa przeciwzmarszczkowo, regeneruje, łagodzi podrażnienia i uszkodzenia skóry;
  • olejek geranium - posiada właściwości antyseptyczne, ściągające, przeciwtrądzikowe,  wzmacnia tkankę łączną, sprzyja gojeniu się ran, łagodzi stany zapalne;
  • aromatyczna woda z kwiatu pomarańczy - orzeźwia i odświeża skórę, oczyszcza, działa przeciwzapalnie, tonizuje, regeneruje, koi, działa antybakteryjnie, nawilża, rozjaśnia przebarwienia, działa przeciwzmarszczkowo.
Szczerze mówiąc, ta wersja bardziej mi odpowiada, choć w sieci wielokrotnie traficie na opinie będące głosem rozczarowania. Obecna formuła jest bardziej treściwa, a jako że moja cera od dłuższego czasu wymaga solidniejszej dawki nawilżenia, cieszy mnie fakt, że krem wpasował się w moje aktualne potrzeby.  

Dobrze współgra ze wszystkimi podkładami, których używam na co dzień (nawet z tymi, w których nie żałowano silikonów;)). Świetnie leży pod matującymi, przesuszającymi podkładami, a co za tym idzie utrzymuje dobry poziom nawilżenia przez cały dzień, z czym poprzednia wersja miałaby problem.

Producent informuje, że zadaniem kosmetyku jest zapewnić skórze nawilżenie i utrzymać je w miarę długo, a więc patrząc tylko pod tym kątem, nie mam do tego produktu żadnych zastrzeżeń.   W swojej kategorii jest bardzo dobrym produktem (nie oczekuję wygładzenia i ujędrnienia jak choćby po peptydach;)). Nie zapycha skóry, poprawia stan cery, ma łagodny przyjemny kwiatowo-ziołowy zapach.

Porównanie składu nowej wersji z poprzednią:
Nowa wersja: Aqua, Isopropyl Palmitate, Ethylhexyl Palmitate, Glycerin, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Panax Ginseng Root Extract, Panthenol, Macadamia Ternifolia Seed Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Lecithin, Glucose, Sorbitol, Magnesium PCA, Pelargonium Roseum Leaf Oil, Aniba Roseadora Wood Oil, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Tocopheryl Acetate, Trilaureth-4 Phosphate, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil.

Wersja przed zmianą formuły: Aqua, Citrus Aurantium dulcis flower water, Panax ginseng root extract, Macadamia ternifolia  seed oil, Ethylhexyl stearate, Caprylic /capric triglyceride, Isopropyl palmitate, Glycerin, D-panthenol, Citrus Aurantium dulcis peel cera, Cetearyl alcohol, Cetearyl glucoside, Propylene glykol, Tocopheryl acetate, Hippophae rhamnoides fruit oil, Lecithin, Glucose, Sodium hyaluronate, Magnesium PCA, Calcium lactate, Trilaureth-4 Phosphate, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Phenethyl alcohol, Caprylyl glycol, Pelargonium Roseum Leaf Oil, Parfum.


Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena olejku w poj. 100 ml -  43 zł; dostępność - sieć sklepów Mydlarnia u Franciszka, PAO - na ogół jest to okres 24 miesięcy, natomiast na opakowaniu i butelce brak informacji na ten temat
  • cena kremu w poj. 50 g - do 14 zł; dostępność - m.in. apteki, sklepy zielarskie, PAO - 3 miesiące
Po tym pozytywnym doświadczeniu mam ochotę sprawdzić na swojej skórze więcej kosmetyków z asortymentu zarówno marki Fitomed, jak i L'Orient.
Witajcie!:)

Kiedy 2 lata temu po raz pierwszy zmieniłam kolor włosów, nie przypuszczałam, że tak bardzo pogorszy się ich stan. Na początku nie było to aż tak widoczne, ponieważ wybrałam opcję koloryzacji wybranych pasemek. W momencie, gdy zdecydowałam się na farbowanie całościowe, wyraźnie było widać, że stały się matowe, puszące, podłamane od samej nasady, a końcówki przesuszały się tak szybko, że wymagały częstego podcinania o przynajmniej 4-5 cm (dla kogoś, kto dobrze czuje się wyłącznie w długich włosach i hoduje je od zawsze, ubytek tego rzędu jest katastrofą;)).

Szampony i odżywki drogeryjne nie spisywały się należycie, dlatego też na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy korzystałam wyłącznie z oferty aptecznej i profesjonalnej. Wspomagałam się również zabiegami olejowania (olej kokosowy, lniany, jojoba, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) i kremowania włosów (używałam do tego celu masła do ciała Golden Oils Bielendy z olejkami makadamia, marula, kukui). 

Jako że każdy produkt, który daje cień nadziei na doprowadzenie czupryny do porządku jest na wagę złota;), bez wahania zgodziłam się przetestować kosmetyki pielęgnacyjne marki Paul Mitchell i z przyjemnością podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na ich temat. Zapowiem tylko, że dwa z nich zyskały miano odkrycia roku, trzeci natomiast niestety nie spisał się najlepiej na moich włosach, mimo że próbowałam znaleźć na niego sposób.


Awapuhi Wild Ginger Mirrorsmooth Shampoo według zapewnień producenta:

Szampon nawilżająco-wygładzający przeciw puszeniu i elektryzowaniu włosów. Delikatny, gęsty bez sulfatów, przywracający włosom odpowiedni poziom nawilżenia i niesamowitą gładkość. Ekskluzywny kompleks KeraReflect® w połączeniu z naturalnym olejkiem abisyńskim przywraca nawilżenie, gładkość włosów i dodaje połysku. 
Pierwsza właściwość, na którą zwróciłam uwagę był oczywiście przyjemny zapach - korzenny i jednocześnie świeży na pograniczu cytrusowo-mydlanych niuansów

Już w trakcie mycia można zauważyć, że włosy nie tylko są poddawane procesowi oczyszczania, ale zapewniona jest im również solidna pielęgnacja. Od czasu do czasu używałam go bez odżywki, żeby dokładnie sprawdzić jego działanie. Tuż po rozczesaniu i wysuszeniu włosów zimnym nawiewem, uzyskałam efekt, jakiego dawno nie uświadczyłam - włosy były przede wszystkim idealnie proste, błyszczące i miękkie w dotyku. Gdybym miała akurat w planach wyjście, nie musiałabym sięgać po prostownicę. Marzyłam o takim wygładzeniu bez konieczności stosowania skomplikowanych zabiegów;).

Ważny jest też fakt, że nie podrażnia, nie powoduje swędzenia skóry głowy, z czym zwykle miałam do czynienia w przypadku drogeryjnych szamponów. Bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem olejów po całonocnej kuracji. Nie mam też żadnych problemów ze splątanymi włosami - rozczesują się idealnie. To bez wątpienia najlepszy szampon, na jaki kiedykolwiek trafiłam i jak najbardziej zasługuje na miano odkrycia roku:).

Awapuhi Wild Ginger Mirrorsmooth Conditioner według zapewnień producenta:

Odżywka nawilżająco-wygładzająca przeciw puszeniu i elektryzowaniu włosów. Nawilża, rozplątuje i dodaje włosom niesamowitego blasku. Ekskluzywny kompleks KeraReflect™ w połączeniu z naturalnym olejkiem abisyńskim wygładza każde pasmo, powodując, że włosy są łatwe w rozczesywaniu. Zapewnia ultralekkie wykończenie. Pomaga zapobiegać elektryzowaniu i puszeniu, równocześnie dbając o ochronę termiczną włosów.
Najczęściej jednak stosowałam szampon wraz z odżywką i uważam, że stanowią bardzo zgrany duet ze względu na to, że włosy są wówczas jeszcze bardziej dociążone, ale nie przeciążone oraz to, że odczuwalny jest również lepszy poziom nawilżenia. Zapach odżywki jest podobny do zapachu szamponu, choć bardziej subtelny.

Kosmetyk bardzo dobrze rozprowadza się na włosach i wnika w ich strukturę. Czuć, że od razu stają się niesamowicie gładkie i takie też pozostają po umyciu oraz wysuszeniu.

Trzeba tylko pilnować, by dobrze spłukać włosy. Na początku dozowałam taką samą ilość wody jak zwykle, ale okazało się, że po wysuszeniu, wyczuwałam na ich powierzchni lepką warstwę odżywki, co było dla mnie sygnałem, że następnym razem trzeba poświęcić trochę więcej czasu na tę czynność.

Po zastosowaniu odżywki włosy ani razu nie były splątane, w ogóle się nie elektryzowały, więc mogę potwierdzić kolejne obietnice producenta. Są wygładzone i zdyscyplinowane, nie ma konieczności zastosowania jakiegoś nabłyszczającego olejku czy serum.

Duet tych kosmetyków wystarczy na ok. 7 tygodni przy codziennym myciu przeplatanym od czasu do czasu dwudniową przerwą (przy włosach krótszych czas ten, rzecz jasna, się wydłuża).

Spray do ochrony termicznej Express Style Hot off the press według zapewnień producenta:

Szybkoschnący, odporny na wilgoć spray. Idealnie nadaje się do definiowania bujnych loków jak i prostowania włosów. Zawarty w nim ekstrakt z łusek ryżu chroni pasma włosów przed szkodliwym działaniem narzędzi termicznych, a proteiny z pszenicy wzmacniają zniszczone włosy. Spryskaj suche włosy przed użyciem gorącej prostownicy. Stylizuj według uznania. Do wykończenia fryzury możesz ponownie spryskać włosy sprayem.
Jego zapach odbieram go jako melonowy. Używam tego kosmetyku wyłącznie w roli lakieru tylko wtedy, gdy akurat muszę wyjść w deszczowy dzień. Chcę wówczas zabezpieczyć włosy przed nadmierną wilgocią, żeby uniknąć efektu puszenia się (na pewno ujrzałabym go po kilku godzinach bez tej ochrony). Dzięki niemu, tak jak dzięki innym tradycyjnym lakierom, moja fryzura jest utrzymana w ryzach, choć tłumaczę sobie, że w jego składzie znajdują się proteiny pszenicy, które w praktyce powinny wzmocnić włosy;). Sięgam po spray również wtedy, gdy zaczesuję włosy do tyłu i chcę ujarzmić odstające ,,baby hair";). 

Jeśli chodzi o główne przeznaczenie produktu, uczciwie muszę przyznać, że nie jestem zadowolona z jego działania. Wróciłam kilka razy do mojego zwykłego szamponu i pozwoliłam wyschnąć włosom bez żadnego wspomagania, aby sprawdzić jak poradzi sobie z odstającymi włosami od nasady i niesfornymi pasmami. Niestety, ani razu nie udało mi się wyprostować skęconych pasem. Zbyt duża ilość naniesionego kosmetyku sprawi, że włosy będą sklejone, twarde, mocno utrwalone, a co za tym idzie totalnie odporne  na działanie prostownicy. Kiedy użyłam go na mokre włosy, nie dało się ich całkowicie wysuszyć, były przy tym bardzo obciążone i wyglądały na nieświeże. 

Podsumowując, jestem pewna, że wrócę do szamponu i odżywki nie jeden raz i serdecznie polecam te rewelacyjne kosmetyki. Właściwie to powinnam już dokonać zamówienia, ponieważ w tej chwili za bardzo nie widzę dla nich alternatywy. Wysoka cena w tym przypadku ma rzeczywiste przełożenie na jakość. Jeśli chodzi o spray termoochronny, nie wpisał się w moje oczekiwania.



Wygląd moich włosów po 1,5 miesięcznej kuracji:



Dodatkowe informacje o produktach:
  • PAO - szampon i odżywka - 18 miesięcy, spray - kilka lat (mój kosmetyk muszę zużyć do końca 2019 roku)
  • cena - szampon w poj. 250 ml - 89 zł; odżywka w poj. 200 ml - 95 zł; spray - 85 zł
Witajcie! :)

Dziś chciałabym Wam zaprezentować unikalne pachnące rękodzieło polskiej marki Madlennn Handmade. Istnieje bowiem wysokie prawdopodobieństwo, że miłośniczki perfum i fanki aromaterapii docenią walory wizualne, zastosowanie i dobroczynne właściwości tej ceramicznej kuli zapachowej z linii Madlennn Home, szczególnie teraz, gdy jesień już u drzwi:).


Połączone z wodą olejki eteryczne podgrzewałam do tej pory w kominku, natomiast jakiś czas temu przeczytałam, że płomień świeczki (tej w aluminiowej osłonce umieszczonej w jego wnętrzu) może zniszczyć bądź całkowicie zmienić właściwości aromaterapeutyczne kompozycji - powodem jest zbyt wysoka temperatura. Dowiedziałam się również, że nie wszystkie urządzenia transmitujące zapach, które znajdują się na rynku są bezpieczne dla zdrowia; często też ich projekt nie wpisuje się w poczucie estetyki miłośników najbardziej wyszukanej formy artystycznej tego rodzaju przedmiotów. Kreatorka marki uwzględniła te oczekiwania i zaoferowała klientom atrakcyjny i unikalny wzór swoich dzieł oraz najwyższej jakości kompozycje zapachowe mające dobroczynny wpływ na organizm.

Egzemplarz, który otrzymałam jest mniejszą siostrą większych kul artystycznych - mam wersję Ecry Light Gold. Moim zdaniem jest efektowna: podoba mi się zarówno jej kremowy kolor, niejednolita chropowata struktura powierzchni, jak i zdobienie złotymi refleksami (jak dobrze wiecie, uwielbiam ten kolor;)).

Po podłączeniu kuli czekałam zaledwie kilka minut aż poczułam subtelny aromat, który momentalnie wypełnił pomieszczenie. Od razu zauważyłam, że temperatura urządzenia nie osiąga wysokiego pułapu, dzięki czemu rzeczywiście nie ma ryzyka, że zniweluje wartościowe komponenty olejków.




Zestaw zawiera 3 zapachy:
  • Citrus Summer - połączenie werbeny egzotycznej, cytryny i szałwii. Takie zestawienie składników najczęściej pachnie mi cytrynowymi landrynkami z nutą korzenną. Nie inaczej było tym razem:). Bardzo optymistyczny zapach, błyskawicznie wprawiający w dobry nastrój.
  • Lavee - połączenie lawendy i nut cytrusowych. To moja ulubiona kompozycja. Jestem urzeczona jej świeżością, wytrawnością i wybitnymi właściwościami relaksacyjnymi.
  • Chammomile - połączenie rumianku rzymskiego i lawendy. Szlachetny zapach, który działa uspokajająco. 
Jeśli chodzi o skład kompozycji zapachowych, przytoczę zapewnienia producenta:
W naszej ofercie większość produktów to perfumy do wnętrz w stu procentach oparte wyłącznie na olejkach eterycznych, wodach po destylacji i tinkturach. To, co dała nam natura i to, co służy nie tylko naszym zmysłom, ale i zdrowiu.

Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena kuli: 99 zł
  • dane techniczne: waga - 0.35 kg; średnica -10 cm; kolor - kremowy z poświatą złota
  • produkt objęty dwuletnią gwarancją
  • do zamówionej kuli firma dołącza 3 olejki zapachowe gratis
  • zapachy przechodzą zaawansowane badania w laboratorium Pollena Aroma 
  • termin przydatności olejków - 12 miesięcy
  • dostępność - Sklep Madlennn Handmade ---> odnośnik do strony
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z użytkowania ceramicznej kuli zapachowej. W przyszłości chciałabym zaopatrzyć się w jedną z tych dużych wersji, natomiast pewne jest, że jeśli będę poszukiwać oryginalnego prezentu dla najbliższych, zdecyduję się na produkt tego sklepu:).
Serdecznie zachęcam do przejrzenia całej oferty marki. Warto rozważyć zapewnienie sobie takiej metody relaksacji:).