Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Podejrzewam, że niejedna z Was zastanawia się nad zakupem pigmentów z Makeup Geek. Ich cena nie należy do najniższych ( ok. 50 zł ), dlatego zrozumiałe jest, że trzeba przemyśleć sprawę i wybrać unikatowe kolory. Jeśli chodzi natomiast o osoby zajmujące się makijażem zawodowo, to wiadomo, że w takim przypadku nie istnieją żadne ograniczenia;).

Pokażę Wam kolory pigmentów i przedstawię swoje wrażenia na podstawie przetestowanych odsypek. 

To co od razu zwróciło moją uwagę, to fakt, że metaliczne wykończenia (np. Liquid Gold, Nightlife) nie mogą zostać nałożone na powieki bez dobrej bazy, ponieważ w okamgnieniu potrafią się zrolować lub zrobić prześwity - wykluczona jest również baza z korektora. Niezbyt dobrze utrzymał się też matowy pigment z drobinkami. Poza tym nie mam powodów, by narzekać, bo kolory są niesamowite:). Największy zachwyt wzbudziły we mnie odcienie: Birthday Wish, Sweet Dreams, Liquid Gold, Utopia i Vegas Lights.



Prezentacja kolorów pigmentów bez bazy:





Liquid Gold - kolor oliwkowy z domieszką złota; bardzo błyszczący pigment o wykończeniu metalicznym. Jeden z najładniejszych odcieni, na jaki dotychczas trafiłam. Raczej do stosowania jako akcent kolorystyczny, nie sprawdzi się w roli monochromatycznego makijażu oka, ponieważ jest zbyt odważny.

Sweet Dreams - waniliowo-beżowy odcień  o satynowym wykończeniu, bardzo podobny do Naked  z Mac. 

New Years Eve - matowy waniliowy odcień z drobinkami w kolorze żółtego złota; nie spodobał mi się ze względu na to, że nie należy do najtrwalszych i z uwagi na to, że podczas nakładania drobinki zostają rozprowadzone nierównomiernie.

Jackpot - połyskujące cytrynowe złoto, nie ma jednolitej struktury, mam wrażenie, że jest to drobno zmielony brokat.

Birthday Wish - połyskujący pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym.

Nightlife - pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym z domieszką szarości o wykończeniu perłowym.

Utopia - brokatowy pigment w kolorze antycznego złota.

Poker Face - kolor określany jako średni złoty brąz; wykończenie metaliczne.

Vegas Lights - pigment w miedzianym kolorze o wykończeniu metalicznym.

Insomnia - brązowy pigment opalizujący na turkusowo; podobny do Blue Brown z Mac, czy Amc 85 z Inglota.

Moje ulubione pigmenty (wszystkie nałożone na bazę Artdeco): 


Birthday Wish



Jackpot


Liquid Gold (dodatkowo nałożony na matowy cień w kolorze kawowym, by uniknąć efektu przerysowania; zabieg ten bardzo zminimalizował połysk i stonował jego intensywny oliwkowy kolor).


Sweet Dreams


Utopia


Vegas Lights



Jestem bardzo zadowolona z tych pigmentów. Mają aksamitna formułę, wystarczy zaledwie odrobina, by pokryć całą powiekę, więc będą wydajne. Na pewno zamówię Utopię i Vegas Lights, bo trudno znaleźć takie wyraziste i oryginalne kolory w ofercie innych marek. 
Jestem też ciekawa, które odcienie Was zauroczyły:).
Witajcie! :)

Dziś dość nietypowo, ponieważ  wpis o perfumach korzennych w środku wiosny jest pewnie ostatnim tematem, którego można byłoby się w tym momencie spodziewać:). Dlaczego nie wykazałam się cierpliwością i postanowiłam napisać o nich właśnie teraz? :) Otóż nic nie stoi na przeszkodzie, by poza ich naturalnym jesienno-zimowym środowiskiem pozwolić im również ukazać swój czar wiosną czy latem, dlatego że nie są z gatunku tych przytłaczających, a nuty będące dodatkiem do przypraw sprawiają, że zapachy nabierają pewnej lekkości.


Moja fascynacja perfumami korzennymi zaczęła się od momentu, gdy poznałam 3  fantastyczne zapachy z tej kategorii. Mowa tu o Estee Lauder Sensuous Noir i unikatach: L de Lolita Lempicka oraz  Nina Ricci Delice d'Epices.

Ten ostatni cynamonowo-kardamonowy zapach z nutą jabłka, który miałam okazję przetestować dzięki uprzejmości Maddie sprawił, że postanowiłam znaleźć coś podobnego i choć mi się to udało, to i tak będę wytrwale poszukiwać tego unikatu i nie ustanę w wysiłkach póki nie znajdzie się w moim zbiorze;).  Jest moim zdaniem niedościgniony w swoim oryginalnym ostrzejszym wydaniu -  w tym niepozornym, infantylnym i kiczowatym wręcz flakonie mamy wytrawną eksplozję przypraw korzennych w wysublimowanym stylu.



Efektem poszukiwań zapachów jabłkowo-korzennych jest poniższa czwórka: 3 z nich to zapachy niszowe, natomiast Dolcelisir został wypuszczony przez włoską markę L'Erbolario, która znana jest z produkcji kosmetyków na bazie roślinnej.


L'Erbolario Dolcelisir edp- sklasyfikowane jako orientalno-waniliowe. Główną rolę odgrywa tu cynamon, któremu tło nadaje soczyste jabłko (nie ma go w składzie, ale najprawdopodobniej taki efekt uzyskano za sprawą rumu) i karmelowo-waniliowe podbicie, choć trzeba zaznaczyć, że całość i tak emanuje wytrawnością. Na tle poniższych zapachów Dolcelisir wyróżnia się wyczuwalną nutą kakao w samym sercu kompozycji. Jeszcze przed poznaniem perfum, analizując wszystkie nuty, można odnieść wrażenie, że to kolejny ulepny zapach niezbyt wysokich lotów, aczkolwiek wszelkie obawy zostają rozwiane wraz z pierwszym psiknięciem:). Jak widać, grunt to odpowiednie proporcje.
(50 ml - 151 zł, 100 ml - 190 zł)

One of Those Helium edt - sklasyfikowane jako orientalne. To nieco łagodniejsza, słodsza wersja Dolcelisir, choć muszę wspomnieć, że oba zapachy są praktycznie w 85-90% zbieżne. Najdziwniejsze jest to, że w składzie nie ma jabłka ani nawet takich takich nut, które na pierwszy rzut oka po połączeniu mogłyby sprawić, że  otrzymamy efekt jabłka (mój detektywistyczny zmysł tym razem zawiódł i nic nie wydedukował w tej kwestii;)), a paradoksalnie jest to zapach z największym stężeniem jabłka z całej czwórki:). Przyprawy korzenne są równoważnym partnerem dla tego soczystego owocu i fantastycznie się przenikają. Helium odznacza się zachwycającą lekkością i przestrzennością. Jest wręcz stworzony do noszenia wiosną.
(100 ml - 462 zł)

Nobile 1942 La Danza Delle Libellule edp - sklasyfikowane jako kwiatowo-owocowe-gourmand. Perfumy, które okazały się być jednym z moich największych rozczarowań zapachowych - wydają się być pozbawione wyrazu. Otwarcie jest rzeczywiście ciekawe, ponieważ mamy tu świeżo starte jabłka dosłodzone cukrem. To co dobre, szybko się kończy i po chwili pojawiają się zaledwie przebłyski cynamonu (dosłownie szczypta), by w ostateczności pachnieć wyłącznie cukrem waniliowym...
(75 ml - 472 zł)

Evody Noir d'Orient edp- unisex; sklasyfikowane jako drzewno-przyprawowe. W tym przypadku wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z niszową kompozycją. To doskonała mieszanina przypraw rodem z Indii, cynamonu, goździków, paczuli, kadzidła i nut drzewnych. Jest bardzo odważnie i bardzo... poważnie do czasu, gdy zauważymy, że co jakiś wytrawność zacznie być przełamywana pojawiającym się od czasu do czasu aromatem pieczonego jabłka (ten efekt uzyskano pewnie za sprawą rumu), który jest idealnym dopełnieniem kompozycji - nie wyobrażam sobie, by co innego mogło urozmaicić i jednocześnie złagodzić tę moc. Na ten moment Noir d'Orient jest dla mnie doskonałością w kategorii perfum przyprawowych.
(50 ml - 415 zł, 100 ml - 630 zł)


Podsumowanie testu:
Uwielbiam zarówno Dolcelisir, Helium, jak i Noir d'Orient. Mając jednak na względzie ogólne wrażenie na temat kompozycji zapachowej i stosunek ceny do jakości,  moim zdaniem najlepszym wyborem byłby zapach marki L'Erbolario, natomiast wszystkie fanki wycofanej Niny Ricci Delice d'Epices znajdą w Noir d'Orient jej godnego następcę. 




Witajcie! :)

Upalne dni jeszcze przed nami, ale już teraz dla wszystkich fanek zielonych aromatycznych zapachów mam doskonałą propozycję na ten gorący czas - to jeden ze słynnych ogródków Hermesa, czyli Un Jardin Sur Le Toit.

Przekonałam się dzięki niemu o istnieniu innego wymiaru perfum, ponieważ we flakonie zamknięto zapach realnie odwzorowujący wybrany skrawek przyrody. Brzmi intrygująco, ale pachnie jeszcze lepiej:).



Często miałam okazję słyszeć, że przy wysokich temperaturach wiele osób rezygnuje z perfum, ponieważ nawet świeże zapachy wydają się być wówczas przytłaczające. W poprzednim sezonie, gdy nad wyraz często byliśmy raczeni ekstremalną ,,gorączką", i mnie trudno było nosić moje ulubione chłodzące wody toaletowe: Guerlain Aqua Allegoria Mandarine&Basilic i Chanel Chance, które skądinąd zaplanowałam na okres wakacyjny;). Niestety nie przewidziałam, że lato minie pod znakiem fali upałów i wszelkie znane mi dotąd zapachy nie spiszą się należycie w takich warunkach.

Sprawdził się za to mój nowy ultralekki ,,ogródkowy aromat", który jako jedyny rzeczywiście przyniósł ulgę, a którego twórcą jest Jean Claude Ellena (perfumiarz, który porównał perfumy do opowieści;)).

W zamyśle Un Jardin Sur Le Toit miał oddawać zapach ogrodu ulokowanego na dachu siedziby firmy Hermes, która znajduje się w Paryżu. Znając już te perfumy, bardzo chciałabym się w nim znaleźć i móc cieszyć się widokiem oraz zapachem tego miejsca choćby przez godzinę - relaks i ukojenie murowane;). 


    
Perfumy ujmują prostotą, łagodnością i rześkością, bowiem mamy tu dominujący duet świeżo skoszonej trawy i jeszcze niedojrzałej róży oraz nieznaczny akcent ziołowy. Na drugim planie następuje taniec nut, który odpowiada za to, by nadać zapachowi wilgotny, delikatnie wodny charakter, zatem pojawia się magnolia, ale też gruszki i jabłka, ale daleko im do soczystej słodkości - stawiałabym raczej na niedojrzałe owoce. Kompozycja jest niesamowicie zielona, oprócz tego pachnie niczym powietrze i ziemia tuż po deszczu. Powiedzieć ,,natura we flakonie" to zdecydowanie za mało, by oddać istotę tego zapachu - to swoista aromaterapia.

Warto też wspomnieć, że wszystkie składniki doskonale współbrzmią jako całość, jednak co jakiś czas każdy z nich daje znać o swojej autonomiczności. Zapach zaskakuje elegancją i jednocześnie dziewczęcą filuternością, i choć na pierwszy rzut oka nie da się tego pogodzić, to jednak kreatorowi udało się to, co pozornie niemożliwe.




Witajcie! :)

Pisałam już o pomadkach z Mac o wykończeniu matte (---> Candy Yum Yum)  i cremesheen (--->Creme Cup), które wyjątkowo dobrze zostały przyjęte przez moje wymagające usta;). Tym razem skoncentruję się na wykończeniu frost, a w przyszłości na pewno na pozostałych seriach,  aby przygotować kiedyś wpis podsumowujący - spróbuję doradzić wówczas, które z nich są warte wypróbowania. Przede mną zatem jeszcze: amplified, amplified creme, glaze, lustre, retro matte i satin. 

Wersja frost nie zadowoliła mnie tak jak poprzedniczki, dlatego musiałam znaleźć na nią sposób, by w pełni cieszyć się tym pięknym słonecznym kolorem. 


Costa Chic to pomarańczowo-brzoskwiniowy odcień o metalicznym wykończeniu, które  jest dość problematyczne. Pomijając niezbyt elegancki perłowy połysk, pomadka jest delikatnie wyczuwalna na ustach, co odczuwam już jako dyskomfort (akceptuję wyłącznie takie formuły, które nie dają o sobie znać;)). Ponadto podkreśli wszelkie suchości oraz strukturę ust, o ile charakteryzuje się ona naturalnymi wgłębieniami. Potrafi też  nieestetycznie zaznaczać wewnętrzną linię warg. Jeśli chodzi o trwałość,  sądzę, że utrzyma się do 3 godzin, choć wiadomo, że jest to kwestia indywidualna.  

Do zalet zaliczyłabym niewątpliwie kolor, który świetnie będzie się prezentował na dziewczynach o śniadej i oliwkowej karnacji. Po drugie jak zwykle muszę docenić fakt, że nie przesusza.

Jak już wspomniałam, ten odcień jest zbyt piękny, bym skreśliła kosmetyk ze względu na jego oczywiste wady. Postanowiłam aplikować ją na błyszczyk w bezbarwnym bądź neutralnym odcieniu, który stanowi rewelacyjną bazę - wygładza usta, a więc szminka nie uwypukli charakterystycznych linii, za jednym zamachem pozbyłam się też perłowego blasku. W tym momencie nie mam żadnych zastrzeżeń i poddaję się przyjemności noszenia tego tropikalnego koloru:), choć nie zdecyduję się na kolejną pomadkę z tej serii.




Prezentacja pomadki nałożona na usta, na których nie ma żadnej bazy:



Costa Chic na bezbarwnym błyszczyku:


Jeśli macie w swoich zbiorach szminki z Mac o wykończeniu frost, dajcie znać co o nich sądzicie.

Witajcie!:)

Wpisem na temat  zapachu Molecule 01 zapoczątkowałam kolejny etap na moim blogu, który będzie obfitował we wzmianki na temat zapachów niszowych. Zafascynował mnie ten świat, choć nie umniejszam w żaden sposób perfumom głównego nurtu, ponieważ zarówno pierwsza, jak i druga grupa ma wiele do zaoferowania, obu też zdarzają się nieudane kompozycje. Grunt to znaleźć takie aromaty, z którymi będziemy się w stanie utożsamić.

Świat niszy to nie tylko mroczne perfumy dla osób poszukujących ekstremalnych wrażeń, to także całkiem przyjazne zapachy, które potrafią oczarować niespotykanym zestawieniem składników. Tu można odnaleźć  perfumy, których twórcy nie boją się kreatywności, poszukiwań, ryzyka, dlatego od jakiegoś czasu je poznaję i na pewno będę się dzielić swoimi spostrzeżeniami na temat tego, co napotkam na swojej drodze;).

Większość zapachów z dzisiejszego wpisu poznałam dzięki Magdalenie (Maddie) z bloga See&Smell, która kilka miesięcy temu wysłała mi wspaniałą pachnącą paczkę:). Dzięki Tobie wkroczyłam w niszę o wiele szybciej niż planowałam, dlatego dziękuję za motywację;).





Przejdźmy zatem do testu:).

The Different Company Sublime Balkiss  edp -  nie lubię dominującej róży w perfumach, bo przeważnie jest zbyt krzykliwa bądź zestawiona ze składnikami, które czynią z niej karykaturę. Zdarzyło mi się jednak zetknąć z różą, która jest do zaakceptowania i noszenia oczywiście;), dlatego w tym momencie mogę stwierdzić, że najbardziej odpowiada mi połączenie róży z paczulą, lubię ją też w duecie z zielonością, którą rozumiem poprzez łodygi, liście, trawę, garść świeżych ziół.  Sublime Balkiss ukazuje o wiele więcej niż tylko zapach płatków tego kwiatu -  to esencja całej róży wraz z jej zielonością, spotęgowana zapachem czarnych porzeczek, które nie zostały jeszcze zerwane z krzaka. To trochę za mało, by wyobrazić sobie jak pachną te perfumy, dlatego trzeba tchnąć w nie krystalicznie czyste nadmorskie powietrze. To jeden z bardziej urokliwych wiosennych zapachów, dodatkowo muszę wspomnieć o jego imponującej trwałości i bardzo dobrej projekcji. 
(cena - od 222 zł za 50 ml)

Il Profumo Cortigiana edp - moje pierwsze skojarzenie - Cortigiana pachnie jak syrop na kaszel:).  To wiśniowo-waniliowo-pudrowy ulep, którego nie da się chyba używać w dłuższej perspektywie bez uczucia zmęczenia i znudzenia. Nie ma tu rzeczywistego odwzorowania nut, zabrakło też rozwagi w trakcie osładzania kompozycji.
(cena - 375 zł za 50 ml)

Serge Lutens Bois et Fruits edp  - mimo owocowo-drzewnego składu, perfumy jawią mi się jako typowo korzenne. Wyraźnie wyczuwam cynamon (uparcie będę twierdzić, że jest on w tym zapachu;)), drzewo cedrowe i suszone śliwki. To wyrafinowana kompozycja z tzw. ogonem na okres jesienno-zimowy, choć zważywszy że ma dość świąteczny wydźwięk, używałabym jej z nieskrywaną radością w grudniu;).
(cena - od 214 zł za 50 ml)

Profumum Roma Acqua e Zucchero edp miałam trudne przejścia z tym zapachem:). Na początku byłam zdecydowanie ,,na nie", ponieważ rozczarował mnie prostotą i dość spożywczym ujęciem  składników - pachnie jak połączenie dwóch olejków aromatyzujących ciasto, a mianowicie olejku waniliowego i migdałowego, dodałabym do tego jeszcze mleczko do opalania. Po jakimś czasie go polubiłam: jest dyskretny, otulający, można się w nim poczuć bezpiecznie. I choć zdaję sobie sprawę, że nie jest wart swojej ceny, to na małą próbkę kiedyś na pewno jeszcze się zdecyduję.
(cena - 285 zł za 18 ml)

Terry de Gunzburg Bleu Paradis edp - to zapach róży, proszku do prania i  słodko-kwaśnego liczi. Uważam, że nie wyróżnia się niczym specjalnym. Mam też wrażenie, że kilka razy testowałam coś podobnego, więc byłabym skłonna stwierdzić, że jest odtwórczy.
(cena - 490 zł za 100 ml)

Arquiste Infanta en flor edp - to zapach dla kobiet o stalowych nerwach;). Poważnie:). Jeśli nie przeraża Was naręcze białych kwiatów ze skórzanym akordem, odrobiną kurzu, a to wszystko w iście aptecznym klimacie, zachęcam do testów. Mnie się nie udało unieść tego zapachu.
(cena - od 499 zł za 55 ml)

Jestem ciekawa, które perfumy Was zaintrygowały?:)

Witajcie! :)

Nie umiem zachować umiaru w kwestii perfum oraz błyszczyków, ale tym stwierdzeniem pewnie nie zaskoczyłam nikogo, kto zagląda na mojego bloga choćby od kilku tygodni:). Mam wrażenie, że nawet ich pokaźna ilość w ogóle by mnie nie przytłoczyła, także tym większa radość im bardziej rozrasta się mój zbiór:).

Na ogół jest tak, że zaczynam poznawać daną firmę od produktów do ust i tak samo było w przypadku Smashboxa: na początku był lakier do ust w kolorze Pout, o którym pisałam w styczniu --->Be Legendary Long Wear Lip Lacquer, teraz przyszła kolej na błyszczyk w odcieniu Coraline.


Według producenta błyszczyk zapewnia nierealnie lekkie odczucie i szkliste wykończenie w żywym, wibrującym odcieniu -  obietnica jak zwykle brzmi bardzo zachęcająco:).

Coraline to kolor stonowanej brzoskwini, który bardzo naturalnie prezentuje się na ustach, dlatego będzie dobrym wyborem na co dzień. Jego wykończenie jest tzw. lustrzanym blaskiem z prawdziwego zdarzenia, a takie również idealnie trafia w moje preferencje. Ten odcień nie zawiera drobinek, więc przeciwniczki iskrzących dodatków mogą odetchnąć z ulgą;).

Jeśli chodzi o formułę, jest ona bardzo przyjemna ze względu na właściwości nawilżające i odżywcze. Do trwałości również nie można mieć zastrzeżeń: sądzę, że przez 3-4 godziny powinien się utrzymać.

Tafla, którą wyczarowuje Be Legendary Lip Gloss może nie powiększa jakoś spektakularnie tak jak to czynią specjalistyczne błyszczyki, które w nazwie mają ,,lip plumper", ale efekt pełniejszych ust jest zauważalny.

Jedyna wada, o której trzeba wspomnieć przy tym kolorze, to fakt, że trochę osadza się w zagłębieniach ust.


Podsumowując, muszę przyznać, że kolejnemu kosmetykowi ze Smashboxa udało się sprostać moim oczekiwaniom, więc w dalszym ciągu będę eksplorować ten teren;).




Jeśli macie ochotę zobaczyć inne kolory tych błyszczyków, polecam zajrzeć do Agnieszki (White Praline), a konkretnie do tego wpisu--->Smashbox Be Legendary. Przy okazji zachęcam też do przeczytania wpisu ---> Smashboxmania.

Witajcie! :)


Pigmenty do powiek nie są dla mnie tylko efektownym dodatkiem do makijażu wieczorowego, przeciwnie - noszę je na co dzień, przy czym oczywiście decyduję się wtedy na stonowane odcienie, choć nie zaprzeczam, że wkradnie się czasem jakaś nutka szaleństwa;).

Jak już zdążyłyście się zorientować, jestem fanką pigmentów z Inglota - ich kolory i ciekawe wykończenia w zupełności mi wystarczą, do jakości też nie mam żadnych zastrzeżeń. Dziś natomiast chciałabym w telegraficznym skrócie (bo ileż można pisać o pigmentach? - oprócz informacji na temat trwałości najważniejszy jest przecież efekt na powiekach!;)) przedstawić Wam moją opinię na temat pigmentów z firmy Mac na podstawie przetestowanych odsypek.


Prezentacja odcieni bez bazy: 


Informacje na temat poszczególnych odcieni i ich prezentacja na bazie z korektora (nakładane na sucho): 

  • Naked - utrzymany w szampańskiej kolorystyce; zawiera złote drobinki, które rozprowadzają się równomiernie; wykończenie pudrowo-perłowe;  nic nie stoi na przeszkodzie, by stosować go również w roli rozświetlacza; może zbierać się w załamaniach, dlatego polecam użyć pod niego typową bazę, a nie korektor.

  • Melon - złocisto-brzoskwiniowy odcień o wykończeniu metalicznym; trwałość bez zarzutu.

  • Rose - róż ze złotym połyskiem; wykończenie metaliczne; trwałość bez zarzutu.

  • Blue Brown - podobny do pigmentu z Inglota w odcieniu AMC 85, który jest zielono-brązowy z domieszką fioletu. Różnica polega na tym, że w Blue Brown pojawia się też ton błękitny, nie ma natomiast fioletu. Dodatkowo przy rozcieraniu cienia nad załamaniem powieki brąz zmienia się w bordo. Jest też mniej połyskujący niż ten z Inglota. Blue Brown jest bardziej ,,kremowy", zbity, dokleja się wręcz do pędzelka, dlatego jest mniejsze ryzyko, że cokolwiek osypie się podczas nakładania. Na powiece blenduje się z niesamowitą łatwością.

  • Black Poodle - kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, stwierdziłam, że nie ma w nim nic wyjątkowego - zwykła matowa czerń z fioletowymi drobinkami. Nie uwierzycie jak ten z pozoru ,,przeciętniak" potrafi się przeistoczyć w zależności od rodzaju nałożonej pod niego bazy. Na przezroczystej bazie (moja jest z Lorac) jest metalicznym głębokim fioletem, na bazie z korektora to metaliczny granat. Lepsze zdjęcia miałam z sesji z granatem, więc pokazuję jedno z nich;).

Podsumowując, testy zaliczam do udanych. Wszystkie pigmenty są aksamitne w konsystencji, doskonale się rozcierają, nie pylą się i są trwałe. Mac zachwyca totalnie bezproblemową formułą cieni, Inglot konkretniejszym połyskiem:), dlatego nie mogę ocenić, które z nich są lepsze:). 
Witajcie!:)

Ostatnie wpisy dotyczyły recenzji perfum i pora odpocząć od tej tematyki, ale oczywiście znacie mnie już na tyle, by wiedzieć, że nie będzie to trwało długo;). W najbliższym czasie skupię się wyłącznie na kosmetykach kolorowych, a dziś publikuję jeden z najbardziej lubianych postów, czyli ,,nowości", ,,najważniejsze nabytki ostatnich tygodni", nazewnictwo jest nieistotne, ważne, że możemy podglądać swoje zakupy i wzajemnie się inspirować do kolejnych;). 

Tym razem pokażę Wam wyłącznie 2 produkty, na które nie mogłam dłużej czekać - potrzebowałam ich już teraz;) oraz kosmetyki, które były prezentem-niespodzianką od mojej blogowej koleżanki Karoliny/Koainki (blog --->My Vanity Case), z którą  odkąd się poznałyśmy, od razu złapałyśmy nić porozumienia:).

Jak pewnie pamiętacie, zaskakująco dobrze sprawdziła się u mnie  błotna maska oczyszczająco-matująca z Sephory.  Po jej zużyciu planowałam zrobić sobie przerwę i wykończyć maseczki w saszetkach  z innych firm, które miałam jeszcze w zapasie. Niestety, nie dały rady błyskawicznie doprowadzić  cery do porządku. Mud Mask to natychmiastowe działanie: dogłębne oczyszczenie, zniwelowanie rozszerzonych porów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wygojenie tego, co zdążyło już ujrzeć światło dzienne oraz uspokojenie, zredukowanie wszystkiego, co miało w planach to zrobić:). Maskę kupiłam już w nowej szacie graficznej, która podoba mi się jeszcze bardziej niż poprzednia.


Jeden ze styczniowych postów dotyczył planów związanych z perfumami na rok 2016. Wspomniałam w nim o tym, że chciałabym powiększyć swój zbiór o flakon zmysłowo kremowego Narciso edp marki Narciso Rodriguez (50 ml). To jeden z zaledwie kilku zapachów, który na przestrzeni ostatnich miesięcy wywarł na mnie ogromne wrażenie. Niesamowicie pachnie w mroźne dni, a jako że nie planuję uzupełniać swojej skromnej kolekcji o zapachy typowo wiosenne i letnie, stąd poszukiwanie ciężkich piżmowych, a także korzennych perfum na okres jesienno-zimowy:).



Paczka miała zawierać tylko błyszczyk w odcieniu Coraline ze Smashboxa, natomiast Karolina postanowiła zaszaleć i dorzuciła jeszcze ,,kilka drobiazgów":). 

Do tej pory miałam styczność z lakierem do ust tej marki i wypadł całkiem dobrze. Aktualnie wszystkie spostrzeżenia na  temat błyszczyka są już spisane, dlatego niebawem dam Wam znać czy jego jakość jest równie zadowalająca.


Dostałam również szminkę z  serii Frost z Mac w pomarańczowo-brzoskwiniowym odcieniu Costa Chic. Opinia na jej temat jest już gotowa:).


Otrzymałam też miniaturę (7 ml) serum Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II od Estee Lauder.  Producent obiecuje radykalne zmniejszenie widoczności wszystkich kluczowych oznak starzenia się skóry. Podobno to serum maksymalnie wykorzystuje zdolność skóry do jej odnowy podczas snu dzięki zastosowaniu wyjątkowej technologii ChronoluxCB™. Linie i zmarszczki zostają znacząco zmniejszone, a skóra wygląda młodziej już po 4 tygodniach: jest gładsza, bardziej nawilżona i mocniejsza, ma bardziej wyrównany koloryt. Jeśli będę zadowolona z działania tego kosmetyku, na pewno zdecyduję się na pełnowymiarowy produkt i dopiero wtedy przygotuję recenzję.


Znając moje upodobanie do błyszczącego makijażu oczu, Karolina przygotowała odsypki pigmentów z Mac w kolorach: Melon, Rose, Naked, Blue Brown i Black Poodle. Mam nadzieję, że nie będziecie miały nic przeciwko jeśli pokażę je w osobnym wpisie?:) Może już w następnym?:)


Będę miała też okazję przekonać się na co stać pigmenty z Makeup Geek. Nie miałam ich jeszcze w użyciu, dlatego jedyne, o czym mogę w tym momencie wspomnieć, to zachwycające kolory:). Mam odcienie: New Years Eve, Poker Face, Birthday Wish, Vegas Lights, Sweet Dreams, Night Life, Utopia, Insomnia, Jackpot, Liquid Gold.

Przy okazji recenzji pigmentów zarówno z Mac, jak i Makeup Geek  porównam je w podsumowaniu z tymi z Inglota.


Oczywiście nie jest to koniec niespodzianek od Karoliny - o reszcie dowiecie się przy okazji pewnej recenzji zaplanowanej na maj:).

Trzymajcie się ciepło:). Pozdrawiam:).




Witajcie! :)

Wiosną i latem potrzebuję orzeźwiającego, aromatycznego i jednocześnie wyrazistego zapachu, który będzie mi towarzyszył w wietrzne ciepłe dni. Nie zastanawiam się długo nad tym, któremu z nich przypadnie ta rola, bo odpowiedź może być tylko jedna - Versace Versense

Na wzmiankę o tym, że należy do kategorii cytrusowej niektórym może przyjść na myśl, że to pewnie kolejny mało odkrywczy ,,świeżak", który nie zasługuje na uwagę. Szczerze mówiąc, nie zdziwiłaby mnie ta reakcja, zwłaszcza  że sama trafiałam na przeciętne, a nierzadko nieudane perfumy z tej grupy. W przypadku Versense można oczekiwać  miłych wrażeń związanych z bardzo dobrą jakością składników, ciekawego zestawienia nut i zaskakujących przeobrażeń zapachu.


Otwarcie Versense jest mocno cytrusowe, ale nie jest to tylko typowa kwaśność miąższu bergamotki, zielonej mandarynki i cytryny, ponieważ czuć także gorycz skórki tych owoców i dozę białego cukru.  Później zapach przybiera burzliwe cytrusowo-jaśminowe oblicze, które wchodzi w akordy herbaciane.  

Z czasem ukazuje też odsłonę, która od razu przywołuje znajomą woń - to aromat unoszący się w ziołowym ogródku, w którym nie brakuje bazylii czy rozmarynu. Ten dość wyraźny akcent wybrzmiewa na zasadzie pojawiania się i znikania, co i tak zaskakuje zważywszy że producent w ogóle nie wspomina o tego rodzaju nutach w składzie.

Tym, co dodatkowo odróżnia Versense od perfum z tej rodziny zapachowej jest subtelnie słodka drzewna baza, na którą składają się drzewo sandałowe, cedr i drzewo oliwne. W dalszym ciągu pachnie intensywnie i świeżo, aczkolwiek żywiołowy duet cytrusów i jaśminu zostaje dzięki temu złagodzony.

Kompozycję odbieram jako dość uniwersalną, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ponieważ  jest w niej zarówno elegancja białej koszuli, jak i słomiany kapelusz i popłudniowy spacer brzegiem morza.
Versense to perfumy przestrzenne i choć czasami może się wydawać, że ich projekcję wyznacza długość ramion, to jednak okazuje się, że czuć je na kilka metrów. Ponadto są bardzo trwałe i nie ma konieczności ponawiania aplikacji w ciągu dnia.
Podsumowując, doceniam te perfumy za rzeczywiste odwzorowanie zapachów występujących w przyrodzie (nie uświadczymy w tym przypadku ani kropli sztuczności) i za to, że ciekawie się  przeistaczają. 



Perfumowa piramida:
Nuty głowy: bergamotka, figa, zielona mandarynka, cytrusy, gruszka
Nuty serca: lilia, jaśmin, kardamon, narcyz
Nuty bazy: drzewo sandałowe, cedr, drzewo oliwne, piżmo
Witajcie! :)

Wiosna już się rozgościła, a więc przyszła pora, by zrealizować zapowiedziany w styczniu plan i napisać kilka słów o perfumach we flakonach w iście wiosennym kolorze, czyli różowym:).

Taka barwa flakonu bądź płynu perfum kojarzy mi się z subtelnymi dziewczęcymi kompozycjami, ale też z energetyczną kwiatowo-owocową eksplozją optymizmu, dlatego miałam nadzieję, że spośród ośmiu testowanych zapachów znajdę przynajmniej jeden, który będzie w stanie wzbudzić emocje. Tak też się stało, przy czym dokonał tego zapach, który jest jeszcze dostępny, ale niestety jakiś czas temu zaprzestano jego produkcji...

Test nie wypadł słabo, a wśród tej ósemki spodobało mi się aż 5 zapachów, choć do swojego zbioru włączyłabym tylko jeden z nich.



Trussardi My Scent edt - to doskonała propozycja dla wszystkich, którym nie odpowiada surowe ujęcie bzu w Un Matin au Jardin z Yves Rocher, a także cytrusowo-zielone w Lanvin Eclat d'Arpege. Perfumy My Scent sprawiły, że w końcu zaakceptowałam tę niełatwą nutę - wystarczyło umieścić gałązki bzu na składnikach, które dają efekt upranej i wygrzanej na słońcu bawełnianej pościeli i dodać do tej kompozycji odrobinę żywicznej słodyczy. W ramach ciekawostki dodam, że w większych pojemnościach tych perfum korki flakonów nasączono zapachem, niestety w wersji o poj.  30 ml są już plastikowe i nie pachną, sam flakon też nie jest już tak elegancki.
Trussardi Delicate Rose edt -  to rzeczywiście delikatna róża, aczkolwiek ulokowana na egzotycznym tle. O ile połączenie owoców yuzu i liści bambusa nie w każdej kompozycji mi się podoba, czego przykładem jest Deseo Jennifer Lopez, w którym zuchwałość tego duetu jest wręcz nie do zniesienia, o tyle w Delicate Rose zadbano o umiar. Odbieram ten kwiatowo-owocowy zapach jakby był z pogranicza rodziny wodno-ozonowej. W ramach dopowiedzenia dodam tylko, że to już czwarta propozycja marki Trussardi, którą poznałam (zaraz po Inside, Donnie i My Scent) i wydaje mi się, że nie można zarzucić tym perfumom odtwórczości.
Roberto Cavalli Exotica edt - to kremowo-egzotyczny zapach, który, jak informuje producent, jest złożony tylko z trzech nut: mango, plumerii (kwiaty, z których m.in. na Hawajach tworzy się ozdobne naszyjniki) i drzewa sandałowego. Gdybym miała wskazać idealne perfumy na wiosenny poranek, byłaby to Exotica:). Jeśli ta kwiatowo-owocowa eksplozja zamknięta we flakonie nie naładuje pozytywną energią, to już chyba żaden zapach tego nie zrobi:).
Yves Saint Laurent Elle edp- uwielbiam ten zapach:). To perfumy, które bardzo często porównuje się do Pereł z Lalique. Na podstawie pierwszego zetknięcia z nimi poprzez powąchanie atomizera próbki, a także ich otwarcia (wyczuwalna różana pudrowość połączona z paczulą i szczyptą pieprzu) byłam pewna, że to ten sam zapach. Dopiero globalne zastosowanie ukazało różnicę, która polega na tym, że Elle ma w sobie więcej energii za sprawą owoców liczi, cytrusów i różowego pieprzu.   Uważam, że to jeden z lepszych zapachów głównego nurtu i kojarzy mi się z charakterem  Escady Magnetism, aczkolwiek Elle postawiłabym o jeden stopień wyżej. W związku z tym, że jakiś czas temu zaprzestano produkcji tych perfum, cena Elle za 90 ml w perfumeriach stacjonarnych osiąga kosmiczną cenę (505 zł!), zatem warto zdobyć ją online za połowę tej kwoty.
Valentino Valentina Pink edp - po bardzo dobrej Valentinie Oud Assoluto tym razem wielkie rozczarowanie w postaci chemicznej truskawki z ambrą w bazie. Nie wyczuwam innych składników podanych przez producenta, więc pisanie o pralinach i innych cudownościach nie miałoby sensu;).
Narciso Rodriguez For Her edp- przetestowałam już wszystkie zapachy tej marki i nic piękniejszego niż  Narciso edp (wersja w białym flakonie) dla siebie nie znalazłam - jest w niej doskonałe wyważenie białego cedru i ,,kremowych kwiatów". W wersji  For Her edp rozgrywa się podobna opowieść, z tymże jest to już lżejszy zapach, a za sprawą brzoskwini wyczuwalny jest też kwaśny akcent. O ile Narciso edp to świetny wybór na zimę, o tyle For Her edp lepiej sprawdzi się wiosną.
Lancome Miracle edp - zapach, który jest jednocześnie z kategorii kwiatowej i wodnej zawsze będzie tym, z którym nie będę mogła się utożsamić i niestety z Miracle jest identycznie. Dominują w nim białe kwiaty połączone z ostrością pieprzu i imbiru, a wszystko rozgrywa się w nadmorskiej scenerii. Doceniam zamysł, ale to nie mój typ zapachowy.
Valentino Donna edp -  ciężkie różano-pudrowe perfumy ze skórzaną nutą, które dosłodzono wanilią w takim stężeniu, że trudno nie pomylić jej z syropem. Ta propozycja Valentino wpisuje się w trend na perfumy przypominające zapach waty cukrowej (La Vie Est Belle,  Flowerbomb), dlatego jeśli preferujecie takie kompozycje, są duże szanse, że i Donna nie zawiedzie. Dla mnie ten zapach jest jednym z najbardziej męczących (pewnie za sprawą dojrzałej róży i przesłodzenia).