Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Moje ostatnie perfumowe odkrycia, a mianowicie Insulo marki Jeroboam oraz Salim i Anarkali marki Tabacora Parfums płynnie zsynchronizowały się z początkiem nowej pory roku, bowiem każdy z trzech zapachów znakomicie wpisuje się swoim ogólnym charakterem w jesienną aurę. Jeśli zatem aktualnie poszukujecie czegoś oryginalnego, to w tym wpisie podrzucę kilka pomysłów:).

Według mojego nosa flakony tych pachnideł skrywają kompozycje dopracowane w najdrobniejszym szczególe: jeśli tematem jest zawiesista słodycz wanilii (Insulo) - wykreowana jest bez kropli banału, jeśli jest to pudrowa róża (Salim) - nie idzie prostą drogą w kierunku waty cukrowej tylko wybiera tę ambitniejszą, która prowadzi przez żywiczny, ziołowy-ziemisty i drzewny klimat,  jeśli jest to typowo drzewny orient (Anarkali) -  nadbudowany zostaje gorzko-korzennym i kamforowo-piwnicznym aromatem.

Każdy z nich stworzony jest z przytupem i jednocześnie szacunkiem do potencjalnych odbiorców, ponieważ nie uświadczymy tu niskiej jakości składników, nie ma tu wbrew pozorom chaosu i dziwaczności. Muszę też przy okazji wspomnieć, że w wielu kompozycjach nie pasuje mi dobór nut bądź proporcje poszczególnych składników (dlatego już dawno utwierdziłam się w przekonaniu, że wielkiej kolekcji nigdy nie zbuduję;)), natomiast w zetknięciu z tymi zapachami nie mam żadnych uwag - przyjmuję i odbieram je jako harmonijne dzieła, które poddano żmudnemu procesowi szlifowania tak, by w ostateczności wzbudzały zachwyt.  

Zdając sobie sprawę, że trudno jest sobie wyobrazić woń na podstawie opisu, postanowiłam wspomnieć przy każdym z nich o innych zapachach, które z nimi w jakimś stopniu korelują bądź wyczuwam zaledwie zbieżny akcent, aczkolwiek trzeba jasno powiedzieć, że gdy będę nawiązywać do marek popularnych, to oczywistym jest, że daleko im do tego poziomu, który wyznaczyły Jeroboam i Tabacora Parfums.


Zacznę od Insulo, który znalazł się w mojej pachnącej nagrodzie wygranej na blogu Sabbath of Senses. Otrzymałam 9 próbek zapachów trzech młodych niszowych marek perfumeryjnych: Jeroboam, Rubini oraz Hiram Green.  Początkowo entuzjastycznie podeszłam do testów i założyłam, że zbiorczo zrecenzuję wszystkie perfumy w jednym wpisie, ale szybko się przekonałam, że szkoda moich nerwów;). Każdy z nich inny, a miałam wrażenie, że zrobione zostały na jedną modłę tuberozowego opętania (jak ja nie cierpię tej nuty;)) i różnych wariacji na temat zamszowo-owocowej koncepcji. Raz, że niekoniecznie wszystko się udało (dla przykładu: nie wystarczy powalić na kolana mocą zapachu, a potem niech się dzieje, co chce;) i jeśli już łączy się zamsz z winogronami, to warto usunąć przykry zapach brudu i sprawić, żeby winogrona były jednak bardziej wyczuwalne itd.), dwa - te tematy są już zbyt często eksploatowane, po trzecie - dla dwóch znalazłam odpowiedniki wśród perfum celebryckich, dlatego też ich cena w stosunku do jakości to dyplomatycznie mówiąc nieporozumienie. 


Przechodząc do sedna, mozolnie testowałam każdy z nich, aż w końcu po kilku tygodniach wzięłam pod lupę ostatnią już próbkę - Insulo francuskiej marki Jeroboam. Nie spodziewałam się wiele, ale już po chwili wiedziałam, że ta jakże nieskomplikowana, bo złożona wyłącznie z trzech nut kompozycja przewyższa swoich udziwnionych poprzedników. Na uznanie zasługuje zjawiskowa najprawdziwsza wanilia, która za sprawą piżma jest puchata, zawiesista, mocno kremowa/śmietankowa - taką samą, a może nawet nieco lepszą czułam w genialnej niszowej Lirze od Xerjoff. Jest tak sugestywna, że mało brakuje do zjawiska synestezji:) - ma się wręcz wrażenie, że można tę wanilię zobaczyć i dotknąć:). Do głosu dochodzi również jaśmin, ale w żaden sposób nie próbuje dominować w tej kompozycji, nie jest nawet równorzędną dla wanilii siłą - to zaledwie widoczny element w tle. Warto również wspomnieć o innym interesującym aspekcie tych perfum, o tyle interesującym, że nie ma potwierdzenia w spisie nut, a mimo to jest wyczuwalny. Jakkolwiek nie byłby to ściśle waniliowy zapach, to jednak istnieje w Insulo wyraźny owocowy ozdobnik, coś na zasadzie duetu czerwonych jagód i malin, który można wyczuć w Gucci Guilty Black.  Przeznaczeniem Insulo nie jest zapewne funkcjonowanie w roli eleganckiego zapachu na wielkie wyjścia, nie widzę go też jako zwykłego zapachu na dzień. W maksymalnym skrócie, jest to błogi, deserowy zapach, który poprawi nastrój w chłodne jesienne i zimowe wieczory. 


Przyszedł czas na propozycje od Tabacora Parfums. To młoda polska niszowa marka perfumeryjna, która w 2015 roku zaoferowała wszystkim miłośnikom perfum zapachy stanowiące egzemplifikację obrazów miłości z całego świata. Zarówno Salim, jak i Anarkali  pochodzą z kolekcji Chariots of Love, co w tłumaczeniu na język polski oznacza Rydwany miłości. Jak można przeczytać na anglojęzycznej stronie producenta: Pierwsza para zapachów przenosi nas do mistycznych Indii pozostawiając w  objęciach szlachetnej orientalnej aury.  Wyraźne nuty balsamiczne i drzewne nieprzyzwoicie  uwodzą i rozgrzewają.  W tle zapowiedź tragicznej miłości wyrażają gorzkie nuty wyważone kwiatami symbolizującymi piękno ulotnej chwili.

Zapachy są skoncentrowane w olejku o pojemności 15 ml. Wiem, ta formuła nie jest u nas szczególnie popularna, ale nie należy się jej obawiać, ponieważ perfumy w olejku szybko się wchłaniają i nie pozostawiają tłustych śladów; poza tym wystarczą zaledwie 2 krople, by pachnieć wyraziście przez cały dzień.


Salim to zapach, który można odbierać w różnoraki sposób, ale według mnie jest to przede wszystkim pudrowa róża z wtórującą jej drzewnością na ziołowo-ziemistym podbiciu. Gdzieś tam w oddali pobrzmiewają słodkie żywice, które na początku ledwie pobłyskują, a których rola wraz z upływającym czasem staje się coraz bardziej znacząca. Róża jest autentyczna, oczarowuje od samego otwarcia aż do końca żywotności zapachu. Taką pudrową różę odnaleźć można w Donnie marki Valentino - opisałam ten zapach pół roku temu na blogu i narzekałam wówczas na przesłodzenie, porównałam go nawet do syropu. Wtedy właśnie zamarzyło mi się wydanie takiego duetu bez cukru i sztucznej wanilii, ale za to w zacnym towarzystwie drewna i świdrującej w nosie ostrej świeżości i w końcu taki zapach odnalazłam. W ramach ciekawostki dodam, że w tym roku Salim został finalistą prestiżowego międzynarodowego konkursu Art and Olfaction Awards.
Perfumowa piramida:
nuty głowy: szafran, róża, irys
nuty serca: papirus, balsam gurjan, agar (oud)
nuty bazy: agar (oud), paczula, bursztyn, piżmo

Anarkali to zapach-zjawisko. Pachnie jak mieszanina moich ulubionych olejków eterycznych z paczuli i drzewa herbacianego, które połączono ze słodkim sandałowcem i żywicami. O ile wspomnianych olejków nie zlokalizowałam w składzie, ponieważ w ich miejscu są inne nuty o podobnym wydźwięku, o tyle nuty drzewne i żywice mają już potwierdzenie w oficjalnym składzie. Perfumy nie przeistaczają się dynamicznie, wręcz przeciwnie - wszystkie składniki ze sobą współbrzmią, przy czym zdecydowanie górują ostre, zielone i nieco gorzkie  nuty, które przypominają mi charakter piwnicznej paczuli. To zapach, który z pewnością będzie budował dystans, jeśli natomiast spojrzeć na to z drugiej strony, osobom preferującym taką specyficzną świeżość dostarczy bogactwa doznań olfaktorycznych i stanie się świetnym źródłem relaksu:).  Anarkali polecam szczególnie wszystkim, dla których najbardziej mroczny wśród celebryckich zapachów Fancy Nights od J. Simpson wydawał się intrygujący, ale pozbawiony wielowymiarowości i jakiegoś głębszego zamysłu. W nim za to odnajdziemy wszystkie brakujące ogniwa;).
Perfumowa piramida:
nuty głowy: dzięgiel, cedr
nuty serca: balsam gurjan, papirus, agar (oud)
nuty bazy: drewno sandałowe, bursztyn, labdanum

Podsumowując, tak jak dzieli się już w tym momencie niszę na jakościową i popularną, tak te propozycje z pewnością zaliczają się do jakościowej, dlatego serdecznie zachęcam Was do testów. 

Ceny i dostępność:
Salim - flakon o poj. 15 ml - 650 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 30 zł; perfumerie internetowe
Anarkali - flakon o poj. 15 ml - 850 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 50 zł; perfumerie internetowe
Insulo - flakon o poj. 30 ml - 398 zł, koszt próbki o poj. 1 ml - 15 zł, 7 ml - 100 zł; perfumerie internetowe
Witajcie! :)

Tak jak już kiedyś wspomniałam, zestawienie tzw. ulubieńców będę przygotowywać 2 razy w roku: pod koniec sierpnia, żeby napisać o najczęściej używanych kosmetykach podczas wakacji, drugi tego typu post pojawiać się będzie w grudniu i będę pisać o ulubieńcach w ramach podsumowania minionych dwunastu miesięcy - wspomnę też wówczas m.in. o pielęgnacji oraz blogach, które z przyjemnością śledzę:).

W zeszłym roku o tej porze pokazałam wyłącznie połyskujące kosmetyki kolorowe oraz aż cztery orzeźwiające zapachy. Tym razem nie było sprzyjających okoliczności do eksperymentowania z makijażem, aczkolwiek z błyszczących akcentów tak do końca nie zrezygnowałam - nie byłabym sobą;). Po przetestowaniu kilku zachwalanych drogeryjnych korektorów, w końcu znalazłam taki, który sprostał wszystkim moim oczekiwaniom, pozostałe może do czegoś się nadają, ale na pewno nie pod oczy. Jeśli chodzi o perfumy, byłam całkowicie monotematyczna - właściwie to przywarłam do jednego zapachu:). 




  • Estee Lauder Sensuous edp - jak zwykle moje plany związane ze stosowaniem konkretnych perfum nie pokryły się z rzeczywistością. Okazało się, że byłam na ogół monotematyczna i tak naprawdę używałam tylko tego jednego zapachu. Recenzję Sensuous opublikowałam w listopadzie ubiegłego roku  i już wtedy bardzo lubiłam te perfumy, ale dopiero teraz odkryłam je na nowo i jestem pewna, że będą ze mną tak długo, jak tylko będą produkowane (o ile oczywiście nie zniszczy ich żadna reformulacja). Zimą pachniały na mnie słodko-wytrawnie, wyczuwałam przewagę nut drzewnych, natomiast teraz zachwyciły mnie łagodną miodowo-ambrową słodyczą. Nie dominowały, nie przytłaczały nawet wtedy, gdy były wysokie temperatury. Cudowny zapach, który z powodzeniem można stosować cały rok. Jeśli tylko nuty zapachowe wpisują się w Wasze preferencje, a lubicie wyjątkowe, eleganckie i nienachalne perfumy, to Sensuous wydaje się być tym, czego potrzebujecie;).
  • pigmenty z serii AMC Pure Pigment Eye Shadow w odcieniach 82 i 86  marki Inglot - gdybym miała wybierać między pigmentami i cieniami do powiek, to bez chwili zastanowienia oddałabym wszystkie swoje palety i została z tymi błyszczącymi cudownościami;). Te z oferty Inglota są trwałe, nie osypują się, są fenomenalne zarówno po nałożeniu na sucho, jak i na mokro. Wersje 82 i 86 utrzymane są w miedziano-różowo-bordowej kolorystyce, które różnią się wyłącznie nasyceniem barw. Kiedy jak nie latem należy pozwolić im błyszczeć w pełni?:) To przecież najlepszy czas na przemycenie odrobiny szaleństwa w codziennym makijażu. Dodatkową zaletą używania pigmentów jest to, iż zwracają uwagę otoczenia - nie jestem w stanie zliczyć próśb o podanie nazwy tego ,,świecącego cienia";).
  • pomadka z Mac o wykończeniu cremesheen w kolorze Creme Cup - przy tak ,,żywym" makijażu oka wypadało nałożyć na usta coś, co nie będzie charakteryzować się tą samą ekspresją. Postawiłam na pomadkę Creme Cup, którą najczęściej łączyłam z bezbarwnym błyszczykiem. Po dłuższym czasie użytkowania stwierdzam, że ten kolor najbardziej podoba mi się wtedy, gdy mam konkretniejszą opaleniznę;), choć i z jasną cerą też się dobrze komponuje;). 
  • korektor Multi Mineral Anti Age Concealer z Bell w odcieniu 01 - w tym roku postanowiłam znaleźć korektor, który będzie przede wszystkim lekki, a jednocześnie nie będzie wymagał przypudrowania (większość o takiej formule się roluje, dlatego nie miałam łatwego zadania). Poza tym oczekiwałam, że nie będzie wchodził w zmarszczki (choć muszę przyznać, że za sprawą odpowiedniej pielęgnacji  mam ich teraz mniej niż jeszcze kilka lat temu), a to jak wszystkie wiemy nie lada wyczyn dla producentów tego rodzaju kosmetyku; miał też przyzwoicie się utrzymywać. Część nie przeszła testu, bo zrolowała się w chwilę po nałożeniu, wytraciła kolor bądź podkreśliła załamania i przesuszyła skórę pod oczami, ale jeden totalnie mnie zachwycił i jest to właśnie korektor z Bell. Sprostał wszystkim powyższym wymaganiom. Jego konsystencja jest zbliżona do wodnistej,  zaskoczyło mnie to, że nakładając go, czułam, że jest przyjemnie chłodny. I choć mógłby być jaśniejszy (lubię efekt widocznego rozjaśnienia/rozświetlenia, a taki miałam tylko przy okazji opalenizny, w innej konfiguracji ,,zlewa się" z kolorem podkładu), mógłby też odrobinę lepiej kryć (ratuję się trikiem i nakładam odrobinę korektora na warstwę, która zdążyła już zastygnąć - jest lepiej:)), to i tak jest w tym momencie moim najlepszym korektorem. Do ideału brakuje mu niewiele.

Mój wakacyjny makijaż z wykorzystaniem kosmetyków, o których wspomniałam (zdjęcie pierwsze: pigment 82, zdjęcie drugie 86):



Witajcie! :)

Podczas lektury książki pt. Podstawy Perfumerii autorstwa państwa: Iwony Konopackiej-Brud i Władysława S. Brud trafiłam na bardzo ciekawy rozdział zatytułowany Historia perfumerii cz.3. Ostatnie stulecia, w którym opowiedziano o powstaniu wody kolońskiej. Zainspirowana tym zagadnieniem, postanowiłam zamówić próbki tego typu zapachów, a wybór padł na niemiecką markę Maurer&Wirtz i jej serię Acqua Colonia, także oprócz ,,rysu historycznego" pojawi się również test zapachów, żeby nie powiało nudą;).

Okazuje się, że woda kolońska powstała ok. 300 lat temu - w 1720 roku włoski perfumiarz Jean Maria Farina zamieszkały w Kolonii stworzył bazującą na cytrusach wodę Acqua di Colonia, która po dziś dzień wskazywana jest jako wzór wód dla mężczyzn. W ramach ciekawostki wspomnę, że dzięki tej książce dowiedziałam się w końcu dlaczego na etykietach flakonów wód kolońskich pojawia się tajemniczy numer 4711. Otóż za wszystkim stoi Napoleon. Kiedy jego armie zdobywały kolejne miejscowości, wprowadzały swoją administrację, toteż w każdej z nich, również w Kolonii, nadano numery wszystkim budynkom, a domowi, w którym produkowano wodę kolońską przypadł właśnie 4711.

O istnieniu marki Maurer&Wirtz dowiedziałam się, gdy poszukiwałam zapachu utrzymanego w cytrusowo-ziołowym tonie na miarę Guerlain Aqua Allegoria Mandarine&Basilic. Odkryłam wówczas, że najprawdopodobniej bratem bliźniakiem tej wody toaletowej jest woda kolońska Blood Orange& Basil. Jeszcze nie mogę tego potwierdzić, ponieważ w momencie, gdy zamawiałam próbki, ta wersja nie była dostępna, ale planuję zrobić drugą część o perfumach tej marki, więc jeszcze nic straconego:). Swoją drogą, sam pomysł stworzenia tego typu zapachów  i projekt flakonów mimowolnie przywodzą na myśl serię Aqua Allegoria, choć zauważyłam, że wykazano się też kreatywnością w doborze nut, więc nie będę już narzekać:).
Do testu wybrałam sześć następujących propozycji:





Acqua Colonia Lemon&Ginger (cytryna amalfi/imbir) -  kiedy pierwszy raz zaaplikowałam ten zapach, moje skojarzenia powędrowały w stronę cytrynowych cukierków z imbirem. Otwarcie uderza słodyczą, szybko jednak przekształca się w rześką wodę, w której czuć aromatyczne cytrusy, aczkolwiek kostki cukru nadal pobrzmiewają w tle. Imbir od samego początku jest tylko akcentem, ale rewelacyjnie uszlachetnia tę bogatą cytrynową harmonię. W dalszej fazie rozwoju Lemon&Ginger bardzo przypomina mi mój ulubiony drink mojito. Zarzut? Jest jeden - zapach jest nietrwały.
Acqua Colonia Lime&Nutmeg (lima/gałka muszkatołowa) otwarcie to powiew niesamowitej ziołowej świeżości. Później zachwyca aromatem limonkowej esencji, korzennością, odrobiną goryczy. Porażające jak ten zapach jest nietrwały. Gdyby dodano mu mocy i porządnie utrwalono, byłby godnym rywalem dla Versace Versense, ponieważ charakteryzuje się tą samą klasą, tymczasem bardzo szybko staje się tylko wspomnieniem.
Acqua Colonia Melissa&Verbena (melisa/werbena cytrynowa) docenią tę wodę wszyscy, którzy przepadają za perfumami z nurtu herbacianego. Melissa&Verbena przypomniała mi o drzewku, które wyhodowałam kiedyś z pestki cytryny.  Do dziś pamiętam ten cudowny zapach liści i aromat, który wypełniał przestrzeń przez wiele lat, dlatego też mam do tej propozycji marki Maurer&Wirtz szczególną sympatię. Zieloność cudownie przeplata się z cytrusami, całość przypomina zapach mrożonej herbaty. W tym zapachu można poczuć się zrelaksowanym zaledwie w chwilę od zaaplikowania go na skórę.
Acqua Colonia Mandarine&Cardamom (mandarynka/kardamon) jako fanka perfum z mandarynką nie mogłam przejść obojętnie wobec tej propozycji. Owoc odwzorowano w sposób rzeczywisty, wzbogacono go o korzenny akcent, bowiem do duetu wzięto samą królową przypraw, czyli kardamon (królem jest pieprz), który sprawia, że zapach kojarzy się ze świąteczną aurą. Słodki, ciepły, można tylko żałować, że nie jest przestrzenny, ale i tak dobrze, że nie znika ze skóry z prędkością światła. Perfumy jednocześnie słodkie i korzenne? Tak, to zdecydowanie mój klimat;).
Acqua Colonia Rhubarb&Clary Sage (rabarbar/szałwia muszkatołowa) to jedyny zapach, który nie wywarł na mnie wrażenia. O ile szałwia muszkatołowa jest tu bardzo charakterna: ostra i niesamowicie świeża, o tyle rabarbar (właśnie, nie wpadłabym na to, że ta nuta jest w składzie;)) nie jest kwaśny - to zapach słodkiego już kompotu, który w dość szybkim czasie zaczyna dominować. Podsumowując, perfumy tylko pozornie wyraziste, a tak naprawdę mdłe. Parametry też rozczarowują, ponieważ mamy do czynienia ze znikomą trwałością, a zapach trzyma się blisko skóry.
Acqua Colonia Vetyver&Bergamot (wetyweria/bergamotka) -  od początku do samego końca ziemisty, drzewny i zielony jednocześnie. Tak jak w przypadku  Lemon&Ginger imbir był tylko akcentem, tak i tutaj bergamotka pełni identyczną rolę. Zapach skierowany bardziej w stronę męską, ale z kobiecej skóry będzie emanował równie ciekawie. Doceniam takie perfumy, bo rewelacyjnie komponują się ze stylem, który nazwałabym niewymuszoną elegancją.

Nie można zarzucić tym wodom kolońskim sztuczności, wręcz przeciwnie - to w głównej mierze natura zamknięta we flakonie.  Jestem zachwycona wersją z mandarynką i kardamonem oraz melisą i werbeną cytrynową, bo nie dość, że te dwa konkretne zapachy są intrygujące, to jeszcze utrzymują się na tyle długo, by móc ewentualnie rozważyć zakup.

Dostępność serii Acqua Colonia: pojedyncze sztuki na portalach aukcyjnych i w niektórych perfumeriach internetowych (z dostępnością próbek nie powinno być problemu).
Cena:  do 100 zł za 170 ml

Witajcie! :)

Niedługo skończą się moje podkłady (zapasy wystarczą do końca wakacji:)).  Jest to dobra okazja, by zrobić szybki przegląd i ocenić, które z nich spisują się bez zastrzeżeń i  tym samym kupię je ponownie oraz ocenić, które kompletnie nie spełniły moich oczekiwań, a więc moja przygoda z nimi dobiega końca (wszystkie recenzje będą podlinkowane). Na koniec przygotowałam listę podkładów, które chcę w najbliższym czasie kupić i wszystko wskazuje na to, że bardzo dobrze zgrają się z moją cerą:).


Zostanę na pewno przy swoich niezawodnych od lat podkładach: długotrwałym matującym Lancome Teint Idole Ultra 24H w odcieniu 03 beige diaphane oraz upiększającym rozświetlającym Teint Miracle, który zapewnia efekt wygładzonej skóry, ale tym razem zdecyduję się na jaśniejszy kolor.

Zachwycił mnie też rozświetlająco-matujący podkład Givenchy Teint Couture, który kupiłam w ciemno po tym jak przeczytałam, że jest zupełnie niewidoczny na skórze i odmładza optycznie poprzez zniwelowanie widoczności rozszerzonych porów. Tak jak już pisałam w recenzji, nie wiem jak on to robi, ale rzeczywiście cera wygląda o kilka lat młodziej, choć muszę uprzedzić, że krycie jest na poziomie lekkim+/średnim-. W tym przypadku również zdecyduję się na jaśniejszy kolor.

Bardzo ciekawy jest też Nude Magique Eau de Teint marki L'Oreal, który jest podkładem na bazie wody. Jego wykończenie jest matowe, natomiast krycie oceniłabym na poziomie średnim. To, o czym trzeba wspomnieć to fakt, że mimo lekkiej formuły jest długotrwały. Poza tym w okamgnieniu rozprawia się z rozszerzonymi porami - tak, to jest ta właściwość, która każe mi go ulokować w czołówce podkładów;).  Dla lepszego efektu producent zaleca rozprowadzać go palcami, aczkolwiek pędzel też sobie poradził, choć czasami musiałam go dodatkowo dopracować opuszkami palców. Szkoda, że nie jest jeszcze dostępny stacjonarnie, bo jestem pewna, że byłby rozchwytywany - jak dotąd widziałam go jedynie w perfumerii internetowej i na allegro. Jeśli znajdę kolor, który będzie miał dużo żółtego pigmentu, to z chęcią do niego wrócę.

Nie wrócę natomiast do Mac Studio Fix i L'Oreal True Match przede wszystkim dlatego, że na mojej cerze były nietrwałe. Zapamiętam też przetłuszczenie cery po ok. 1,5 godz od ich nałożenia. Studio Fix wcale nie kryje dobrze, on  jest po prostu bardzo widoczny tak samo zresztą jak wszystkie niedoskonałości, których nie udało mu się przykryć. Kiedy już postanowiłam nałożyć go na dłuższe wyjście, porządnie gruntowałam i jednocześnie ,,ratowałam" go pudrem wykończeniowym Touch up Veil z bareMinerals, który perfekcyjnie wygładził skórę - utrwalanie innym produktem nie przyniosło żadnego rezultatu. Poza tym, że jest wybitnie fotogeniczny, nie widzę żadnych zalet. Jeśli chodzi o True Match, zużywam go tylko dlatego, że łączę ten podkład z zastygającym korektorem Nyx HD i dopiero wtedy jestem zachwycona tym jak się prezentuje. Warto jeszcze wspomnieć, że ten podkład wymaga aplikacji pędzlem, dzięki czemu nie będzie wyglądał na skórze ,,ciężko".



Plany zakupowe z tej kategorii nie są oszałamiające, choć oczywiście ciekawi mnie mnóstwo podkładów:). Na początek chciałabym jednak poznać cztery, które jak dotąd najbardziej mnie zaintrygowały:
  • Lancome Miracle Air de Teint ma przypominać Nude Magique Eau de Teint z L'Oreal zarówno w formule, właściwościach, jak i wykończeniu. Nie mogłam postąpić inaczej jak tylko wrzucić go na listę:).
  • Artdeco High Definition Foundation ma być photoshopem w butelce:). Z opisów bardzo mi przypomina mój ulubiony drogeryjny podkład Pierre Rene Skin Balance, który trzymał błyszczenie skóry w ryzach przez cały dzień bez konieczności przypudrowania. Zobaczymy czy i ten spisze się na mojej cerze tak doskonale. 
  • Guerlain Lingerie de Peau to podkład o matowym wykończeniu, ma wyglądać na twarzy bardzo naturalnie i zapewnić efekt tzw. naszej skóry, ale lepszej. Poza tym Guerlain to jedna z tych marek, które najbardziej mnie fascynują, więc tutaj motywacja zakupowa  jest podyktowana innymi względami niż racjonalne;).
  • Clarins Extra Firming to podkład o matowym wykończeniu, ma zapewniać przyzwoite krycie bez efektu maski. Niektóre wizażystki upodobały go sobie do makijaży ślubnych, więc powinien być trwały. Muszę sprawdzić czy te wszystkie zachwyty są uzasadnione:).



Witajcie! :)

Jakiś czas temu odkryłam bardzo ciekawą gdańską firmę, która produkuje luksusowe kosmetyki ekologiczne o niszowym i bezpiecznym składzie INCI. Mowa o Laboratorium Farmaceutyczno - Kosmetycznym Femi, które funkcjonuje na rynku już 25 lat. Oferta obejmuje specyfiki do pielęgnacji twarzy, okolic oczu oraz ciała, a także produkty do aromaterapii.  

Jako zagorzała zwolenniczka serum, zdecydowałam się na ten rodzaj kosmetyku i wybrałam wersję przeznaczoną do skóry suchej i wymagającej odnowy biologicznej. Moja mieszana cera od około roku ma skłonności do przesuszeń, wymaga też silniejszej regeneracji, dlatego uznałam, że serum lipidowe ceramidowe (30 ml - 180 zł) może być idealnie skrojone na moje potrzeby:).

Producent przedstawia kosmetyk jako:
skoncentrowany eliksir bogaty w  płynny kompleks lipidowy z ceramidami identycznymi z naturalnymi, których konfiguracja zapewnia optymalne działanie w tworzeniu cementu międzykomórkowego. Dzięki temu serum uelastycznia i regeneruje lipidową warstwę ochronną skóry podnosząc poziom jej nawilżenia. Serum redukuje zmarszczki mimiczne, poprawia owal twarzy, odżywia i ujędrnia dojrzałą cerę suchą skłonną do zmarszczek i utraty elastyczności. Naturalne oleje roślinne działają synergistyczne w celu odmłodzenia i regeneracji skóry. 



Przynajmniej kilka razy zdarzyło się tak, że trafiłyśmy na kosmetyk, w którym najwartościowsze komponenty znajdowały się na końcu składu, co jest oczywiście równoznaczne z tym, że ich stężenie było tak niskie, że nie mogło być mowy o jakimkolwiek działaniu. Jakby tego było mało wypatrzyłyśmy również na pierwszych pozycjach alkohol i substancje zapachowe oraz tzw. wypełniacze, które nie mają na naszą skórę korzystnego wpływu, a wręcz mogą przysporzyć problemów, ponieważ wykazują działanie komedogenne, czyli blokujące pory, zapychające. Czułyśmy się oszukane, choć z drugiej strony producent nie ukrywał składu. Ten problem nie dotyczy tylko drogeryjnej pielęgnacji, luksusowe marki również mają na swoim koncie takie przewinienia, dlatego wskazana jest czujność i świadome dokonywanie zakupu. W związku z tym zachęta:), jeśli chciałybyście nauczyć się analizy składu, a podejrzewacie, że nie uda Wam się objąć tej wiedzy, to mogę Wam powiedzieć, że nie jest to wcale takie trudne - po przeczytaniu kilku artykułów i wydrukowaniu list substancji pożądanych i niepożądanych zaczniecie bez problemu orientować się w tym temacie. 

Dlaczego napisałam powyższy akapit? Zanim zdecydowałam się na kosmetyki marki Femi, musiałam poświęcić chwilę na przejrzenie składów wszystkich produktów, by mieć pewność, że ich jakość nie jest ,,nadmuchana"słowami, a rzeczywista i mogę Was zapewnić, że się nie zawiodłam.

Lista składników aktywnych:
ceramidy identyczne z naturalnymi, ekstrakt z pączków kaparów, naturalna witamina E, skwalan, oleje organiczne: z pestek malin, sacha inczi, jojoba oraz olejki eteryczne: z mirry, palmarozowy, geraniowy-Bourbon.

Właściwości składników (nie uwzględniłam ceramidów, ponieważ ich właściwości zostały opisane w trzecim akapicie):
  • olej jojoba - jeden z lżejszych olejów, regeneruje, działa antyoksydacyjnie, reguluje produkcję sebum, odżywia, łagodzi stany zapalne, niweluje drobne zmarszczki,
  • skwalan (otrzymywany z oliwy z oliwek)  - jeden z lżejszych olejów, składnik stosowany głównie w luksusowych japońskich kosmetykach, nadaje skórze uczucie jedwabistej miękkości, działa bakteriobójczo, to antyoksydant, chroniący lipidowe struktury skóry przed utlenianiem i wolnymi rodnikami, wzmacnia naturalną barierę lipidową skóry, wykazuje właściwości gojące drobne uszkodzenia skóry i stany zapalne,
  • olej z pestek malin - silny antyoksydant, toteż chroni przed fotostarzeniem skóry, działa antyseptyczne, rozjaśniająco, poprawia barierę lipidową naskórka, nawilża, ujędrnia skórę, wpływa na poprawę pracy gruczołów łojowych,
  • sacha inczi (olej z orzeszków peruwiańskiej rośliny Plukenetia volubilis) - antyoksydant; posiada silne właściwości nawilżające, wspomaga proces regeneracji, stymuluje syntezę kolagenu, niweluje przebarwienia, działa przeciwzmarszczkowo, łagodzi stany zapalne,
  • ekstrakt z pączków kaparów - zawiera błonnik, proteiny, rzadkie witaminy K, B6, C, kwas foliowy, mikroelementy oraz korzystne dla skóry minerały: miedź, mangan, selen, magnez, żelazo i wapń; zapobiega podrażnieniom, stanom zapalnym i alergii.



Muszę zacząć od zapachu, który jest jednocześnie ziemisty i ziołowy, ale nie należy do kategorii ekspansywnych. Działa bardzo kojąco, dlatego serum można stosować również podczas masażu aromaterapeutycznego twarzy, szyi, dekoltu i obręczy barkowej (swoją drogą bardzo polecam tę formę relaksu. Poddaję się jej od ok. dwóch lat i efekty są niesamowite:)).

Stosowałam serum głównie na noc ze względu na bardzo bogaty skład - wówczas potrzebujemy ilości sięgającej 1/2 wysokości pipetki. Świetnie spisuje się również jako baza pod makijaż (szczególnie dobrze sprawdzi się pod zastygającymi, długotrwale matującymi podkładami), z tymże wtedy trzeba zaaplikować dosłownie odrobinę, ok. 4 kropelek.

Jak informuje producent, kosmetyk może być używany jako samodzielny preparat do pielęgnacji lub w połączeniu z kremem. Ja zdecydowałam się na tę pierwszą opcję. Produkt jest bardzo wydajny i o ile wodnisto-żelowe konsystencje zużywam w 2 miesiące, to serum na bazie olejków posłuży mi przynajmniej na  6 miesięcy, ponieważ po ponad miesiącu codziennego stosowania widać zaledwie minimalny ubytek.

Czy jestem usatysfakcjonowana  efektami? Moje wrażenia są bardzo pozytywne, ponieważ cera jest w jak najlepszym stanie: jest jędrniejsza, doskonale nawilżona i wygładzona. Serum rewelacyjnie spisało się również na skórze wokół oczu. Zażegnałam też problem przesuszeń cery, któremu nie dało rady poprzednie serum, dlatego tym większe jest moje zadowolenie:).

Wiecie, że lubię wytknąć kosmetykowi nawet najmniejszą wadę:), ale w tym przypadku nie mam powodów do narzekań:). Mamy do czynienia z kolejną polską marką, która zachwyca jakością swoich kosmetyków.




http://sklep.femi.pl/

Witajcie! :)

Perfumy arabskie od dawna mnie intrygowały i zawsze zastanawiałam się jakież to niesamowite wonności muszą skrywać się w tych ozdobnych, artystycznych flakonach. Podejrzewałam oczywiście, że są to zapachy totalnie odmienne od tych, które znamy z rynku amerykańskiego, europejskiego czy azjatyckiego, ale osobie, która nie miała z nimi wcześniej styczności trudno jest wyobrazić sobie dokładnie specyfikę kompozycji, zwłaszcza że składniki, które doskonale znamy (np. jaśmin czy róża), w tych perfumach pachną na ogół nieco inaczej.

Perfumiarze rodem z Półwyspu Arabskiego szczególnie upodobali sobie różę, żywicę agarową (oud), jaśmin, ambrę, drewno sandałowe, wanilię i piżmo, następnie łączą je m.in. z zielonością, aromatycznymi przyprawami, aldehydami, nutami owocowymi tworząc tym samym ponadprzeciętne pachnidła. Do ich produkcji używa się wyłącznie naturalnych komponentów: są to naturalne olejki zapachowe, dzięki czemu możemy mieć pewność, że zapach bardzo długo będzie utrzymywał się na skórze.

Orientalne aromaty to nie tylko odzwierciedlenie ,,gęstej zmysłowości", mocy i obezwładnienia, to również przestrzenna świeżość i bardzo dobrym przykładem będzie tu zapach ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którym może poszczycić się marka z ponad czterdziestoletnią historią działalności - Swiss Arabian, która wypuściła zapach Rasheeqa w koncentracji wody perfumowanej (50 ml - 90 zł).


Producent wyjaśnia znaczenie nazwy perfum i opisuje ich charakter:
,,Rasheeqa" znaczy wdzięk utożsamiany z pięknem i godnością. Zapach wyłania się z melanżu róży z zapachem świeżej, wiosennej zieleni, przechodzi w kwiatowe akcenty jaśminu i konwalii, by na końcu wprowadzić nas w świat zapachów drzewnych, wzbogaconych tradycyjnym piżmem. Kwiatowo-drzewna kompozycja perfum z charakterystyczną nutą piżma doda każdej kobiecie splendoru. Podkreśli jej wdzięk i urok. [cytat za: http://www.zapach-orientu.pl/swiss-arabian-rasheeqa-edp-p-7.html]



Zanim przejdę do analizy, muszę wspomnieć, iż jest to najbardziej zaskakujący zapach, jaki miałam okazję do tej pory używać.  Rasheeqa ukazuje kilka odsłon w zależności od temperatury i zapewne też wilgotności powietrza. Nie mówię tu o takich niuansach, które zauważamy przy tradycyjnych perfumach, gdy np. latem na pierwszy plan wysuwa się jakaś nuta, która zimą zaledwie migocze, ale rdzeń w dalszym ciągu jest identyczny. Tutaj natomiast mamy do czynienia z elementem zaskoczenia, ponieważ zapach potrafi był diametralnie różny od tego, co będziemy pamiętać jeszcze z poprzedniej aplikacji. 

Otwarcie jest mocno wytrawne, tryskające zielonością -  początek przypomina mi woń mięty pieprzowej i szałwii,  a to wszystko przełamane jest odrobiną słodyczy miąższu owoców.
To, co się dzieje później zależy już od naszej skóry i temperatury powietrza. Czasem układa się na skórze na sposób koloński, by dopiero po wielu godzinach ukazać ciepło sandałowca i dojrzałej róży, innym razem od razu wchodzi w przyjazny klimat ziołowo-sandałowo-różany, natomiast według mnie najbardziej ujmujący jest wówczas, gdy odsłania dyskretną chłodną kremowo-kwiatową naturę, która na skórze emanuje czystością. Co ciekawe, w tej konfiguracji zapach przypomina mi krem Nivea wzbogacony m.in. o szlachetny jaśmin.

Uwielbiam takie nietypowe przeobrażenia perfum i muszę przyznać, że Rasheeqa sprostała moim oczekiwaniom.




Perfumy są dostępne w powstałej niedawno perfumerii internetowej Zapach Orientu, więc jeśli macie ochotę rozpocząć swoją pachnącą orientalną przygodę:), zachęcam do przejrzenia jej oferty. Szczególnie polecam przyjrzeć się marce Swiss Arabian, która jest dostępna wyłącznie na stronie tego sklepu. Oprócz standardowych perfum, oferowane są również zapachy w olejku, które charakteryzują się niebywałą trwałością.



Witajcie! :)

Przeglądając ostatnio swój zbiór próbek zauważyłam, że mam 5 zapachów niszowych, o których warto by było napisać już teraz (reszta jeszcze musi poczekać na swój czas;)), dlatego też dzisiaj zaprezentuję kolejną odsłonę testu perfum.

Tym razem będą to dwie marki: Atelier Cologne i Memo Paris. Pierwsza z nich znana jest z tego, że:

kreatorzy perfum łączą zaskakujące i rzadkie ekstrakty ze świeżymi cytrusami. Tworzą skoncentrowane, charakterystyczne i trwałe formuły. Każdy zapach kryje bezcenne emocje i silne wspomnienia. Założyciele firmy mieli marzenie, by tworzyć zapachy o takim charakterze, aby mogły być noszone jako perfumy czy ekstrakty, a jednocześnie, aby miały egzaltowaną i charakterystyczną świeżość wody kolońskiej. [cytat za: http://www.perfumeriaquality.pl/atelier-cologne/]

Druga może się szczycić wyjątkowymi kolekcjami zapachów z daleka:

Memo podróżuje przez różne lądy, prawdziwe i nierzeczywiste: każdy z zapachów roztacza symboliczną wizję danego miejsca, bazując na kilku kluczowych składnikach. Kolejna seria poświęcona jest akordowi skóry. Bo czy skóra nie jest w pewnym sensie wiecznym wędrownikiem? Wiernym towarzyszem podróżnika, zwiedzającego świat ze swoją skórzaną torbą, która przesiąka egzotycznymi zapachami odwiedzanych miejsc? ,,Wędrowne nasiona'' to najnowsza kolekcja aromatycznych, roślinnych zapachów. Inspiracją dla tej serii były nasiona i ich niezwykła siła życia oraz otaczające je owoce. Podobnie jak Memo, nasiona lubią podróżować; są prawdziwą metaforą życia i wolności. [cytat za: http://www.perfumeriaquality.pl/memo0/]




Wśród tych zapachów nie znalazłam kolejnego obiektu westchnień;), ale uważam, że każdy z nich ma w sobie coś intrygującego, więc oczywiście zachęcam do testów:). Muszę też wspomnieć, że im więcej perfum poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ocenianie ich w kategoriach: dobry/zły, majstersztyk/porażka nie ma sensu, o czym wielokrotnie się przekonałam, gdy ten sam zapach potrafił pachnieć kompletnie inaczej w zależności od rodzaju skóry. Oczywiście nadal mogę oceniać je według tego, co dyktuje mój gust, ale wiadomo, że każdą recenzję czy opinię trzeba traktować wyłącznie jako wstęp do własnych poszukiwań.

Przejdźmy do testu:

Atelier Cologne Sud Magnolia - ten zapach spotkał się z dość chłodnym odbiorem pasjonatów perfum. Jest bliskoskórny, subtelny, prawie transparentny. Podchodziłam do niego sceptycznie do czasu, gdy w tej wodnej (za sprawą magnolii) kompozycji ukazał się szafran, który zepchnął monotonię w kąt. Zapach jest jednocześnie wodny, cytrusowy i odrobinę gorzki;  klimatem zbliżony do Un Jardin Sur Le Toit Hermesa, ale jeszcze bardziej dyskretny. Świetnie sprawdzi się podczas upałów.

Atelier Cologne Orange Sanguine - pomarańcza jest jedną z moich ulubionych nut. Podejrzewam, że zestawienie jej z dowolnymi składnikami wzbudziłoby mój entuzjazm, o ile oczywiście nadal dominowałaby w zapachu. W Orange Sanguine sprawuje ona niepodzielną władzę:). To rzeczywisty aromat słodkiej, dojrzałej pomarańczy podanej wraz z goryczą skórki. Perfumy są nagrzane słońcem, energetyczne, blisko im do efektu syropu, ale na szczęście nie przekraczają tej ryzykownej granicy.  Żałuję, że na mojej skórze okazały się być nietrwałe, bo widziałabym je w swoim zbiorze.

Atelier Cologne Cedre Atlas - to bardzo udany mariaż drzewa cedrowego i cytrusów: jest konkretnie i ambitnie. Świeżość bergamotki, cytryny i wetywerii oraz puchate ciepło cedru i ambry intrygują już od samego początku. Zastanawiała mnie też  ta specyficzna nuta kartonu, która była charakterystyczna również dla Escentric Molecules, Molecule 01 i po wstępnej analizie składu, wydaje mi się, że za ten efekt odpowiada dymny papirus. Cedre Atlas to bardzo trwały i wyrazisty zapach, w którym odnajdą się zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
Memo Paris Quartier Latin - otwarcie jest dość zaskakujące, ponieważ za każdym razem czuję połączenie nut drzewnych i zapach... świeżo startej marchewki (marchewka jest słodka, więc nie widzę problemu:)). Później odbieram zapach jako inwazyjny zamszowo-drzewny na balsamicznym podbiciu. Przeważnie perfumy sprawiają, że przed naszymi oczami pojawiają się obrazy będące ich interpretacją i tym razem też tak było - dostrzegłam domową bibliotekę na poddaszu urządzoną w klasycznym stylu, a w niej fotele obite skórą i zostawione na biurku w popielniczce niedopalone cygaro. Mimo że Quartier Latin jest zapachem typu unisex, skierowałabym go raczej w stronę męską.

Memo Paris  French Leather  - ten zapach jest bardzo podobny do piżmowo-różanego z kwaśnym akcentem Bleu Paradis marki Terry de Gunzburg. W propozycji Memo Paris pojawia się dodatkowo akord zamszowy, zatem mamy tu klimat aromatu imitującego zapach czystości przełamany pylistą pudrowością. Dziwić może tylko nazwa perfum, która w żaden sposób nie odzwierciedla tego, co się dzieje we flakonie.

Który zapach macie ochotę przetestować? A może któryś z nich jest już w Waszej kolekcji?:)

Witajcie! :)

Dawno nie używałam na co dzień profesjonalnej bazy pod cienie, ponieważ w tej roli całkiem dobrze spisywał się korektor pod oczy. W kwietniu zdecydowałam się w końcu na Artdeco Eyeshadow Base, ponieważ wymagała tego potrzeba chwili;) - otóż okazało się, że nie wszystkie pigmenty o metalicznym wykończeniu z MUG są w stanie utrzymać się na moich powiekach dłużej niż kilka minut. Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, były niestabilne: niektóre dość szybko robiły prześwity, migrowały poza granicę załamania powieki, a co gorsze - momentalnie się rolowały. Poza tym chciałam ją też sprawdzić pod moimi kilkoma matowymi cieniami i jednym perłowym z Inglota, które nie zaliczają się do najtrwalszych.


Otwierając słoiczek od razu zwróciłam uwagę na świeży zapach bazy, który jest połączeniem mięty i pianki do golenia. Tuż po nałożeniu jej na powieki czuć lekkie chłodzenie, co powoduje, iż mam wątpliwość czy dla wrażliwych, alergicznych skór będzie ona dobrym wyborem - wydaje mi się, że istnieje prawdopodobieństwo, że może podrażniać. 

Baza ma kremową konsystencję, natomiast jej faktura jest satynowa i półprzezroczysta ze srebrnymi drobinkami, co delikatnie rozświetla i rozjaśnia powieki

Jeśli chodzi o samą aplikację, trzeba mieć wprawną rękę, a zatem szybko i precyzyjnie ją rozetrzeć - najlepiej sprawdzi się do tego celu puchaty pędzelek z dłuższym włosiem. Nieumiejętne rozprowadzenie sprawi, że miejsca, w których nałożyłyśmy jej za dużo zaschną i zrobi się skorupa, a cienie na takim fundamencie będą wyglądać nieestetycznie.

Od razu zauważyłam, że baza podbija kolor cieni: maty są bardziej wyraziste, a w moim ulubionym pomarańczowym cieniu (407 Pearl) opalizującym na złoto i różowo wytracił się nieco bazowy kolor, za to uwydatniło się złoto. Trwałość cieni została wydłużona  z 3 godzin do przynajmniej 8, choć i tak podejrzewam, że utrzymałyby się aż do demakijażu, ponieważ nie spostrzegłam żadnych symptomów wskazujących na to, że baza kończyłaby swoją misję:).

Jeśli chodzi o pigmenty,  wystarczy cieniutka warstwa, by dobrze się do niej dokleiły i długo utrzymywały, natomiast pod cienie musi być to zdecydowanie solidniejsza warstwa.



Cień 407 Pearl na grubszej warstwie bazy po sześciu godzinach:



Pędzelek, który najlepiej spisał się przy rozcieraniu bazy pochodzi z zestawu Essential od EcoTools:





Witajcie! :)

Dawno nie pisałam o pielęgnacji, ale zamierzam to zmienić i przynajmniej raz w miesiącu postaram się przemycić to ,,zagadnienie" na blogu;). Owszem, perfumy i kosmetyki kolorowe to  bardzo wdzięczny temat i można go eksploatować do woli, aczkolwiek ostatnio zaczęło mi czegoś brakować, dlatego też postanowiłam wprowadzić urozmaicenie. Planuję też pewne uatrakcyjnienie treści dotyczących zapachów, ale o tym innym razem:).

Wracając do rzeczy, efektem moich ostatnich poszukiwań jest odkrycie kilku interesujących kosmetyków m.in. do pielęgnacji twarzy i na pewno za jakiś czas podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami, natomiast teraz chciałabym się skupić na kosmetyku koreańskiej marki Mizon.

W październikowym poście pielęgnacyjnym zapowiedziałam, że wraz z trzema kosmetykami, które zawierają odmładzające peptydy będę również używać serum Mizon Peptide 500, które zawiera 45% koncentrację tego składnika. 


Producent zapewnia: 

To energetyzujące serum przeciwzmarszczkowe wypełnia zmarszczki od środka, daje efekt liftingu. Pomaga również zmniejszyć rozszerzone pory. Dodatek adenozyny, kwasu hialuronowego oraz beta-glucanu potęguje działanie peptydów - skóra jest nawilżona i jędrniejsza. Kosmetyk stymuluje syntezę kolagenu oraz elastyny, zapobiegając ich rozpadowi w skórze.  Przyspiesza regenerację skóry, chroni skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Nie zawiera parabenów, sztucznych barwników i substancji zapachowych.


Opinie na temat tego kosmetyku są podzielone: jedni widzą efekty gołym okiem i nie wyobrażają już sobie, by w codziennej pielęgnacji zabrakło tego specyfiku, inni nie dostrzegają poprawy w wyglądzie cery. 

Moje wymagania wobec tego serum były bardzo sprecyzowane, ale na pewno nie były wygórowane.  Oczekiwałam nawilżenia, zwężenia rozszerzonych porów oraz wygładzenia drobnych zmarszczek - nie nastawiałam się na spektakularne efekty

Formuła kosmetyku jest wodnisto-żelowa, z łatwością się rozprowadza i dość szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze filmu.  Tuż po wniknięciu kosmetyku można odczuć delikatne napięcie skóry.

Co uzyskałam? Moje oczekiwania zostały spełnione, choć przyznaję, że spodziewałam się silniejszego nawilżenia. Jeśli chodzi o redukcję zmarszczek, zauważyłam zmniejszenie problemu w okolicy oczu i całkowite zlikwidowanie drobnej linii, która zaczęła mi się tworzyć kilka miesięcy temu pod lewą fałdą nosowo-wargową (była jakby jej przedłużeniem). Serum nie domyka rozszerzonych porów w 100%, aczkolwiek ich widoczność jest nieco zniwelowana. 

Najlepsze zostawiłam na koniec:), ponieważ właściwości, o której teraz wspomnę w ogóle się nie spodziewałam mimo że producent o tym zapewniał. Przechodząc do sedna, serum świetnie sobie radzi z regeneracją skóry (w moim przypadku była to intensywna regeneracja). W trakcie stosowania serum wszelkie ślady po niedoskonałościach zostały bardzo szybko zlikwidowane, a cera prezentowała się zdrowo i promiennie.



Jeśli zastanawiacie się nad zakupem Mizon Peptide 500, szczerze polecam. Na pewno wrócę do niego po wakacjach, ponieważ aktualnie zaczęłam testować inne serum po to, by pokazywać Wam jak najwięcej ciekawych kosmetyków:).
Witajcie! :)

Podejrzewam, że niejedna z Was zastanawia się nad zakupem pigmentów z Makeup Geek. Ich cena nie należy do najniższych ( ok. 50 zł ), dlatego zrozumiałe jest, że trzeba przemyśleć sprawę i wybrać wyłącznie unikatowe kolory. Jeśli chodzi natomiast o osoby zajmujące się makijażem zawodowo, to wiadomo, że w takim przypadku nie istnieją żadne ograniczenia;).

Pokażę Wam kolory pigmentów i przedstawię swoje wrażenia na podstawie przetestowanych odsypek. 

To co od razu zwróciło moją uwagę, to fakt, że metaliczne wykończenia (np. Liquid Gold, Nightlife) nie mogą zostać nałożone na powieki bez dobrej bazy, ponieważ w okamgnieniu potrafią się zrolować lub zrobić prześwity - wykluczona jest również baza z korektora. Niezbyt dobrze utrzymał się też matowy pigment z drobinkami. Poza tym nie mam powodów, by narzekać, bo kolory są niesamowite:). Największy zachwyt wzbudziły we mnie odcienie: Birthday Wish, Sweet Dreams, Liquid Gold, Utopia i Vegas Lights.



Prezentacja kolorów pigmentów bez bazy:





Liquid Gold - kolor oliwkowy z domieszką złota; bardzo błyszczący pigment o wykończeniu metalicznym. Jeden z najładniejszych odcieni, na jaki dotychczas trafiłam. Raczej do stosowania jako akcent kolorystyczny, nie sprawdzi się w roli monochromatycznego makijażu oka, ponieważ jest zbyt odważny.

Sweet Dreams - waniliowo-beżowy odcień  o satynowym wykończeniu, bardzo podobny do Naked  z Mac. 

New Years Eve - matowy waniliowy odcień z drobinkami w kolorze żółtego złota; nie spodobał mi się ze względu na to, że nie należy do najtrwalszych i z uwagi na to, że podczas nakładania drobinki zostają rozprowadzone nierównomiernie.

Jackpot - połyskujące cytrynowe złoto, nie ma jednolitej struktury, mam wrażenie, że jest to drobno zmielony brokat.

Birthday Wish - połyskujący pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym.

Nightlife - pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym z domieszką szarości o wykończeniu perłowym.

Utopia - brokatowy pigment w kolorze antycznego złota.

Poker Face - kolor określany jako średni złoty brąz; wykończenie metaliczne.

Vegas Lights - pigment w miedzianym kolorze o wykończeniu metalicznym.

Insomnia - brązowy pigment opalizujący na turkusowo; podobny do Blue Brown z Mac, czy Amc 85 z Inglota.

Moje ulubione pigmenty (wszystkie nałożone na bazę Artdeco): 


Birthday Wish



Jackpot



Liquid Gold (dodatkowo nałożony na matowy cień w kolorze kawowym, by uniknąć efektu przerysowania; zabieg ten bardzo zminimalizował połysk i stonował jego intensywny oliwkowy kolor).


Sweet Dreams


Utopia



Vegas Lights




Jestem bardzo zadowolona z tych pigmentów. Mają aksamitna formułę, wystarczy zaledwie odrobina, by pokryć całą powiekę, więc będą wydajne. Na pewno zamówię Utopię i Vegas Lights, bo trudno znaleźć takie wyraziste i oryginalne kolory w ofercie innych marek. 
Jestem też ciekawa, które odcienie Was zauroczyły:).
Witajcie! :)

Dziś dość nietypowo, ponieważ  wpis o perfumach korzennych w środku wiosny jest pewnie ostatnim tematem, którego można byłoby się w tym momencie spodziewać:). Dlaczego nie wykazałam się cierpliwością i postanowiłam napisać o nich właśnie teraz? :) Otóż nic nie stoi na przeszkodzie, by poza ich naturalnym jesienno-zimowym środowiskiem pozwolić im również ukazać swój czar wiosną czy latem, dlatego że nie są z gatunku tych przytłaczających, a nuty będące dodatkiem do przypraw sprawiają, że zapachy nabierają pewnej lekkości.


Moja fascynacja perfumami korzennymi zaczęła się od momentu, gdy poznałam 3  fantastyczne zapachy z tej kategorii. Mowa tu o Estee Lauder Sensuous Noir i unikatach: L de Lolita Lempicka oraz  Nina Ricci Delice d'Epices.

Ten ostatni cynamonowo-kardamonowy zapach z nutą jabłka, który miałam okazję przetestować dzięki uprzejmości Maddie sprawił, że postanowiłam znaleźć coś podobnego i choć mi się to udało, to i tak będę wytrwale poszukiwać tego unikatu i nie ustanę w wysiłkach póki nie znajdzie się w moim zbiorze;).  Jest moim zdaniem niedościgniony w swoim oryginalnym ostrzejszym wydaniu -  w tym niepozornym, infantylnym i kiczowatym wręcz flakonie mamy wytrawną eksplozję przypraw korzennych w wysublimowanym stylu.



Efektem poszukiwań zapachów jabłkowo-korzennych jest poniższa czwórka: 3 z nich to zapachy niszowe, natomiast Dolcelisir został wypuszczony przez włoską markę L'Erbolario, która znana jest z produkcji kosmetyków na bazie roślinnej.


L'Erbolario Dolcelisir edp- sklasyfikowane jako orientalno-waniliowe. Główną rolę odgrywa tu cynamon, któremu tło nadaje soczyste jabłko (nie ma go w składzie, ale najprawdopodobniej taki efekt uzyskano za sprawą rumu) i karmelowo-waniliowe podbicie, choć trzeba zaznaczyć, że całość i tak emanuje wytrawnością. Na tle poniższych zapachów Dolcelisir wyróżnia się wyczuwalną nutą kakao w samym sercu kompozycji. Jeszcze przed poznaniem perfum, analizując wszystkie nuty, można odnieść wrażenie, że to kolejny ulepny zapach niezbyt wysokich lotów, aczkolwiek wszelkie obawy zostają rozwiane wraz z pierwszą aplikacją:). Jak widać, grunt to odpowiednie proporcje.
(50 ml - 151 zł, 100 ml - 190 zł)

One of Those Helium edt - sklasyfikowane jako orientalne. To nieco łagodniejsza, słodsza wersja Dolcelisir, choć muszę wspomnieć, że oba zapachy są praktycznie w 85-90% zbieżne. Najdziwniejsze jest to, że w składzie nie ma jabłka ani nawet takich takich nut, które na pierwszy rzut oka po połączeniu mogłyby sprawić, że  otrzymamy efekt jabłka (mój detektywistyczny zmysł tym razem zawiódł i nic nie wydedukował w tej kwestii;)), a paradoksalnie jest to zapach z największym stężeniem jabłka z całej czwórki:). Przyprawy korzenne są równoważnym partnerem dla tego soczystego owocu i fantastycznie się przenikają. Helium odznacza się zachwycającą lekkością i przestrzennością. Jest wręcz stworzony do noszenia wiosną.
(100 ml - 462 zł)

Nobile 1942 La Danza Delle Libellule edp - sklasyfikowane jako kwiatowo-owocowe-gourmand. Perfumy, które okazały się być jednym z moich największych rozczarowań zapachowych - wydają się być pozbawione wyrazu. Otwarcie jest rzeczywiście ciekawe, ponieważ mamy tu świeżo starte jabłka dosłodzone cukrem. To co dobre, szybko się kończy i po chwili pojawiają się zaledwie przebłyski cynamonu (dosłownie szczypta), by w ostateczności pachnieć wyłącznie cukrem waniliowym...
(75 ml - 472 zł)

Evody Noir d'Orient edp- unisex; sklasyfikowane jako drzewno-przyprawowe. W tym przypadku wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z niszową kompozycją. To doskonała mieszanina przypraw rodem z Indii, cynamonu, goździków, paczuli, kadzidła i nut drzewnych. Jest bardzo odważnie i bardzo... poważnie do czasu, gdy zauważymy, że co jakiś wytrawność zacznie być przełamywana pojawiającym się od czasu do czasu aromatem pieczonego jabłka (ten efekt uzyskano pewnie za sprawą rumu), który jest idealnym dopełnieniem kompozycji - nie wyobrażam sobie, by co innego mogło urozmaicić i jednocześnie złagodzić tę moc. Na ten moment Noir d'Orient jest dla mnie doskonałością w kategorii perfum przyprawowych.
(50 ml - 415 zł, 100 ml - 630 zł)


Podsumowanie testu:
Uwielbiam zarówno Dolcelisir, Helium, jak i Noir d'Orient. Mając jednak na względzie ogólne wrażenie na temat kompozycji zapachowej i stosunek ceny do jakości,  moim zdaniem najlepszym wyborem byłby zapach marki L'Erbolario, natomiast wszystkie fanki wycofanej Niny Ricci Delice d'Epices znajdą w Noir d'Orient jej godnego następcę. 




Witajcie! :)

Upalne dni jeszcze przed nami, ale już teraz dla wszystkich fanek zielonych aromatycznych zapachów mam doskonałą propozycję na ten gorący czas - to jeden ze słynnych ogródków Hermesa, czyli Un Jardin Sur Le Toit.

Przekonałam się dzięki niemu o istnieniu innego wymiaru perfum, ponieważ we flakonie zamknięto zapach realnie odwzorowujący wybrany skrawek przyrody. Brzmi intrygująco, ale pachnie jeszcze lepiej:).



Często miałam okazję słyszeć, że przy wysokich temperaturach wiele osób rezygnuje z perfum, ponieważ nawet świeże zapachy wydają się być wówczas przytłaczające. W poprzednim sezonie, gdy nad wyraz często byliśmy raczeni ekstremalną ,,gorączką", i mnie trudno było nosić moje ulubione chłodzące wody toaletowe: Guerlain Aqua Allegoria Mandarine&Basilic i Chanel Chance, które skądinąd zaplanowałam na okres wakacyjny;). Niestety nie przewidziałam, że lato minie pod znakiem fali upałów i wszelkie znane mi dotąd zapachy nie spiszą się należycie w takich warunkach.

Sprawdził się za to mój nowy ultralekki ,,ogródkowy aromat", który jako jedyny rzeczywiście przyniósł ulgę, a którego twórcą jest Jean Claude Ellena (perfumiarz, który porównał perfumy do opowieści;)).

W zamyśle Un Jardin Sur Le Toit miał oddawać zapach ogrodu ulokowanego na dachu siedziby firmy Hermes, która znajduje się w Paryżu. Znając już te perfumy, bardzo chciałabym się w nim znaleźć i móc cieszyć się widokiem oraz zapachem tego miejsca choćby przez godzinę - relaks i ukojenie murowane;). 


    
Perfumy ujmują prostotą, łagodnością i rześkością, bowiem mamy tu dominujący duet świeżo skoszonej trawy i jeszcze niedojrzałej róży oraz nieznaczny akcent ziołowy. Na drugim planie następuje taniec nut, który odpowiada za to, by nadać zapachowi wilgotny, delikatnie wodny charakter, zatem pojawia się magnolia, ale też gruszki i jabłka, ale daleko im do soczystej słodkości - stawiałabym raczej na niedojrzałe owoce. Kompozycja jest niesamowicie zielona, oprócz tego pachnie niczym powietrze i ziemia tuż po deszczu. Powiedzieć ,,natura we flakonie" to zdecydowanie za mało, by oddać istotę tego zapachu - to swoista aromaterapia.

Warto też wspomnieć, że wszystkie składniki doskonale współbrzmią jako całość, jednak co jakiś czas każdy z nich daje znać o swojej autonomiczności. Zapach zaskakuje elegancją i jednocześnie dziewczęcą filuternością, i choć na pierwszy rzut oka nie da się tego pogodzić, to jednak kreatorowi udało się to, co pozornie niemożliwe.




Witajcie! :)

Pisałam już o pomadkach z Mac o wykończeniu matte (---> Candy Yum Yum)  i cremesheen (--->Creme Cup), które wyjątkowo dobrze zostały przyjęte przez moje wymagające usta;). Tym razem skoncentruję się na wykończeniu frost, a w przyszłości na pewno na pozostałych seriach,  aby przygotować kiedyś wpis podsumowujący - spróbuję doradzić wówczas, które z nich są warte wypróbowania. Przede mną zatem jeszcze: amplified, amplified creme, glaze, lustre, retro matte i satin. 

Wersja frost nie zadowoliła mnie tak jak poprzedniczki, dlatego musiałam znaleźć na nią sposób, by w pełni cieszyć się tym pięknym słonecznym kolorem. 


Costa Chic to pomarańczowo-brzoskwiniowy odcień o metalicznym wykończeniu, które  jest dość problematyczne. Pomijając niezbyt elegancki perłowy połysk, pomadka jest delikatnie wyczuwalna na ustach, co odczuwam już jako dyskomfort (akceptuję wyłącznie takie formuły, które nie dają o sobie znać;)). Ponadto podkreśli wszelkie suchości oraz strukturę ust, o ile charakteryzuje się ona naturalnymi wgłębieniami. Potrafi też  nieestetycznie zaznaczać wewnętrzną linię warg. Jeśli chodzi o trwałość,  sądzę, że utrzyma się do 3 godzin, choć wiadomo, że jest to kwestia indywidualna.  

Do zalet zaliczyłabym niewątpliwie kolor, który świetnie będzie się prezentował na dziewczynach o śniadej i oliwkowej karnacji. Po drugie jak zwykle muszę docenić fakt, że nie przesusza.

Jak już wspomniałam, ten odcień jest zbyt piękny, bym skreśliła kosmetyk ze względu na jego oczywiste wady. Postanowiłam aplikować ją na błyszczyk w bezbarwnym bądź neutralnym odcieniu, który stanowi rewelacyjną bazę - wygładza usta, a więc szminka nie uwypukli charakterystycznych linii, za jednym zamachem pozbyłam się też perłowego blasku. W tym momencie nie mam żadnych zastrzeżeń i poddaję się przyjemności noszenia tego tropikalnego koloru:), choć nie zdecyduję się na kolejną pomadkę z tej serii.




Prezentacja pomadki nałożona na usta, na których nie ma żadnej bazy:



Costa Chic na bezbarwnym błyszczyku:


Jeśli macie w swoich zbiorach szminki z Mac o wykończeniu frost, dajcie znać co o nich sądzicie.