Najnowsze wpisy

Witajcie!:)

Tej wiosny nie mogłam obyć się bez czterech fantastycznych produktów: cienia do powiek, odżywczej bazy do rzęs, pędzla do makijażu oczu i oczywiście perfum;).


Zacznę od pokazania Wam bardzo efektownego cienia Ombretto marki Nabla w kolorze Water Dream, który na powiece mieni się srebrzystymi drobinkami na jasnobeżowej bazie. Pięknie komponuje się z każdą szminką, aczkolwiek szczególnie polecam sprawdzić go w duecie z czerwienią! :)

Od razu spodobało mi się, że jego formuła jest miękka, kremowa, a w dalszej fazie zapoznawania się z nowym kosmetykiem;) zauważyłam, że cień ma doskonałą przyczepność zarówno do pędzla, jak i powieki. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie trwałość - na bardzo cienkiej warstwie bazy Artdeco utrzymał się aż do demakijażu.

Nałożony pędzlem na sucho będzie dawał efekt mokrej powieki, aczkolwiek musicie się liczyć z tym, iż ten sposób sprawi, że brokatowe drobinki będą się bardzo wyróżniać. Jeśli nie lubicie takiego efektu, wystarczy nałożyć cień palcem bądź na mokro i wówczas brokat zostanie nieco rozprasowany, uzyskamy również foliowe, intensywnie błyszczące wykończenie.

Chyba nie muszę wspominać, jak prezentuje się w słoneczne dni? :) Dodam tylko, że wtedy Water Dream mieni się także na złoto:). Polecam serdecznie!



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • wysoce napigmentowany;
  • nie zawiera silikonów, pochodnych ropy naftowej, parabenów, ftalanów, EDTA;
  • opracowany tak, aby zminimalizować ryzyko alergii;
  • nie jest testowany na zwierzętach
  • PAO -12 miesięcy 
  • pojemność - 2,5 g

Cena: 
  • wersja w wyprasce przeznaczona do umieszczenia w palecie - 27,90 zł
  • wersja w opakowaniu - 32,90 zł
Cień nałożony na sucho na bazę Artdeco:


Kolejnym kosmetykiem, bez którego nie wyobrażam już sobie makijażowej rutyny jest odżywcza baza do rzęs  Lash Primer Plus (mam wersję miniaturową - 2,8 g) jednej z moich ulubionych marek selektywnych, czyli Estee Lauder. Na wstępnie od razu przyznaję się, że do tej pory uważałam stosowanie odżywek do rzęs za niepotrzebną czynność (oczywiście próbowałam kilku produktów do rzęs typu 2 w 1, ale dość szybko pojawiało się zniechęcenie), natomiast dopiero zetknięcie z Lash Primer Plus całkowicie odmieniło mój pogląd na tego rodzaju kosmetyki.

Obietnice producenta:

Wzmacnia efekt specjalny tuszu do rzęs i przedłuża jego trwałość.
Działa jak magnes przyciągający i utrzymujący tusz do rzęs, przez co mniej się go zużywa. Pozostaje na miejscu, stanowiąc podstawę wspaniałego wyglądu rzęs. Odżywia je i chroni przed łamaniem. Dla uzyskania lepszego rezultatu, nałóż jedną warstwę Lash Primer Plus i natychmiast nałóż swój tusz do rzęs, gdy baza jest wciąż mokra.



Potwierdzam każde zdanie tych zapewnień, aczkolwiek należy wspomnieć, że kosmetyk nie będzie dobrze współpracował z każdą maskarą. Od siebie mogę dodać, że z tymi od Max Factor odnajduje idealną nić porozumienia;) i z takich średniaków z plusem czyni je mistrzami;).

Trzeba bezwzględnie przestrzegać tego, by nałożyć tusz na mokrą jeszcze odżywkę, a rzęsy będą perfekcyjnie rozdzielone, konkretnie pogrubione (bez ani jednej grudki) i wydłużone. Dodając do tego walory pielęgnacyjne mamy do czynienia z bezapelacyjnym hitem:).

Na początku szczoteczka nabiera bardzo dużo odżywki, więc efekt po nałożeniu maskary jest wprost piorunujący, natomiast po kilku tygodniach nabiera jej za mało, więc trzeba się nieco nagimnastykować (czyt. wykazać manualnie;)), by wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku, ale warto dla tego efektu.

Cena produktu pełnowymiarowego (5 ml) -  103 zł


Jeśli chodzi o pędzle, do tej pory bardzo ceniłam profesjonalną linię Studio marki Bdellium Tools, natomiast dzięki mojej wygranej w konkursie u Asi, która prowadzi bloga 1001 Pasji (gorąco zachęcam do zaglądania na tę stronę, która jest pełna inspiracji;)) przekonałam się, że M Brush to również najwyższy poziom, a walory wizualne umiejscawiają te pędzle w moim subiektywnym rankingu włochatych akcesoriów;) do makijażu o jeden stopień wyżej - w końcu to pułap luksusowy, z tymże nie stoi za tym tylko wysoka cena i marketing, a rzeczywista jakość.

Uważam, że M Brush 06 (często porównywany do  Mac 217) to rewelacyjny pędzel do makijażu oczu. U mnie  najlepiej sprawdza się do aplikowania cieni, szczególnie upodobałam go sobie do tych  foliowych i metalicznych. Jego włosie jest puchate i niesamowicie miękkie, a po wielokrotnym myciu mydłem nadal jest takie jak było na początku, nie zauważyłam też, by wypadł choć jeden włos. Dobrze radzi sobie również z rozcieraniem cieni nad załamaniem powieki, choć do tego celu preferuję pędzle, których główka włosia ma większą średnicę.

Podsumowując, pędzel jest bardzo solidnie wykonany, a jego wygląd cieszy oko;). Czego chcieć więcej? Ode mnie zasłużona szóstka:).

*Jeśli macie jakieś dalekosiężne plany wobec tuby (podejrzewacie, że mógłby to być świetny sposób na przechowywanie niezbędnych pędzli do wykonania podstawowego makijażu podczas wyjazdu), to zapewniam, że nie wytrzyma próby czasu. Kartonowy materiał szybko się pogniecie i tuba ekspresowo wyląduje w koszu.


Ivoire eau de parfum marki Balmain to zapach, który intryguje i wzbudza emocje. Wydaje mi się, że  nie pozostawi nikogo obojętnym. W Internecie natkniecie się na mnóstwo recenzji, które kreują obraz osobliwego pachnidła, bowiem na każdej z tych osób, które dzielą się swoimi spostrzeżeniami,  Ivoire objawia się w  indywidualny, unikatowy wręcz sposób.

Nie mogłam się zatem doczekać, by sprawdzić czy zdołam oswoić te szyprowo-kwiatowe perfumy i czy zechcą współgrać z moją skórą.

Zdecydowałam się na ten zapach, bowiem ostatecznie przekonała mnie wielokrotnie przytaczana teza, że propozycja Balmain jest jedną z najlepszych interpretacji galbanum w perfumiarstwie (za PWN: gumożywica wydzielana z łodyg i kłącza bylin Ferula galbaniflua i Ferula rubricaulis (rosnących w Afganistanie i Iranie) w postaci zastygającego na powietrzu mleczka; z galbanum otrzymuje się olejek w kompozycjach perfumeryjnych typu chypre i fougere), a takie fakty koniecznie muszę sprawdzić;).


 

 źródło zdjęcia: https://hermitageoils.com/product/galbanum-essential-oil/

To perfumy, w których duch minionej epoki bezkolizyjnie łączy się z akordami współczesnych  aromatów. Otwarcie jest mocno zielone, drzewne i wytrawne - ewidentnie czuć rys retro. Kiedy zapach wprawnie przechodzi w fazę nut serca, zaczyna się wyłaniać jego łagodniejsze oblicze: młode różyczki wraz z zielonością łodyg i liści przenikają się z  kropelkami soku z mandarynki oraz nutami pudrowymi, co czyni go niebywale lekką, poniekąd musującą cytrusami, mydlaną, i jednocześnie zielono-kwiatową rodem z ogrodu kompozycją.
Ivoire to wspaniały mariaż dziewczęcej urokliwości z dystyngowaniem, chłodem i rezerwą. Nierozerwalnie kojarzy mi się z białą bluzką i biała jedwabną sukienką, co sugeruje, że sprawdzi się zarówno w sytuacjach formalnych, w których chcemy pokazać swój profesjonalizm, ale także w sytuacjach nieoficjalnych, gdy np. potrzebujemy oddać się rozmyślaniu podczas spacerów.
Najbardziej lubię, gdy w rytm wiatru Ivoire ukradkiem wibruje ze skóry karku bądź bawełnianej apaszki. 

Serdecznie zachęcam do poznania tych perfum:).

Perfumowa piramida:
  • nuty głowy - mandarynka, galbanum, liść fiołka
  • nuty serca - róża, jaśmin, ylang-ylang, irys
  • nuty bazy - wetyweria, cedr, paczula, wanilia

Dodatkowe informacje o zapachu:
  • Przeznaczenie/parametry użytkowe: zapach dzienny, całoroczny;  trwałość - bardzo dobra, projekcja - na kilka metrów;

Witajcie! :)

Mimo że każda z nas ma już w zanadrzu kilka niezawodnych podkładów, to jednak co jakiś czas lubimy przetestować nowości bądź cenione od wielu lat produkty okrzyknięte mianem kultowych. Zawsze przecież istnieje szansa, że trafimy na coś, co bardziej upiększy naszą cerę, prawda?;).
A jako że na mnie zawsze działają opisy w stylu: zwężający pory, wygładzający, to w ciemno wzięłam jedną z propozycji włoskiej marki Collistar, choć od razu przyznam, że nie jestem z tego wyboru tak do końca zadowolona.

Moje oczekiwania wobec podkładów, biorąc pod uwagę fakt, że cera jest mieszana z występującymi od czasu do czasu przesuszeniami i nie ma już tak idealnej faktury jak kiedyś:
  • zapewnienie maksymalnego wygładzenia - najważniejsza właściwość, od której zależy czy kupię go ponownie bądź, jeśli testuję próbkę, czy zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie;
  • warstwa, która pokrywa cerę musi być bardzo cienka, tak, by trudno było rozpoznać czy  znajduje się na niej podkład czy może cera jest tak ładna z natury;);
  • całodniowa trwałość;
  • nie może być wyczuwalny na skórze;
  • nie może przesuszać


Podkład Even Finish+Primer 24 h Perfect Skin ma bardzo przyjemny ogórkowo-pudrowy zapach. Jego konsystencja jest gęsta, choć nie nastręcza ona problemów przy rozprowadzaniu kosmetyku na skórze. Jest dość plastyczny, co w praktyce oznacza, że nie trzeba się spieszyć z nakładaniem - nie ma obaw o to, że pojawią się smugi. Od razu zauważymy, że podkład ma mokre wykończenie, dlatego konieczne będzie przypudrowanie w strefie T.

Mój odcień oznaczony jako 3 sabble (sand) jest zbliżony do koloru NC 20 Studio Fix z Mac, choć jest odrobinę ciemniejszy i zawiera  mniej żółtego pigmentu. Baza, którą dodano do podkładu w żaden sposób nie ma właściwości utrwalającej, przedłużającej trwałość - jest po prostu rozświetlająca, ale żeby być bardziej precyzyjną powiedziałabym, iż jest to baza nawilżająca.

Najbardziej zależało mi, tak jak w przypadku każdego podkładu, na całkowitym wygładzeniu struktury skóry, jednakże niestety zaobserwowałam zatuszowanie rozszerzonych porów w zaledwie minimalnym stopniu. Ponadto podkład jest  widoczny z bliska, pokrywa skórę grubym filmem, aczkolwiek  mimo wszystko i tak jest lekki, więc nosi się go komfortowo (polecam przy okazji sięgnąć po pudry wykończeniowe w kamieniu z bareMinerals zawsze wtedy, gdy zaistnieje konieczność uratowania efektu, jaki zaserwował nam przeciętny podkład).

Nałożony pędzlem wymaga dopracowania palcami. Zapewnia średnie krycie. Nie obciąża skóry, nie oksyduje, nie przesusza, nie znika ze skóry w ciągu dnia. Wybieram go wtedy, gdy mam w planach 3-4 godzinne wyjście. Jeśli nie będzie dobrze utrwalony, nie polecam ani do pracy, ani na okres wakacyjny.  Raczej do skóry młodej o typie normalnym.

Podsumowując, na mnie nie zrobił większego wrażenia. Zasługuje na szkolną trójkę;).


Dodatkowe informacje o produkcie:

pojemność: 35 ml
cena:  do 149 zł
PAO: 12 miesięcy


Podkład przypudrowany pudrem Luxury Neutral Set Translucent Powder od Ben Nye:



Witajcie! :)

Nowości perfumeryjne roku 2017 mocno mnie rozczarowały. I choć na mainstreamowej półce wśród kilkudziesięciu propozycji znalazłam kilka zapachów, które w początkowym stadium testów (blotter, nadgarstek) wykazywały potencjał, to jednak już na etapie pierwszego użycia globalnego wiedziałam, że to nie jest to, czego oczekuję od perfum. Po raz kolejny moje największe zarzuty dotyczą: efektu waty cukrowej, przesadzonej ilości pudru, kwiatów w kosmetycznej, syntetycznej otoczce, cukierków lodowych z dodatkiem róży, nieudanej interpretacji kawy, czy nijakich zielonych, ozonowych i wodnych kompozycji, co jest nieporozumieniem w kontekście nierzadko słabych parametrów użytkowych i wysokich cen.

W rezultacie nie zdecydowałam się na żadną nowość, ale skierowałam swoją uwagę na nieco starsze perfumy i m.in. trafiło na jedną z moich ulubionych marek, czyli Lalique:). Poznałam w końcu zachwalany zapach Orchidee Vanille od Van Cleef&Arpels, wzięłam także pod lupę perfumy Sense Dubai.


Zapachy nosiłam w warunkach zimowych i wiosennych, żeby jak najlepiej odkryć ich charakter. Jeśli chodzi o Sense Dubai, wszystkie zapachy są trwałe, wyraziste, powiedziałabym nawet, że bardzo ekspresyjne:); świetnie sprawdzą się jako perfumy całoroczne.

Sense Dubai 2 parfum – zastanawiałyście się kiedyś jak mogłyby pachnieć kwiatowo-owocowe bańki mydlane?:) Dwójka jest doskonałą interpretacją tej wizji;). I choć można mieć wrażenie, że takie niuanse to przecież nic specjalnego, to zapewniam, że kompozycja jest utrzymana w ekskluzywnym i nieszablonowym wydaniu. Mydlana świeżość, słodycz soku z owoców (ananas, liczi jabłko, wiśnia) i drzewne akcenty dynamicznie się przenikają, sprawiając, że czystość nabiera zupełnie innego wymiaru. Niesamowite perfumy ♥.
Sense Dubai  8 parfum  moja pierwsza myśl od razu umiejscowiła Ósemkę w gronie zapachów ślubnych, bowiem jest to urocza ,,różowa świeżość":).  Mimo że skład, jak w przypadku każdego z dwunastu zapachów Sense Dubai jest imponujący, to wyczuwam tu ścisłe przywództwo piwonii, liczi, lilii i piżma, co sprawia, że w istocie mamy do czynienia z rozkwitającą bukietem kwiatów wiosną we flakonie:). Ja z taką stylistyką perfum się nie utożsamiam, ale wszystkie fanki niezwykle kobiecych i szlachetnych zapachów zachęcam do testów.
Sense Dubai 11 parfum – zapach występuje w wersji ze złotymi drobinkami (*_*) i transparentnej.  Ozonowo-miętowe otwarcie jest bardzo trudne i niekomfortowe dla mojego nosa, natomiast kiedy odsłania się serce i baza, perfumy zyskują pudrowo-mydlany ton, do którego dołącza wytrawność szałwii i paczuli oraz kontrastujące z nią waniliowo-drzewne ciepło. Całość nadal pachnie bardzo specyficznie, ale w taki sposób, że wyzwala chęć obcowania z tą kompozycją i wyczekiwania na kolejne zaskoczenie, które z pewnością Jedenastka za chwilę zaserwuje;). Ekscentryczny zapach dla osób z ekscentryczną duszą:).
Sense Dubai 12 parfum– kompletnie nie znam składu tych perfum, aczkolwiek odbieram je jako ciepłe, bursztynowo-herbaciane przełamane najprawdopodobniej wetywerią, przyprawami i suszonymi ziołami oraz kwiatami (jestem prawie pewna, że jest tu również lawenda). Utkane na zasadzie kontrastów - przytulne i zimne jednocześnie. Mam wrażenie, że w tej kompozycji wojują ze sobą cztery żywioły, toteż w związku z tym nasuwa się jedno pytanie: czy odważysz się udźwignąć tę mocarność?:)

Podsumowując pierwszą część, nadal moim ukochanym zapachem z Sense Dubai pozostaje Czwórka, o której pisałam w styczniu. Biorąc pod uwagę moje preferencje, uważam, że jest po prostu bezkonkurencyjna;), natomiast serdecznie zachęcam do przetestowania powyższych propozycji, ponieważ stanowią ciekawą odskocznię od tego, do czego przyzwyczaiły się nasze nosy wąchając zapachy dostępne w  perfumeriach sieciowych.




A teraz kolej na cztery zapachy głównego nurtu:

Van Cleef&Arpels, Orchidee Vanille edp - pochodzi z ekskluzywnej linii Collection Extraordinaire. Rozumiem już powód, dla którego jest to tak bardzo lubiany i ceniony zapach. Jest przytulny i słodki, choć z drugiej strony, jakie inne wrażenie może wyczarować połączenie czekolady, wanilii, orchidei oraz migdału?:) Zapach z kategorii nienarzucających się, o łagodnej projekcji przy jednoczesnym wyrazistym brzmieniu na skórze. Uważam, że warto dać mu szansę, mimo że nie zaoferowano wanilii o takiej jakości, z jaką spotkałam się w przypadku innych dobrych perfum, a także mimo iż balansuje na granicy aromatów do ciast czy suchych olejków do ciała.
Lalique, Lalique Le Parfum edp - zapach-perła♥. Lalique Le Parfum to zapach dojrzały i wyrafinowany. Widziałabym go u kobiet, które nie traktują perfum na zasadzie posiadania ładnego ,,psikadła" na co dzień, a zależy im na podkreślaniu swojej indywidualności; preferują raczej eleganckie stylizacje, zawsze dbają o to, by mieć dopracowany makijaż. Otwarcie przypomina mi mieszankę likieru migdałowego i ziołowego, po jakimś czasie ta głębia esencji, balsamiczność zanika, choć nie całkowicie, natomiast do głosu dochodzą nuty, które dają wrażenie suchości i przywodzą na myśl rozgrzane pustynne powietrze. Zachwyciło mnie to, że fasolka tonka nie przybiera tu mrocznego, dymnego oblicza, a wraz z migdałem i heliotropem istnieją tylko po to, by wyeksponować i ozdobić zjawiskową wanilię. Od początku do samego końca wyczuwalny jest akord ziołowy, w tym przypadku jest to laurowiec indyjski, który sprawia, że mamy do czynienia z zapachem wyjątkowo aromatycznym.
Lalique, Satine edp - suchy i zawiesisty jednocześnie - takie kompozycje tworzy tylko Lalique;). Owszem, zapach wpisuje się w trend na pudrowe i waniliowe zapachy, ale jest w nim coś, co umiejscawia go przynajmniej o jeden poziom wyżej od spokrewnionych z nim kompozycji - ta budyniowa słodycz przełamana jest wytrawnością przypraw i wzbogacona dymnym wydźwiękiem fasolki tonki.  W tym momencie jestem nim zaintrygowana, choć nie wykluczam, że dosadność słodyczy, silny powiew dymu, a także moc zapachu mogą mnie kiedyś przytłoczyć. Tymczasem będę się nim cieszyć mroźną zimą, wyłącznie na otwartych przestrzeniach;).
Lalique, Living Lalique edp - porównywany do J'ose marki Eisenberg i trudno się z tym nie zgodzić, choć Living utrzymany jest w subtelniejszym, kobiecym wydaniu. O ile J'ose potrafi zmęczyć przeładowaniem przypraw i lawendy, o tyle Living jest tym sympatyczniejszym bliźniakiem:), w którym kolońskie zabarwienie dość szybko płowieje. Jest świeży, korzenny, przyprawowy, czasami wywołuje skojarzenia z tytoniem. Moim zdaniem najlepiej pachnie w wietrzne dni.

Podsumowując drugą część, najbardziej zaintrygował mnie zapach Lalique Le Parfum i istnieje szansa, że pojawi się kiedyś w mojej kolekcji.


Witajcie! :)

Do amerykańskiej marki Makeup Geek miałam kiedyś obojętne nastawienie. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy poznałam świetnej jakości pigmenty, o których pisałam już na blogu.

Tym razem chciałabym pokazać Wam kilka cieni do powiek, które moim zdaniem są porównywalne chociażby z jakością  cieni z Lorac.  Na stronie drogerii internetowej oferującej kosmetyki Makeup Geek można przeczytać, że zarówno cienie duochromowe, jak i foliowe to:
nowatorska formuła, która oferuje kremową konsystencję, będącą hybrydą pomiędzy cieniem w proszku i cieniem w kremie. Intensywna pigmentacja w połączeniu z nieprzezroczystym, metalicznym wykończeniem sprawia, że cienie znakomicie się rozprowadzają i blendują. Mogą być stosowane bez użycia bazy.



Opis poszczególnych cieni:

In the spotlight - wykończenie foliowe; srebrzysty róż na morelowej bazie. To jeden z moich ulubionych cieni ze względu na nietypowy kolor oraz efekt mokrej i mocno błyszczącej powieki. Rewelacyjnie prezentuje się w każdym oświetleniu. Jego konsystencja jest bardzo miękka, niewiele brakuje do stwierdzenia, że jest to kremowa formuła;). Świetnie się go rozprowadza i rozciera, mimo że mocno dokleja się do powieki.  Na korektorze utrzymuje się u mnie w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego wbrew temu, o czym zapewnia producent konieczna będzie baza. In the spotlight sprawdzi się jako rozświetlacz, a także akcent na usta, które następnie można pokryć bezbarwnym błyszczykiem. 
Na pewno do niego wrócę ♥.

Ritzy - wykończenie duochromatyczne; oliwkowy opalizujący na ciepły brąz. Przepiękny i niespotykany kolor. Na powiece mieni się na dwa wspomniane wcześniej odcienie, natomiast roztarty tuż nad załamaniem powieki wyeksponuje wyłącznie brąz. Jego formuła nie jest już taka miękka, przypomina mi konsystencję cieni Amc Shine z Inglota. Na korektorze utrzymuje się w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego również nie obejdzie się bez bazy. Jego użytkowanie jest absolutnie bezproblemowe. Zauważyłam, że decyduję się na niego zawsze wtedy, gdy wybieram elegancką stylizację:).
Powrót do tego koloru jest nieunikniony ♥ :).

Houdini - wykończenie foliowe; granatowy z niebieskimi drobinkami na szarej bazie. Niestety nie umiem rozpracować tego cienia. Mimo starannego rozblendowania, po jakimś czasie przemieszcza się nad załamaniem powieki, przez co makijaż wygląda nieestetycznie. W trakcie aplikacji trzeba dokładać go kilka razy, ponieważ po pierwsze nieco trudniej się rozciera, po drugie podstawowy kolor zanika i trzeba zatuszować uwydatniającą się szarość i brokatowe drobinki. Trudno uzyskać nim efekt tafli. Wydaje mi się, że najlepiej sprawdzi się jako eyeliner bądź akcent np. na środku powieki.




Prezentacja cieni In the spotlight i Ritzy na bazie z korektora:






Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 1,8 g
  • cena w polskich drogeriach internetowych - duochromatyczne ok. 36 zł, foliowe ok. 53 zł
  • cienie Makeup Geek nie zawierają parabenów i talku
  • nie są testowane na zwierzętach

Moje drugie spotkanie z kosmetykami Makeup Geek zaliczam do udanych, dlatego jeszcze kilka razy wspomnę o nich na łamach bloga:). Jeśli miałyście styczność z ofertą tej marki, z chęcią poczytam w komentarzach, na co jeszcze warto zwrócić uwagę:). 
Witajcie! :)

Początek wiosny inspiruje do poszukiwań perfum, które wniosą jakiś energetyczny powiew do naszych kolekcji. Mimo że bez żadnego problemu jesteśmy w stanie wytypować flakony, które będą nam towarzyszyć w ciągu najbliższych miesięcy, to jednak nie chcemy zamykać się na znane już naszym nosom doznania zapachowe i siłą rzeczy poszukujemy pachnideł o zupełnie odmiennym obliczu.

Jeśli o mnie chodzi, rutyny nie mogłabym przeboleć;), dlatego tym razem otworzyłam się na ciekawe jaśminowe i lawendowe kompozycje, o których napiszę niebawem, a tymczasem utwierdziłam się w przekonaniu, że moja nadzwyczajna sympatia do słonych perfum nie jest chwilowa, w dodatku rozciąga się na coraz odważniejsze, bardziej surowe interpretacje soli. Jako że właśnie teraz takie kompozycje mają wprost idealne warunki do ukazania swojego piękna, postanowiłam rozpocząć cykl, w którym te białe aromatyczne kryształki w jakże różnorodny sposób ukazane w sztuce perfumeryjnej będą miały swoje pięć minut na łamach bloga;).

Mimo że Reveal jest bezpiecznym, nieinwazyjnym aromatem, kojarzącym się jednoznacznie z morzem, z nostalgią sierpniowych wieczorów, to jednak materiały prasowe i reklama - jak zwykle zresztą - wikłają zapach w erotyczne konotacje:
Rozpoczyna zmysłową grę, uosabiając pełną erotyzmu relację pomiędzy dwojgiem ludzi. Uzależnia, kusi, wzbudza pożądanie. Choć jest w zasięgu wzroku, to jednak nie da się jej uchwycić. Pozostaje spojrzenie, od którego wszystko się zaczyna… Reveal odkrywa nową kategorię w zapachowych przestworzach. Należy do rodziny solarno-orientalnej, która poprzez dualizm przejawiający się w każdym aspekcie kompozycji: jej niespotykaną świeżość oraz przyjemne, otulające zmysły ciepło wyzwala intensywne emocje.


Otwarcie zaskakuje świdrującą kombinacją soli i kilku odmian pieprzu na pudrowej poduszce, choć każda kolejna upływająca sekunda jest coraz bardziej łaskawa dla białego pieprzu, który w niedługim czasie zyskuje znaczącą przewagę. Kiedy już wybrzmiewa na skórze najbardziej żywiołowo, nadając kompozycji  korzenny sznyt, równolegle pojawia się szara ambra, drewno sandałowe i drewno kaszmirowe, co sprawia, że zapach staje się szlachetny i wielowymiarowy. Na tym etapie łatwo o instynktowne skojarzenia z konkretną fakturą, bowiem gdyby móc dotknąć Reveal, byłby zdecydowanie puszysty, choć nasze palce natrafiłyby również na jakąś chropowatą wszywkę:).

Przepięknie w tej słoności dryfują kropelki mlecznej słodyczy wraz z nutami animalnymi, choć akurat te drugie nie są podane w tak oszałamiający sposób jak choćby w pierwszej edycji Dune Diora;).  Co ważniejsze, jest w tym zapachu ogniwo, które przeważyłoby szalę na rzecz przyznania mu nagrody za wyjątkowość, o ile oczywiście miałabym w tej kwestii jakąkolwiek decyzyjność;). Swój wybór umotywowałabym tym, iż poza wszystkimi wspaniałościami (łącznie ze zjawiskową ambrą) wyczuwam w Reveal pulsujące orzechowo-maślane refleksy - to one zrobiły na mnie największe wrażenie i jedyne, co mogę teraz zrobić, to posłać wirtualne wyróżnienie;) dla dwóch perfumiarzy, którzy ofiarowali nam to genialne dzieło.

Dlaczego Reveal jest mi tak bliski? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w tym, iż przywołuje znane od lat aromaty: imituje zapach skóry rozgrzanej na słońcu tuż po wyjściu z morza, emanuje bryzą morską, a za sprawą połączenia drewna sandałowego i piżma gdzieś w tle tętnią mleczne akcenty, które nawiasem mówiąc, towarzyszą każdemu człowiekowi już od pierwszych chwil życia, więc trudno raczej o negatywne skojarzenia.

Reveal nie rozwija się spektakularnie, jest statyczny, choć w tym przypadku uznaję to za zaletę. Ma dobrą trwałość, aczkolwiek wzmocniłabym jego projekcję, żeby mógł się też wykazać zimą.





Perfumowa piramida: 
Nuty głowy: sól, różowy pieprz, biały pieprz, czarny pieprz 
Nuty serca: irys, szara ambra 
Nuty bazy: drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wetyweria, piżmo
Reveal i inne dostępne na rynku propozycje utrzymane w tej konwencji są dość śmiałym posunięciem w dobie mody na rozhulaną słodycz;), ale zapewniam, że warto eksperymentować z  nieoczywistymi perfumami:). 


Witajcie! :)

Nawet jeśli znajdziemy kosmetyk, który idealnie wpisze się w zakres naszych oczekiwań, to i tak prędzej czy później nieuchronnie pojawi się pokusa, by wypróbować inny produkt z tej kategorii:). Czasem uda się odkryć perełkę, choć z doświadczenia też wiem, że nierzadko takie eksperymenty kończą się rozczarowaniem.

Tym razem znowu podjęłam ryzyko i swój ulubiony krem pod oczy odstawiłam na jakiś czas, żeby z czystej ciekawości sprawdzić terapię przeciwzmarszczkową z serii Eternal Gold z Organique, za którą stoi w zasadzie mnóstwo pochlebnych recenzji w Internecie - inaczej mówiąc, po prostu nie wypadało nie poznać tego kremu;), zwłaszcza że moje dotychczasowe doświadczenia z kosmetykami tej marki były udane.

Producent informuje o tym, że jest to: 
lekki krem do intensywnej pielęgnacji dojrzałej, przesuszonej i wrażliwej skóry wokół oczu z ekskluzywnej terapii przeciwzmarszczkowej. Zawiera formułę bogatą w naturalne składniki i ekstrakty roślinne. Krem poprawia napięcie i wygładza skórę. Nawilża i natłuszcza, zapewniając efekt szybkiego liftingu. Złote drobinki subtelnie rozświetlają skórę, optycznie tuszując niedoskonałości.

Składniki aktywne:
  • olej z lawendy - napina skórę,  wygładza zmarszczki mimiczne
  • wyciąg z szałwii muszkatołowej - zatrzymuje wodę w naskórku, zwiększa poziom nawilżenia
  • złoto - regeneruje, stymuluje syntezę kolagenu
  • olej sojowy - chroni przed utratą wody, wygładza
  • pantenol - łagodzi, niweluje zaczerwienienia
  • alantoina - przyspiesza regenerację, zmiękcza
  • gliceryna roślinna - zapewnia długotrwałe nawilżenie



Czego oczekiwałam w trakcie stosowania kosmetyku i jakich efektów spodziewałam się po jego zużyciu? Mając na względzie zapewnienia o świetnym nawilżeniu i świadomość o obecności w składzie substancji wygładzających, sądziłam, że utrzymam skórę pod oczami w dobrej kondycji, a dodatkowo pozbędę się drobniejszych linii pod oczami. Jak widać, nie oczekiwałam spektakularnych zmian, a i tak nie zostały one urzeczywistnione.

Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie będę używać tego kremu wówczas, gdy będę wykonywać makijaż, ponieważ wchłania się do matu, nie pozostawiając żadnej warstwy okluzyjnej, a więc wniosek był oczywisty - nałożony pod oczy korektor będzie uwydatniał głębsze zmarszczki i wydobędzie te, które są zupełnie niewidoczne w przypadku, gdy nałożony jest treściwy krem o półtłustej bądź tłustej formule.

Co istotne, kosmetyk wykazuje również silne działanie napinające, które odczuwam jako dyskomfort, ponieważ mam wrażenie paraliżu tego obszaru skóry, a najdrobniejsza reakcja mimiczna powoduje, że moim oczom, o zgrozo, ukazuje się siatka zmarszczek jak gdybym miała o kilkanaście lat więcej niż w rzeczywistości:/.

W związku z powyższym zastanawiam się nad zasadnością umieszczenia złotych drobinek w tej formule. Jaki jest sens doprowadzenia do fatalnego wyglądu skóry, bowiem wygląda na bardzo przesuszoną, i tuszowania tych niedoskonałości przez opalizację?

Włączyłam go zatem do pielęgnacji nocnej i oczywiście dziennej, jeśli zdecydowałam się na dzień bez makijażu. Jeśli chodzi o zapach, określiłabym go jako delikatny z kategorii kwiatowo-orientalnej, choć w kosmetykach do twarzy preferuję bezzapachowe formuły bądź naturalne ziołowe aromaty.
Przy kolejnej próbie postawienia na pielęgnację twarzy z tej firmy, najpierw wezmę próbkę, żeby uniknąć rozczarowania jak w tym przypadku. Nie jestem w stanie wskazać ani jednego pozytywnego aspektu z użytkowania tego kosmetyku - dowiedziałam się jedynie, żeby na przyszłość unikać kremów o działaniu liftingującym.

Dodatkowe informacje: 
  • pojemność - 15 ml
  • PAO - 6 miesięcy
  • wydajność przy częstotliwości stosowania według zaleceń producenta (2 razy dziennie) - od około 6 do 8 tygodni
  • opakowanie zawiera plastikowe wieczko i szpatułkę
  • cena - 65 zł


Witajcie!:)

Moje dotychczasowe doświadczenia związane z użytkowaniem cieni w kremie nie należały do udanych. Na przestrzeni ostatnich lat miałam kilka egzemplarzy z różnych marek i po którymś z kolei podejściu uznałam, że ta formuła nie należy do najtrwalszych. Nikt nie zaakceptuje rolującego się kosmetyku po zaledwie kilkudziesięciu minutach, a skoro po samych rozczarowaniach utrwaliłam sobie negatywną opinię na temat kremowych produktów do oczu, to siłą rzeczy zrezygnowałam z dalszych poszukiwań.

Zmiana mojego nastawienia nastąpiła kilka miesięcy temu, czyli wtedy, kiedy na łamach ,,moich" godnych zaufania blogów trafiłam na recenzje opisujące w samych superlatywach  Creme Shadows włoskiej firmy Nabla. Wtedy też zaczęłam przeglądać kolory i najbardziej spodobał mi się #husky o metalicznym wykończeniu, który opisywany jest jako: 

szarość, srebro z opalizującymi drobinkami w różnych barwach, które sprawiają, że kolor wygląda inaczej w zależności od światła czy pory dnia.
W przypadku tych cieni niemożliwe jest wręcz uchwycenie ich wielowymiarowości, a to jest właśnie cecha, którą wyróżniają się na tle innych. Nie widziałam ani jednego zdjęcia, które oddałoby ten kolor w identycznej odsłonie, w jakiej widzę go na swoich powiekach. A jest on oczywiście taki, jak podają opisy, z tymże ma wyrazistą poświatę w morskim odcieniu, poza tym po nałożeniu na powieki możemy cieszyć się równomiernie rozprowadzonymi drobinkami mieniącymi się na złoto, różowo oraz bordowo. Najlepiej wyglądają w słońcu, dlatego jestem pewna, że na okres wiosenno-letni zdecyduję się na kilka upatrzonych już egzemplarzy.

Dlaczego od pierwszego dnia wiedziałam, że moja przygoda z cieniami w słoiczku z Nabli nie skończy się na tym jednym? Poza nietuzinkowym efektem na powiece, zaskoczyła mnie jego wybitna trwałość, nie zebrał się nawet w minimalnym stopniu w załamaniach powieki, a kolor nie stracił na intensywności.





Sposób nakładania: 
Cień zastyga w ciągu ok. 6-7 sekund, dlatego potrzeba kilku aplikacji, by wypracować własną najskuteczniejszą ,,instrukcję obsługi" tego kosmetyku. Jeśli chcecie uzyskać efekt tafli, radziłabym od razu nabrać na palec odpowiednią ilość cienia i bez zbędnej zwłoki zaaplikować na powiekę, a następnie syntetycznym pędzlem dopracować go tuż nad załamaniem powieki, o ile oczywiście wyjedziecie na ten obszar i zauważycie jakieś niedociągnięcia. Umiejętność nabrania odpowiedniej ilości kosmetyku jest o tyle ważna, że dołożenie produktu na zaschniętą już formułę spowoduje nieestetyczny efekt skorupy, dodatkowo w niektórych miejscach cień zacznie się odklejać.

Dodatkowe informacje:
  • cena: 49.90 zł
  • pojemność: 5 g
  • termin przydatności:  6 miesięcy
  • producent zapewnia o wodoodporności cieni



Ujmując rzecz w maksymalnym skrócie - mamy do czynienia z doskonałą jakością:). Polecam z pełną odpowiedzialnością;). 
Witajcie! :)

Długo omijałam perfumy T. Muglera, a kiedy w końcu nadszedł już ten odpowiedni czas, to zdałam sobie sprawę, że - tak jak przypuszczałam - wiele z nich nie jest z gatunku tych ,,do oswojenia". Zadziwiające jest też to, że już wstępne wrażenia klarujące się na ich temat były właściwie zero-jedynkowe: była to albo natychmiastowa antypatia bez jakichkolwiek szans na zmianę zdania w ciągu najprawdopodobniej najbliższej dekady albo wyjątkowe olśnienie:).
W ferworze początkowych testów umknęła mojej uwadze klasyczna wersja Innocent, ale za jakiś czas ją dostrzegałam i pomyślałam, że po tylu rozczarowaniach (choć bardziej pasuje tu określenie ,,całkowite niedopasowanie do moich preferencji"), to chyba jedna z ostatnich szans na znalezienie w ofercie tej marki zapachu, który poruszyłby struny mojej wrażliwości:). Na szczęście czasami zdarza się, że rzutem na taśmę wygrywamy wszystko;). I tak też się stało w przypadku tego zapachu. W niebywały sposób przeniósł mnie do innej rzeczywistości i od razu wywołał ekscytację. To jedne z niewielu perfum, o których wiedziałam, że będą moje już po pierwszym zaaplikowaniu na skórę.


Zatem jak pachnie Innocent? Otóż właśnie tak jak podpowiada nazwa, czyli niewinnie, choć nadal brzmi to tajemniczo, bo nie wiadomo czy interpretacją tego określenia mają być kwiaty z zielonością czy kwiaty z owocami, a może jednak jakieś inne, bardziej niespotykane zestawienie? Oczywiście trzecia opcja jest tu jedynym możliwym wariantem:).

Postrzegam te perfumy w takim ogólnym rozumieniu jako zapach czysty i krystaliczny, ale bez żadnych mydlanych konotacji. Co zaskakujące, nawet pojawiająca się momentami wyrazista słodycz w moim przekonaniu nie zaburza tego charakteru. Pytanie, które się nasuwa jest następujące: czy te dwa kontrastujące ze sobą żywioły przeszywającego chłodu i otulającej słodyczy mają swoje odwzorowanie w przyrodzie/rzeczywistości? Ja taki aromat odnalazłam m.in. w sopockiej scenerii:).

Pierwsza myśl po zapoznaniu się z tymi perfumami ukazała mi konkretny obraz - tak pachnie mroźne nadmorskie powietrze wzbogacone błogim zapachem, który dociera do nas z pobliskiej pijalni czekolady oferującej również wyśmienite praliny oraz trufle. I tylko wiatr decyduje jak dużo tej słodyczy nam przywieje. Czekoladowych słodkości jest czasem więcej, czasem mniej, ale trzeba przyznać, że stanowią w tych o jakże zimnej naturze perfumach urokliwy detal.

W genialny sposób stworzono nieskomplikowaną, bezpretensjonalną, a jednocześnie wyjątkową kompozycję. Innocent nie dominuje, nie szokuje, nie rozprasza - jest dyskretnym ,,umilaczem" chwil, choć jest też na swój sposób dziwakiem, ale to mnie w nim najbardziej ujęło:).

Perfumy T. Muglera znane są ze swojej zmienności w zależności od pory roku, dlatego też z niecierpliwością czekam na to, co ukaże Innocent późną wiosną i latem:).




Skład:
nuty głowy: mandarynka, bergamotka
nuty serca: czarna porzeczka, słodkie migdały, czerwone jagody
nuty bazy: pralina, ambra, białe piżmo

  • Parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - ok. 5 godzin, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego.




Zatęskniłam za sprawą tego zapachu do takich letnich widoków i jak już wspomniałam, jestem ciekawa jak będzie pachniał m.in. w upalne dni. Jeśli już to wiecie, to z chęcią przeczytam o Waszych wrażeniach:).