Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Tym razem chciałabym Wam zaprezentować dwa kosmetyki pielęgnacyjne, których używałam w ciągu ostatnich miesięcy. Ich wspólnym mianownikiem jest polski producent oraz fakt, że mają naturalne składy.


Zacznę od olejku ze słodkich migdałów. Kupiłam go głównie w celu pielęgnacji ciała (od kilku lat ta formuła bardziej mi odpowiada niż balsamy i masła). Zależało mi na tym, by kosmetyk uelastycznił i ujędrnił skórę. Zamierzałam również sprawdzić, jak radzi sobie z olejowaniem włosów i czy nadawałby się do demakijażu.

Co warto wiedzieć o olejku ze słodkich migdałów?
Jest bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe, białka, minerały i witaminy z grupy B, a także A, D, E. Stosowany na skórę wykazuje działanie zmiękczające, regenerujące, odżywcze i ochronne. Świetnie się sprawdza w kuracjach wyszczuplających, zapobiega powstawaniu rozstępów oraz zmniejsza widoczność już istniejących. Łagodzi stany zapalne i podrażnienia, dobrze się wchłania, nie zatyka porów skóry.


Olejek jest bezzapachowy. Dobrze się wchłania, aczkolwiek umożliwi on swobodne wykonanie masażu - opór pod palcami wyczujemy po dłuższej chwili. Nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Po prawie dwóch miesiącach stosowania tego kosmetyku jestem zadowolona z kondycji mojej skóry, ponieważ widzę, że jest gładsza i jędrniejsza.

Jeśli chodzi demakijaż, olejek nie spełnił moich oczekiwań. Nie rozpuszcza makijażu ekspresowo, poza tym nie oczyszcza dokładnie nawet przy drugiej aplikacji - nadal podtrzymuję opinię, że Clochee stworzyło do tego celu idealną mieszaninę olejów;).

Przetestowałam go również kilka razy na włosach i spisał się wzorowo (olej ze słodkich migdałów przeznaczony jest do włosów przesuszonych i matowych). Bez problemu można go spłukać już przy pierwszym myciu. Warto podkreślić, że jest zimnotłoczony i nierafinowany, a tyko takie oleje mają najwięcej substancji odżywczych. O szczegółach dotyczących efektów kuracji mogłabym powiedzieć, gdybym zużyła całą butelkę tylko na włosy, jednakże na podstawie tego, co zaobserwowałam, sądzę, że warto dać mu szansę:).

Czy do niego wrócę? Uważam, że jest to świetny kosmetyk, dlatego przypuszczam, że ponownie się na niego zdecyduję, gdy będę oczekiwała czegoś, co szybko i skutecznie ujędrnieni skórę, choć następnym razem moje włosy częściej z niego skorzystają;).  W tym momencie mam jednak ochotę na formułę posiadającą zapach:).


Kilka miesięcy temu pokazałam na Instagramie zestaw trzech kosmetyków Fitomedu (wodę różaną, tonik nawilżający ziołowy ,,lukrecja gładka"oraz krem nawilżający tradycyjny), w które zaopatrzyłam się, sądząc, że każdy z nich będzie działał na mojej cerze bez zarzutu, jednak okazało się, że tylko krem sprostał wysoko ustawionej poprzeczce;).

Krem nawilżający tradycyjny jest nową odsłoną wersji, którą do tej pory wszyscy zaznajomieni z ofertą marki znali pod nazwą krem nawilżający tradycyjny z wodą z kwiatu pomarańczy. Poprzednia formuła w maksymalnym skrócie ujmując była wyjątkowo lekka, świetnie się wchłaniała i sprawiała, że cera prezentowała się zdrowo i promiennie; posiadała również właściwości matujące. Tym razem wspomniana przeze mnie woda z kwiatu pomarańczy nie widnieje już na etykiecie, choć nadal występuje w składzie, aczkolwiek na jednej z dalszych pozycji.

Składniki aktywne:
  • naturalny czynnik nawilżający NMF (mleczan wapnia, magnez PCA, hialuronian sodu) + wosk ze skórki pomarańczy - zapewniają długotrwałe nawilżenie;
  • olej rokitnikowy - zawiera witaminy A, C, E, składniki mineralne, związki fenolowe, flawonoidy, garbniki, kwasy organiczne, fitosterole i aminokwasy. Wygładza skórę, wyrównuje koloryt, działa przeciwzmarszczkowo, regeneruje, łagodzi podrażnienia i uszkodzenia skóry;
  • olejek geranium - posiada właściwości antyseptyczne, ściągające, przeciwtrądzikowe,  wzmacnia tkankę łączną, sprzyja gojeniu się ran, łagodzi stany zapalne;
  • aromatyczna woda z kwiatu pomarańczy - orzeźwia i odświeża skórę, oczyszcza, działa przeciwzapalnie, tonizuje, regeneruje, koi, działa antybakteryjnie, nawilża, rozjaśnia przebarwienia, działa przeciwzmarszczkowo.
Szczerze mówiąc, ta wersja bardziej mi odpowiada, choć w sieci wielokrotnie traficie na opinie będące głosem rozczarowania. Obecna formuła jest bardziej treściwa, a jako że moja cera od dłuższego czasu wymaga solidniejszej dawki nawilżenia, cieszy mnie fakt, że krem wpasował się w moje aktualne potrzeby.  

Dobrze współgra ze wszystkimi podkładami, których używam na co dzień (nawet z tymi, w których nie żałowano silikonów;)). Świetnie leży pod matującymi, przesuszającymi podkładami, a co za tym idzie utrzymuje dobry poziom nawilżenia przez cały dzień, z czym poprzednia wersja miałaby problem.

Producent informuje, że zadaniem kosmetyku jest zapewnić skórze nawilżenie i utrzymać je w miarę długo, a więc patrząc tylko pod tym kątem, nie mam do tego produktu żadnych zastrzeżeń.   W swojej kategorii jest bardzo dobrym produktem (nie oczekuję wygładzenia i ujędrnienia jak choćby po peptydach;)). Nie zapycha skóry, poprawia stan cery, ma łagodny przyjemny kwiatowo-ziołowy zapach.

Porównanie składu nowej wersji z poprzednią:
Nowa wersja: Aqua, Isopropyl Palmitate, Ethylhexyl Palmitate, Glycerin, Citrus Aurantium Dulcis Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Cetearyl Alcohol, Cetearyl Glucoside, Panax Ginseng Root Extract, Panthenol, Macadamia Ternifolia Seed Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Lecithin, Glucose, Sorbitol, Magnesium PCA, Pelargonium Roseum Leaf Oil, Aniba Roseadora Wood Oil, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Tocopheryl Acetate, Trilaureth-4 Phosphate, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil.

Wersja przed zmianą formuły: Aqua, Citrus Aurantium dulcis flower water, Panax ginseng root extract, Macadamia ternifolia  seed oil, Ethylhexyl stearate, Caprylic /capric triglyceride, Isopropyl palmitate, Glycerin, D-panthenol, Citrus Aurantium dulcis peel cera, Cetearyl alcohol, Cetearyl glucoside, Propylene glykol, Tocopheryl acetate, Hippophae rhamnoides fruit oil, Lecithin, Glucose, Sodium hyaluronate, Magnesium PCA, Calcium lactate, Trilaureth-4 Phosphate, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, Phenethyl alcohol, Caprylyl glycol, Pelargonium Roseum Leaf Oil, Parfum.


Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena olejku w poj. 100 ml -  43 zł; dostępność - sieć sklepów Mydlarnia u Franciszka, PAO - na ogół jest to okres 24 miesięcy, natomiast na opakowaniu i butelce brak informacji na ten temat
  • cena kremu w poj. 50 g - do 14 zł; dostępność - m.in. apteki, sklepy zielarskie, PAO - 3 miesiące
Po tym pozytywnym doświadczeniu mam ochotę sprawdzić na swojej skórze więcej kosmetyków z asortymentu zarówno marki Fitomed, jak i L'Orient.
Witajcie!:)

Kiedy 2 lata temu po raz pierwszy zmieniłam kolor włosów, nie przypuszczałam, że tak bardzo pogorszy się ich stan. Na początku nie było to aż tak widoczne, ponieważ wybrałam opcję koloryzacji wybranych pasemek. W momencie, gdy zdecydowałam się na farbowanie całościowe, wyraźnie było widać, że stały się matowe, puszące, podłamane od samej nasady, a końcówki przesuszały się tak szybko, że wymagały częstego podcinania o przynajmniej 4-5 cm (dla kogoś, kto dobrze czuje się wyłącznie w długich włosach i hoduje je od zawsze, ubytek tego rzędu jest katastrofą;)).

Szampony i odżywki drogeryjne nie spisywały się należycie, dlatego też na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy korzystałam wyłącznie z oferty aptecznej i profesjonalnej. Wspomagałam się również zabiegami olejowania (olej kokosowy, lniany, jojoba, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) i kremowania włosów (używałam do tego celu masła do ciała Golden Oils Bielendy z olejkami makadamia, marula, kukui). 

Jako że każdy produkt, który daje cień nadziei na doprowadzenie czupryny do porządku jest na wagę złota;), bez wahania zgodziłam się przetestować kosmetyki pielęgnacyjne marki Paul Mitchell i z przyjemnością podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na ich temat. Zapowiem tylko, że dwa z nich zyskały miano odkrycia roku, trzeci natomiast niestety nie spisał się najlepiej na moich włosach, mimo że próbowałam znaleźć na niego sposób.


Awapuhi Wild Ginger Mirrorsmooth Shampoo według zapewnień producenta:

Szampon nawilżająco-wygładzający przeciw puszeniu i elektryzowaniu włosów. Delikatny, gęsty bez sulfatów, przywracający włosom odpowiedni poziom nawilżenia i niesamowitą gładkość. Ekskluzywny kompleks KeraReflect® w połączeniu z naturalnym olejkiem abisyńskim przywraca nawilżenie, gładkość włosów i dodaje połysku. 
Pierwsza właściwość, na którą zwróciłam uwagę był oczywiście przyjemny zapach - korzenny i jednocześnie świeży na pograniczu cytrusowo-mydlanych niuansów

Już w trakcie mycia można zauważyć, że włosy nie tylko są poddawane procesowi oczyszczania, ale zapewniona jest im również solidna pielęgnacja. Od czasu do czasu używałam go bez odżywki, żeby dokładnie sprawdzić jego działanie. Tuż po rozczesaniu i wysuszeniu włosów zimnym nawiewem, uzyskałam efekt, jakiego dawno nie uświadczyłam - włosy były przede wszystkim idealnie proste, błyszczące i miękkie w dotyku. Gdybym miała akurat w planach wyjście, nie musiałabym sięgać po prostownicę. Marzyłam o takim wygładzeniu bez konieczności stosowania skomplikowanych zabiegów;).

Ważny jest też fakt, że nie podrażnia, nie powoduje swędzenia skóry głowy, z czym zwykle miałam do czynienia w przypadku drogeryjnych szamponów. Bardzo dobrze radzi sobie ze zmywaniem olejów po całonocnej kuracji. Nie mam też żadnych problemów ze splątanymi włosami - rozczesują się idealnie. To bez wątpienia najlepszy szampon, na jaki kiedykolwiek trafiłam i jak najbardziej zasługuje na miano odkrycia roku:).

Awapuhi Wild Ginger Mirrorsmooth Conditioner według zapewnień producenta:

Odżywka nawilżająco-wygładzająca przeciw puszeniu i elektryzowaniu włosów. Nawilża, rozplątuje i dodaje włosom niesamowitego blasku. Ekskluzywny kompleks KeraReflect™ w połączeniu z naturalnym olejkiem abisyńskim wygładza każde pasmo, powodując, że włosy są łatwe w rozczesywaniu. Zapewnia ultralekkie wykończenie. Pomaga zapobiegać elektryzowaniu i puszeniu, równocześnie dbając o ochronę termiczną włosów.
Najczęściej jednak stosowałam szampon wraz z odżywką i uważam, że stanowią bardzo zgrany duet ze względu na to, że włosy są wówczas jeszcze bardziej dociążone, ale nie przeciążone oraz to, że odczuwalny jest również lepszy poziom nawilżenia. Zapach odżywki jest podobny do zapachu szamponu, choć bardziej subtelny.

Kosmetyk bardzo dobrze rozprowadza się na włosach i wnika w ich strukturę. Czuć, że od razu stają się niesamowicie gładkie i takie też pozostają po umyciu oraz wysuszeniu.

Trzeba tylko pilnować, by dobrze spłukać włosy. Na początku dozowałam taką samą ilość wody jak zwykle, ale okazało się, że po wysuszeniu, wyczuwałam na ich powierzchni lepką warstwę odżywki, co było dla mnie sygnałem, że następnym razem trzeba poświęcić trochę więcej czasu na tę czynność.

Po zastosowaniu odżywki włosy ani razu nie były splątane, w ogóle się nie elektryzowały, więc mogę potwierdzić kolejne obietnice producenta. Są wygładzone i zdyscyplinowane, nie ma konieczności zastosowania jakiegoś nabłyszczającego olejku czy serum.

Duet tych kosmetyków wystarczy na ok. 7 tygodni przy codziennym myciu przeplatanym od czasu do czasu dwudniową przerwą (przy włosach krótszych czas ten, rzecz jasna, się wydłuża).

Spray do ochrony termicznej Express Style Hot off the press według zapewnień producenta:

Szybkoschnący, odporny na wilgoć spray. Idealnie nadaje się do definiowania bujnych loków jak i prostowania włosów. Zawarty w nim ekstrakt z łusek ryżu chroni pasma włosów przed szkodliwym działaniem narzędzi termicznych, a proteiny z pszenicy wzmacniają zniszczone włosy. Spryskaj suche włosy przed użyciem gorącej prostownicy. Stylizuj według uznania. Do wykończenia fryzury możesz ponownie spryskać włosy sprayem.
Jego zapach odbieram go jako melonowy. Używam tego kosmetyku wyłącznie w roli lakieru tylko wtedy, gdy akurat muszę wyjść w deszczowy dzień. Chcę wówczas zabezpieczyć włosy przed nadmierną wilgocią, żeby uniknąć efektu puszenia się (na pewno ujrzałabym go po kilku godzinach bez tej ochrony). Dzięki niemu, tak jak dzięki innym tradycyjnym lakierom, moja fryzura jest utrzymana w ryzach, choć tłumaczę sobie, że w jego składzie znajdują się proteiny pszenicy, które w praktyce powinny wzmocnić włosy;). Sięgam po spray również wtedy, gdy zaczesuję włosy do tyłu i chcę ujarzmić odstające ,,baby hair";). 

Jeśli chodzi o główne przeznaczenie produktu, uczciwie muszę przyznać, że nie jestem zadowolona z jego działania. Wróciłam kilka razy do mojego zwykłego szamponu i pozwoliłam wyschnąć włosom bez żadnego wspomagania, aby sprawdzić jak poradzi sobie z odstającymi włosami od nasady i niesfornymi pasmami. Niestety, ani razu nie udało mi się wyprostować skęconych pasem. Zbyt duża ilość naniesionego kosmetyku sprawi, że włosy będą sklejone, twarde, mocno utrwalone, a co za tym idzie totalnie odporne  na działanie prostownicy. Kiedy użyłam go na mokre włosy, nie dało się ich całkowicie wysuszyć, były przy tym bardzo obciążone i wyglądały na nieświeże. 

Podsumowując, jestem pewna, że wrócę do szamponu i odżywki nie jeden raz i serdecznie polecam te rewelacyjne kosmetyki. Właściwie to powinnam już dokonać zamówienia, ponieważ w tej chwili za bardzo nie widzę dla nich alternatywy. Wysoka cena w tym przypadku ma rzeczywiste przełożenie na jakość. Jeśli chodzi o spray termoochronny, nie wpisał się w moje oczekiwania.



Wygląd moich włosów po 1,5 miesięcznej kuracji:



Dodatkowe informacje o produktach:
  • PAO - szampon i odżywka - 18 miesięcy, spray - kilka lat (mój kosmetyk muszę zużyć do końca 2019 roku)
  • cena - szampon w poj. 250 ml - 89 zł; odżywka w poj. 200 ml - 95 zł; spray - 85 zł
Witajcie! :)

Dziś chciałabym Wam zaprezentować unikalne pachnące rękodzieło polskiej marki Madlennn Handmade. Istnieje bowiem wysokie prawdopodobieństwo, że miłośniczki perfum i fanki aromaterapii docenią walory wizualne, zastosowanie i dobroczynne właściwości tej ceramicznej kuli zapachowej z linii Madlennn Home, szczególnie teraz, gdy jesień już u drzwi:).


Połączone z wodą olejki eteryczne podgrzewałam do tej pory w kominku, natomiast jakiś czas temu przeczytałam, że płomień świeczki (tej w aluminiowej osłonce umieszczonej w jego wnętrzu) może zniszczyć bądź całkowicie zmienić właściwości aromaterapeutyczne kompozycji - powodem jest zbyt wysoka temperatura. Dowiedziałam się również, że nie wszystkie urządzenia transmitujące zapach, które znajdują się na rynku są bezpieczne dla zdrowia; często też ich projekt nie wpisuje się w poczucie estetyki miłośników najbardziej wyszukanej formy artystycznej tego rodzaju przedmiotów. Kreatorka marki uwzględniła te oczekiwania i zaoferowała klientom atrakcyjny i unikalny wzór swoich dzieł oraz najwyższej jakości kompozycje zapachowe mające dobroczynny wpływ na organizm.

Egzemplarz, który otrzymałam jest mniejszą siostrą większych kul artystycznych - mam wersję Ecry Light Gold. Moim zdaniem jest efektowna: podoba mi się zarówno jej kremowy kolor, niejednolita chropowata struktura powierzchni, jak i zdobienie złotymi refleksami (jak dobrze wiecie, uwielbiam ten kolor;)).

Po podłączeniu kuli czekałam zaledwie kilka minut aż poczułam subtelny aromat, który momentalnie wypełnił pomieszczenie. Od razu zauważyłam, że temperatura urządzenia nie osiąga wysokiego pułapu, dzięki czemu rzeczywiście nie ma ryzyka, że zniweluje wartościowe komponenty olejków.




Zestaw zawiera 3 zapachy:
  • Citrus Summer - połączenie werbeny egzotycznej, cytryny i szałwii. Takie zestawienie składników najczęściej pachnie mi cytrynowymi landrynkami z nutą korzenną. Nie inaczej było tym razem:). Bardzo optymistyczny zapach, błyskawicznie wprawiający w dobry nastrój.
  • Lavee - połączenie lawendy i nut cytrusowych. To moja ulubiona kompozycja. Jestem urzeczona jej świeżością, ostrością i wybitnymi właściwościami relaksacyjnymi.
  • Chammomile - połączenie rumianku rzymskiego i lawendy. Szlachetny zapach, który działa uspokajająco. 
Jeśli chodzi o skład kompozycji zapachowych, przytoczę zapewnienia producenta:
W naszej ofercie większość produktów to perfumy do wnętrz w stu procentach oparte wyłącznie na olejkach eterycznych, wodach po destylacji i tinkturach. To, co dała nam natura i to, co służy nie tylko naszym zmysłom, ale i zdrowiu.

Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena kuli: 99 zł
  • dane techniczne: waga - 0.35 kg; średnica -10 cm; kolor - kremowy z poświatą złota
  • produkt objęty dwuletnią gwarancją
  • do zamówionej kuli firma dołącza 3 olejki zapachowe gratis
  • zapachy przechodzą zaawansowane badania w laboratorium Pollena Aroma 
  • termin przydatności olejków - 12 miesięcy
  • dostępność - Sklep Madlennn Handmade ---> odnośnik do strony
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z użytkowania ceramicznej kuli zapachowej. W przyszłości chciałabym zaopatrzyć się w jedną z tych dużych wersji, natomiast pewne jest, że jeśli będę poszukiwać oryginalnego prezentu dla najbliższych, zdecyduję się na produkt tego sklepu:).
Serdecznie zachęcam do przejrzenia całej oferty marki. Warto rozważyć zapewnienie sobie takiej metody relaksacji:).
Witajcie! :)

Pora zakończyć wakacyjną przerwę i wrócić do regularnego prowadzenia bloga. I choć pojawiałam się od czasu do czasu na Instagramie, to jednak bardzo cenię sobie interakcje wytwarzające się tu na blogu i przyznaję, że trochę za tym zatęskniłam:). 

Dzisiejszy wpis poświecę zapachowi, który ukazuje się na skórze w dwojaki sposób. W zależności od tego, jaki efekt chcemy uzyskać, warto poczekać na odpowiednią temperaturę;). 

Zawartość próbki Ange ou Demon Le Secret Elixir po raz pierwszy naniosłam na skórę w upalny dzień i doskonale pamiętam jak bardzo oczarowało mnie to, co poczułam i jak fantastycznie czułam się w swojej chmurze zapachowej już do końca dnia;). Co zaskakujące, moje skojarzenia stały i nadal stoją w opozycji do tego, co sugeruje skład, ale tak to już z odbiorem perfum bywa. Wracając do tematu, oczyma wyobraźni zobaczyłam wówczas kosz wypełniony po brzegi żurawiną posypaną cukrem, a wszystko to było uwikłane w jakże urokliwy herbaciany kontekst. Było słodko, pysznie, lekko, musująco i przede wszystkim bez cienia banału. Długo nie zastanawiałam się na zakupem flakonu:).


Nadeszła jesień, a ja wiedziona chęcią powrotu do letnich owocowych aromatów postanowiłam spryskać się najnowszymi w moim zbiorze perfumami, ale tym razem kompletnie zszokował mnie ten aromat:). Pierwsza myśl: ,,Ale zaraz, zaraz, gdzie się podział mój zapach? Gdzie ta dziewczęcość, gdzie owoce? Skąd się wziął ten wyniosły jaśmin?

Ange ou Demon Le Secret Elixir uzewnętrznił w pierwszej chwili dość nieprzystępny dla mnie jaśmin. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut, gdy jest bardzo charakterny, na pewno oczaruje swoim pięknem i wytwornością wiele kobiet, ale jeśli miałby tak trwać na mojej skórze do samego końca, nie byłabym go w stanie nosić. Onieśmielenie mija, kiedy moc tego kwiatu łagodnieje, a kompozycja bardziej zaczyna przypominać herbatę jaśminową z cytryną.

W bazie pojawia się również słodycz, która nie pachnie już kryształkami cukru i sokiem z owoców - to dyskretny zapach wanilii. Piękniej robi się, gdy do głosu dochodzi jedna z moich ulubionych nut, czyli drewno cedrowe, które czasami potrafi ułożyć w bardzo podobny sposób jak w Narciso edp, a więc jednocześnie sucho i mlecznie . Tym samym z zapachu, który budował dystans, dość szybko staje się przymilny. Jest zmysłowy, ale już nie drapieżny. Mimo wszystko, wolę jednak sięgać po te perfumy latem. Ta pierwsza historia o wiele bardziej do mnie przemawia;).

Perfumowa piramida:
górne nuty: neroli, cytryna Amalfi, herbata
środkowe nuty: jaśmin, kwiat afrykańskiej pomarańczy, plumeria
dolne nuty: piżmo, paczula, cedr Virginia, wanilia



Dodatkowe informacje o zapachu:
  • projekcja: na długość ramion,
  • trwałość: całodzienna,
  • przeznaczenie: zarówno na dzień, jak i na wieczór; zapach całoroczny; raczej na okazje nieformalne,
  • dostępność: perfumerie internetowe,
  • cena: 30 ml - ok. 150 zł, 50 ml - ok. 170 zł, 100 ml - ok. 250 zł


Życzę wszystkim miłych wrażeń związanych z obcowaniem z tym zapachem;).
Witajcie!:)

Tej wiosny nie mogłam obyć się bez czterech fantastycznych produktów: cienia do powiek, odżywczej bazy do rzęs, pędzla do makijażu oczu i oczywiście perfum;).


Zacznę od pokazania Wam bardzo efektownego cienia Ombretto marki Nabla w kolorze Water Dream, który na powiece mieni się srebrzystymi drobinkami na jasnobeżowej bazie. Pięknie komponuje się z każdą szminką, aczkolwiek szczególnie polecam sprawdzić go w duecie z czerwienią! :)

Od razu spodobało mi się, że jego formuła jest miękka, kremowa, a w dalszej fazie zapoznawania się z nowym kosmetykiem;) zauważyłam, że cień ma doskonałą przyczepność zarówno do pędzla, jak i powieki. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie trwałość - na bardzo cienkiej warstwie bazy Artdeco utrzymał się aż do demakijażu.

Nałożony pędzlem na sucho będzie dawał efekt mokrej powieki, aczkolwiek musicie się liczyć z tym, iż ten sposób sprawi, że brokatowe drobinki będą się bardzo wyróżniać. Jeśli nie lubicie takiego efektu, wystarczy nałożyć cień palcem bądź na mokro i wówczas brokat zostanie nieco rozprasowany, uzyskamy również foliowe, intensywnie błyszczące wykończenie.

Chyba nie muszę wspominać, jak prezentuje się w słoneczne dni? :) Dodam tylko, że wtedy Water Dream mieni się także na złoto:). Polecam serdecznie!



Dodatkowe informacje o produkcie:
  • wysoce napigmentowany;
  • nie zawiera silikonów, pochodnych ropy naftowej, parabenów, ftalanów, EDTA;
  • opracowany tak, aby zminimalizować ryzyko alergii;
  • nie jest testowany na zwierzętach
  • PAO -12 miesięcy 
  • pojemność - 2,5 g

Cena: 
  • wersja w wyprasce przeznaczona do umieszczenia w palecie - 27,90 zł
  • wersja w opakowaniu - 32,90 zł
Cień nałożony na sucho na bazę Artdeco:


Kolejnym kosmetykiem, bez którego nie wyobrażam już sobie makijażowej rutyny jest odżywcza baza do rzęs  Lash Primer Plus (mam wersję miniaturową - 2,8 g) jednej z moich ulubionych marek selektywnych, czyli Estee Lauder. Na wstępnie od razu przyznaję się, że do tej pory uważałam stosowanie odżywek do rzęs za niepotrzebną czynność (oczywiście próbowałam kilku produktów do rzęs typu 2 w 1, ale dość szybko pojawiało się zniechęcenie), natomiast dopiero zetknięcie z Lash Primer Plus całkowicie odmieniło mój pogląd na tego rodzaju kosmetyki.

Obietnice producenta:

Wzmacnia efekt specjalny tuszu do rzęs i przedłuża jego trwałość.
Działa jak magnes przyciągający i utrzymujący tusz do rzęs, przez co mniej się go zużywa. Pozostaje na miejscu, stanowiąc podstawę wspaniałego wyglądu rzęs. Odżywia je i chroni przed łamaniem. Dla uzyskania lepszego rezultatu, nałóż jedną warstwę Lash Primer Plus i natychmiast nałóż swój tusz do rzęs, gdy baza jest wciąż mokra.



Potwierdzam każde zdanie tych zapewnień, aczkolwiek należy wspomnieć, że kosmetyk nie będzie dobrze współpracował z każdą maskarą. Od siebie mogę dodać, że z tymi od Max Factor odnajduje idealną nić porozumienia;) i z takich średniaków z plusem czyni je mistrzami;).

Trzeba bezwzględnie przestrzegać tego, by nałożyć tusz na mokrą jeszcze odżywkę, a rzęsy będą perfekcyjnie rozdzielone, konkretnie pogrubione (bez ani jednej grudki) i wydłużone. Dodając do tego walory pielęgnacyjne mamy do czynienia z bezapelacyjnym hitem:).

Na początku szczoteczka nabiera bardzo dużo odżywki, więc efekt po nałożeniu maskary jest wprost piorunujący, natomiast po kilku tygodniach nabiera jej za mało, więc trzeba się nieco nagimnastykować (czyt. wykazać manualnie;)), by wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku, ale warto dla tego efektu.

Cena produktu pełnowymiarowego (5 ml) -  103 zł


Jeśli chodzi o pędzle, do tej pory bardzo ceniłam profesjonalną linię Studio marki Bdellium Tools, natomiast dzięki mojej wygranej w konkursie u Asi, która prowadzi bloga 1001 Pasji (gorąco zachęcam do zaglądania na tę stronę, która jest pełna inspiracji;)) przekonałam się, że M Brush to również najwyższy poziom, a walory wizualne umiejscawiają te pędzle w moim subiektywnym rankingu włochatych akcesoriów;) do makijażu o jeden stopień wyżej - w końcu to pułap luksusowy, z tymże nie stoi za tym tylko wysoka cena i marketing, a rzeczywista jakość.

Uważam, że M Brush 06 (często porównywany do  Mac 217) to rewelacyjny pędzel do makijażu oczu. U mnie  najlepiej sprawdza się do aplikowania cieni, szczególnie upodobałam go sobie do tych  foliowych i metalicznych. Jego włosie jest puchate i niesamowicie miękkie, a po wielokrotnym myciu mydłem nadal jest takie, jakie było na początku, nie zauważyłam też, by wypadł choć jeden włos. Dobrze radzi sobie również z rozcieraniem cieni nad załamaniem powieki, choć do tego celu preferuję pędzle, których główka włosia ma większą średnicę.

Podsumowując, pędzel jest bardzo solidnie wykonany, a jego wygląd cieszy oko;). Czego chcieć więcej? Ode mnie zasłużona szóstka:).

*Jeśli macie jakieś dalekosiężne plany wobec tuby (podejrzewacie, że mógłby to być świetny sposób na przechowywanie niezbędnych pędzli do wykonania podstawowego makijażu podczas wyjazdu), to zapewniam, że nie wytrzyma próby czasu. Kartonowy materiał szybko się pogniecie i tuba ekspresowo wyląduje w koszu.


Ivoire eau de parfum marki Balmain to zapach, który intryguje i wzbudza emocje. Wydaje mi się, że  nie pozostawi nikogo obojętnym. W Internecie natkniecie się na mnóstwo recenzji, które kreują obraz osobliwego pachnidła, bowiem na każdej z tych osób, które dzielą się swoimi spostrzeżeniami,  Ivoire objawia się w  indywidualny, unikatowy wręcz sposób.

Nie mogłam się zatem doczekać, by sprawdzić czy zdołam oswoić te szyprowo-kwiatowe perfumy i czy zechcą współgrać z moją skórą.

Zdecydowałam się na ten zapach, bowiem ostatecznie przekonała mnie wielokrotnie przytaczana teza, że propozycja Balmain jest jedną z najlepszych interpretacji galbanum w perfumiarstwie (za PWN: gumożywica wydzielana z łodyg i kłącza bylin Ferula galbaniflua i Ferula rubricaulis (rosnących w Afganistanie i Iranie) w postaci zastygającego na powietrzu mleczka; z galbanum otrzymuje się olejek w kompozycjach perfumeryjnych typu chypre i fougere), a takie fakty koniecznie muszę sprawdzić;).



 

 źródło zdjęcia: https://hermitageoils.com/product/galbanum-essential-oil/

To perfumy, w których duch minionej epoki bezkolizyjnie łączy się z akordami współczesnych  aromatów. Otwarcie jest mocno zielone, drzewne i wytrawne - ewidentnie czuć rys retro. Kiedy zapach wprawnie przechodzi w fazę nut serca, zaczyna się wyłaniać jego łagodniejsze oblicze: młode różyczki wraz z zielonością łodyg i liści przenikają się z  kropelkami soku z mandarynki oraz nutami pudrowymi, co czyni go niebywale lekką, poniekąd musującą cytrusami, mydlaną, i jednocześnie zielono-kwiatową rodem z ogrodu kompozycją.
Ivoire to wspaniały mariaż dziewczęcej urokliwości z dystyngowaniem, chłodem i rezerwą. Nierozerwalnie kojarzy mi się z białą bluzką i biała jedwabną sukienką, co sugeruje, że sprawdzi się zarówno w sytuacjach formalnych, w których chcemy pokazać swój profesjonalizm, ale także w sytuacjach nieoficjalnych, gdy np. potrzebujemy oddać się rozmyślaniu podczas spacerów.
Najbardziej lubię, gdy w rytm wiatru Ivoire ukradkiem wibruje ze skóry karku bądź bawełnianej apaszki. 

Serdecznie zachęcam do poznania tych perfum:).

Perfumowa piramida:
  • nuty głowy - mandarynka, galbanum, liść fiołka
  • nuty serca - róża, jaśmin, ylang-ylang, irys
  • nuty bazy - wetyweria, cedr, paczula, wanilia

Dodatkowe informacje o zapachu:
  • Przeznaczenie/parametry użytkowe: zapach dzienny, całoroczny;  trwałość - bardzo dobra, projekcja - na kilka metrów;

Witajcie! :)

Mimo że każda z nas ma już w zanadrzu kilka niezawodnych podkładów, to jednak co jakiś czas lubimy przetestować nowości bądź cenione od wielu lat produkty okrzyknięte mianem kultowych. Zawsze przecież istnieje szansa, że trafimy na coś, co bardziej upiększy naszą cerę, prawda?;).
A jako że na mnie zawsze działają opisy w stylu: zwężający pory, wygładzający, to w ciemno wzięłam jedną z propozycji włoskiej marki Collistar, choć od razu przyznam, że nie jestem z tego wyboru tak do końca zadowolona.

Moje oczekiwania wobec podkładów, biorąc pod uwagę fakt, że cera jest mieszana z występującymi od czasu do czasu przesuszeniami i nie ma już tak idealnej faktury jak kiedyś:
  • zapewnienie maksymalnego wygładzenia - najważniejsza właściwość, od której zależy czy kupię go ponownie bądź, jeśli testuję próbkę, czy zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie;
  • warstwa, która pokrywa cerę musi być bardzo cienka, tak, by trudno było rozpoznać czy  znajduje się na niej podkład czy może cera jest tak ładna z natury;);
  • całodniowa trwałość;
  • nie może być wyczuwalny na skórze;
  • nie może przesuszać


Podkład Even Finish+Primer 24 h Perfect Skin ma bardzo przyjemny ogórkowo-pudrowy zapach. Jego konsystencja jest gęsta, choć nie nastręcza ona problemów przy rozprowadzaniu kosmetyku na skórze. Jest dość plastyczny, co w praktyce oznacza, że nie trzeba się spieszyć z nakładaniem - nie ma obaw o to, że pojawią się smugi. Od razu zauważymy, że podkład ma mokre wykończenie, dlatego konieczne będzie przypudrowanie w strefie T.

Mój odcień oznaczony jako 3 sabble (sand) jest zbliżony do koloru NC 20 Studio Fix z Mac, choć jest odrobinę ciemniejszy i zawiera  mniej żółtego pigmentu. Baza, którą dodano do podkładu w żaden sposób nie ma właściwości utrwalającej, przedłużającej trwałość - jest po prostu rozświetlająca, ale żeby być bardziej precyzyjną powiedziałabym, iż jest to baza nawilżająca.

Najbardziej zależało mi, tak jak w przypadku każdego podkładu, na całkowitym wygładzeniu struktury skóry, jednakże niestety zaobserwowałam zatuszowanie rozszerzonych porów w zaledwie minimalnym stopniu. Ponadto podkład jest  widoczny z bliska, pokrywa skórę grubym filmem, aczkolwiek  mimo wszystko i tak jest lekki, więc nosi się go komfortowo (polecam przy okazji sięgnąć po pudry wykończeniowe w kamieniu z bareMinerals zawsze wtedy, gdy zaistnieje konieczność uratowania efektu, jaki zaserwował nam przeciętny podkład).

Nałożony pędzlem wymaga dopracowania palcami. Zapewnia średnie krycie. Nie obciąża skóry, nie oksyduje, nie przesusza, nie znika ze skóry w ciągu dnia. Wybieram go wtedy, gdy mam w planach 3-4 godzinne wyjście. Jeśli nie będzie dobrze utrwalony, nie polecam ani do pracy, ani na okres wakacyjny.  Raczej do skóry młodej o typie normalnym.

Podsumowując, na mnie nie zrobił większego wrażenia. Zasługuje na szkolną trójkę;).


Dodatkowe informacje o produkcie:

pojemność: 35 ml
cena:  do 149 zł
PAO: 12 miesięcy


Podkład przypudrowany pudrem Luxury Neutral Set Translucent Powder od Ben Nye:



Witajcie! :)

Nowości perfumeryjne roku 2017 mocno mnie rozczarowały. I choć na mainstreamowej półce wśród kilkudziesięciu propozycji znalazłam kilka zapachów, które w początkowym stadium testów (blotter, nadgarstek) wykazywały potencjał, to jednak już na etapie pierwszego użycia globalnego wiedziałam, że to nie jest to, czego oczekuję od perfum. Po raz kolejny moje największe zarzuty dotyczą: efektu waty cukrowej, przesadzonej ilości pudru, kwiatów w kosmetycznej, syntetycznej otoczce, cukierków lodowych z dodatkiem róży, nieudanej interpretacji kawy, czy nijakich zielonych, ozonowych i wodnych kompozycji, co jest nieporozumieniem w kontekście nierzadko słabych parametrów użytkowych i wysokich cen.

W rezultacie nie zdecydowałam się na żadną nowość, ale skierowałam swoją uwagę na nieco starsze perfumy i m.in. trafiło na jedną z moich ulubionych marek, czyli Lalique:). Poznałam w końcu zachwalany zapach Orchidee Vanille od Van Cleef&Arpels, wzięłam także pod lupę perfumy Sense Dubai.


Zapachy nosiłam w warunkach zimowych i wiosennych, żeby jak najlepiej odkryć ich charakter. Jeśli chodzi o Sense Dubai, wszystkie zapachy są trwałe, wyraziste, powiedziałabym nawet, że bardzo ekspresyjne:); świetnie sprawdzą się jako perfumy całoroczne.

Sense Dubai 2 parfum – zastanawiałyście się kiedyś jak mogłyby pachnieć kwiatowo-owocowe bańki mydlane?:) Dwójka jest doskonałą interpretacją tej wizji;). I choć można mieć wrażenie, że takie niuanse to przecież nic specjalnego, to zapewniam, że kompozycja jest utrzymana w ekskluzywnym i nieszablonowym wydaniu. Mydlana świeżość, słodycz soku z owoców (ananas, liczi jabłko, wiśnia) i drzewne akcenty dynamicznie się przenikają, sprawiając, że czystość nabiera zupełnie innego wymiaru. Niesamowite perfumy ♥.
Sense Dubai  8 parfum  moja pierwsza myśl od razu umiejscowiła Ósemkę w gronie zapachów ślubnych, bowiem jest to urocza ,,różowa świeżość":).  Mimo że skład, jak w przypadku każdego z dwunastu zapachów Sense Dubai jest imponujący, to wyczuwam tu ścisłe przywództwo piwonii, liczi, lilii i piżma, co sprawia, że w istocie mamy do czynienia z rozkwitającą bukietem kwiatów wiosną we flakonie:). Ja z taką stylistyką perfum się nie utożsamiam, ale wszystkie fanki niezwykle kobiecych i szlachetnych zapachów zachęcam do testów.
Sense Dubai 11 parfum – zapach występuje w wersji ze złotymi drobinkami (*_*) i transparentnej.  Ozonowo-miętowe otwarcie jest bardzo trudne i niekomfortowe dla mojego nosa, natomiast kiedy odsłania się serce i baza, perfumy zyskują pudrowo-mydlany ton, do którego dołącza wytrawność szałwii i paczuli oraz kontrastujące z nią waniliowo-drzewne ciepło. Całość nadal pachnie bardzo specyficznie, ale w taki sposób, że wyzwala chęć obcowania z tą kompozycją i wyczekiwania na kolejne zaskoczenie, które z pewnością Jedenastka za chwilę zaserwuje;). Ekscentryczny zapach dla osób z ekscentryczną duszą:).
Sense Dubai 12 parfum– kompletnie nie znam składu tych perfum, aczkolwiek odbieram je jako ciepłe, bursztynowo-herbaciane przełamane najprawdopodobniej wetywerią, przyprawami i suszonymi ziołami oraz kwiatami (jestem prawie pewna, że jest tu również lawenda). Utkane na zasadzie kontrastów - przytulne i zimne jednocześnie. Mam wrażenie, że w tej kompozycji wojują ze sobą cztery żywioły, toteż w związku z tym nasuwa się jedno pytanie: czy odważysz się udźwignąć tę mocarność?:)

Podsumowując pierwszą część, nadal moim ukochanym zapachem z Sense Dubai pozostaje Czwórka, o której pisałam w styczniu. Biorąc pod uwagę moje preferencje, uważam, że jest po prostu bezkonkurencyjna;), natomiast serdecznie zachęcam do przetestowania powyższych propozycji, ponieważ stanowią ciekawą odskocznię od tego, do czego przyzwyczaiły się nasze nosy wąchając zapachy dostępne w  perfumeriach sieciowych.




A teraz kolej na cztery zapachy głównego nurtu:

Van Cleef&Arpels, Orchidee Vanille edp - pochodzi z ekskluzywnej linii Collection Extraordinaire. Rozumiem już powód, dla którego jest to tak bardzo lubiany i ceniony zapach. Jest przytulny i słodki, choć z drugiej strony, jakie inne wrażenie może wyczarować połączenie czekolady, wanilii, orchidei oraz migdału?:) Zapach z kategorii nienarzucających się, o łagodnej projekcji przy jednoczesnym wyrazistym brzmieniu na skórze. Uważam, że warto dać mu szansę, mimo że nie zaoferowano wanilii o takiej jakości, z jaką spotkałam się w przypadku innych dobrych perfum, a także mimo iż balansuje na granicy aromatów do ciast czy suchych olejków do ciała.
Lalique, Lalique Le Parfum edp - zapach-perła♥. Lalique Le Parfum to zapach dojrzały i wyrafinowany. Widziałabym go u kobiet, które nie traktują perfum na zasadzie posiadania ładnego ,,psikadła" na co dzień, a zależy im na podkreślaniu swojej indywidualności; preferują raczej eleganckie stylizacje, zawsze dbają o to, by mieć dopracowany makijaż. Otwarcie przypomina mi mieszankę likieru migdałowego i ziołowego, po jakimś czasie ta głębia esencji, balsamiczność zanika, choć nie całkowicie, natomiast do głosu dochodzą nuty, które dają wrażenie suchości i przywodzą na myśl rozgrzane pustynne powietrze. Zachwyciło mnie to, że fasolka tonka nie przybiera tu mrocznego, dymnego oblicza, a wraz z migdałem i heliotropem istnieją tylko po to, by wyeksponować i ozdobić zjawiskową wanilię. Od początku do samego końca wyczuwalny jest akord ziołowy, w tym przypadku jest to laurowiec indyjski, który sprawia, że mamy do czynienia z zapachem wyjątkowo aromatycznym.
Lalique, Satine edp - suchy i zawiesisty jednocześnie - takie kompozycje tworzy tylko Lalique;). Owszem, zapach wpisuje się w trend na pudrowe i waniliowe zapachy, ale jest w nim coś, co umiejscawia go przynajmniej o jeden poziom wyżej od spokrewnionych z nim kompozycji - ta budyniowa słodycz przełamana jest wytrawnością przypraw i wzbogacona dymnym wydźwiękiem fasolki tonki.  W tym momencie jestem nim zaintrygowana, choć nie wykluczam, że dosadność słodyczy, silny powiew dymu, a także moc zapachu mogą mnie kiedyś przytłoczyć. Tymczasem będę się nim cieszyć mroźną zimą, wyłącznie na otwartych przestrzeniach;).
Lalique, Living Lalique edp - porównywany do J'ose marki Eisenberg i trudno się z tym nie zgodzić, choć Living utrzymany jest w subtelniejszym, kobiecym wydaniu. O ile J'ose potrafi zmęczyć przeładowaniem przypraw i lawendy, o tyle Living jest tym sympatyczniejszym bliźniakiem:), w którym kolońskie zabarwienie dość szybko płowieje. Jest świeży, korzenny, przyprawowy, czasami wywołuje skojarzenia z tytoniem. Moim zdaniem najlepiej pachnie w wietrzne dni.

Podsumowując drugą część, najbardziej zaintrygował mnie zapach Lalique Le Parfum i istnieje szansa, że pojawi się kiedyś w mojej kolekcji.


Witajcie! :)

Do amerykańskiej marki Makeup Geek miałam kiedyś obojętne nastawienie. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy poznałam świetnej jakości pigmenty, o których pisałam już na blogu.

Tym razem chciałabym pokazać Wam kilka cieni do powiek, które moim zdaniem są porównywalne chociażby z jakością  cieni z Lorac.  Na stronie drogerii internetowej oferującej kosmetyki Makeup Geek można przeczytać, że zarówno cienie duochromowe, jak i foliowe to:
nowatorska formuła, która oferuje kremową konsystencję, będącą hybrydą pomiędzy cieniem w proszku i cieniem w kremie. Intensywna pigmentacja w połączeniu z nieprzezroczystym, metalicznym wykończeniem sprawia, że cienie znakomicie się rozprowadzają i blendują. Mogą być stosowane bez użycia bazy.



Opis poszczególnych cieni:

In the spotlight - wykończenie foliowe; srebrzysty róż na morelowej bazie. To jeden z moich ulubionych cieni ze względu na nietypowy kolor oraz efekt mokrej i mocno błyszczącej powieki. Rewelacyjnie prezentuje się w każdym oświetleniu. Jego konsystencja jest bardzo miękka, niewiele brakuje do stwierdzenia, że jest to kremowa formuła;). Świetnie się go rozprowadza i rozciera, mimo że mocno dokleja się do powieki.  Na korektorze utrzymuje się u mnie w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego wbrew temu, o czym zapewnia producent konieczna będzie baza. In the spotlight sprawdzi się jako rozświetlacz, a także akcent na usta, które następnie można pokryć bezbarwnym błyszczykiem. 
Na pewno do niego wrócę ♥.

Ritzy - wykończenie duochromatyczne; oliwkowy opalizujący na ciepły brąz. Przepiękny i niespotykany kolor. Na powiece mieni się na dwa wspomniane wcześniej odcienie, natomiast roztarty tuż nad załamaniem powieki wyeksponuje wyłącznie brąz. Jego formuła nie jest już taka miękka, przypomina mi konsystencję cieni Amc Shine z Inglota. Na korektorze utrzymuje się w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego również nie obejdzie się bez bazy. Jego użytkowanie jest absolutnie bezproblemowe. Zauważyłam, że decyduję się na niego zawsze wtedy, gdy wybieram elegancką stylizację:).
Powrót do tego koloru jest nieunikniony ♥ :).

Houdini - wykończenie foliowe; granatowy z niebieskimi drobinkami na szarej bazie. Niestety nie umiem rozpracować tego cienia. Mimo starannego rozblendowania, po jakimś czasie przemieszcza się nad załamaniem powieki, przez co makijaż wygląda nieestetycznie. W trakcie aplikacji trzeba dokładać go kilka razy, ponieważ po pierwsze nieco trudniej się rozciera, po drugie podstawowy kolor zanika i trzeba zatuszować uwydatniającą się szarość i brokatowe drobinki. Trudno uzyskać nim efekt tafli. Wydaje mi się, że najlepiej sprawdzi się jako eyeliner bądź akcent np. na środku powieki.




Prezentacja cieni In the spotlight i Ritzy na bazie z korektora:






Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 1,8 g
  • cena w polskich drogeriach internetowych - duochromatyczne ok. 36 zł, foliowe ok. 53 zł
  • cienie Makeup Geek nie zawierają parabenów i talku
  • nie są testowane na zwierzętach

Moje drugie spotkanie z kosmetykami Makeup Geek zaliczam do udanych, dlatego jeszcze kilka razy wspomnę o nich na łamach bloga:). Jeśli miałyście styczność z ofertą tej marki, z chęcią poczytam w komentarzach, na co jeszcze warto zwrócić uwagę:).