Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Nowości perfumeryjne roku 2017 mocno mnie rozczarowały. I choć na mainstreamowej półce wśród kilkudziesięciu propozycji znalazłam kilka zapachów, które w początkowym stadium testów (blotter, nadgarstek) wykazywały potencjał, to jednak już na etapie pierwszego użycia globalnego wiedziałam, że to nie jest to, czego oczekuję od perfum. Po raz kolejny moje największe zarzuty dotyczą: efektu waty cukrowej, przesadzonej ilości pudru, kwiatów w kosmetycznej, syntetycznej otoczce, cukierków lodowych z dodatkiem róży, nieudanej interpretacji kawy, czy nijakich zielonych, ozonowych i wodnych kompozycji, co jest nieporozumieniem w kontekście nierzadko słabych parametrów użytkowych i wysokich cen.

W rezultacie nie zdecydowałam się na żadną nowość, ale skierowałam swoją uwagę na nieco starsze perfumy i m.in. trafiło na jedną z moich ulubionych marek, czyli Lalique:). Poznałam w końcu zachwalany zapach Orchidee Vanille od Van Cleef&Arpels, wzięłam także pod lupę perfumy Sense Dubai.


Zapachy nosiłam w warunkach zimowych i wiosennych, żeby jak najlepiej odkryć ich charakter. Jeśli chodzi o Sense Dubai, wszystkie zapachy są trwałe, wyraziste, powiedziałabym nawet, że bardzo ekspresyjne:); świetnie sprawdzą się jako perfumy całoroczne.

Sense Dubai 2 parfum – zastanawiałyście się kiedyś jak mogłyby pachnieć kwiatowo-owocowe bańki mydlane?:) Dwójka jest doskonałą interpretacją tej wizji;). I choć można mieć wrażenie, że takie niuanse to przecież nic specjalnego, to zapewniam, że kompozycja jest utrzymana w ekskluzywnym i nieszablonowym wydaniu. Mydlana świeżość, słodycz soku z owoców (ananas, liczi jabłko, wiśnia) i drzewne akcenty dynamicznie się przenikają, sprawiając, że czystość nabiera zupełnie innego wymiaru. Niesamowite perfumy ♥.
Sense Dubai  8 parfum  moja pierwsza myśl od razu umiejscowiła Ósemkę w gronie zapachów ślubnych, bowiem jest to urocza ,,różowa świeżość":).  Mimo że skład, jak w przypadku każdego z dwunastu zapachów Sense Dubai jest imponujący, to wyczuwam tu ścisłe przywództwo piwonii, liczi, lilii i piżma, co sprawia, że w istocie mamy do czynienia z rozkwitającą bukietem kwiatów wiosną we flakonie:). Ja z taką stylistyką perfum się nie utożsamiam, ale wszystkie fanki niezwykle kobiecych i szlachetnych zapachów zachęcam do testów.
Sense Dubai 11 parfum – zapach występuje w wersji ze złotymi drobinkami (*_*) i transparentnej.  Ozonowo-miętowe otwarcie jest bardzo trudne i niekomfortowe dla mojego nosa, natomiast kiedy odsłania się serce i baza, perfumy zyskują pudrowo-mydlany ton, do którego dołącza wytrawność szałwii i paczuli oraz kontrastujące z nią waniliowo-drzewne ciepło. Całość nadal pachnie bardzo specyficznie, ale w taki sposób, że wyzwala chęć obcowania z tą kompozycją i wyczekiwania na kolejne zaskoczenie, które z pewnością Jedenastka za chwilę zaserwuje;). Ekscentryczny zapach dla osób z ekscentryczną duszą:).
Sense Dubai 12 parfum– kompletnie nie znam składu tych perfum, aczkolwiek odbieram je jako ciepłe, bursztynowo-herbaciane przełamane najprawdopodobniej wetywerią, przyprawami i suszonymi ziołami oraz kwiatami (jestem prawie pewna, że jest tu również lawenda). Utkane na zasadzie kontrastów - przytulne i zimne jednocześnie. Mam wrażenie, że w tej kompozycji wojują ze sobą cztery żywioły, toteż w związku z tym nasuwa się jedno pytanie: czy odważysz się udźwignąć tę mocarność?:)

Podsumowując pierwszą część, nadal moim ukochanym zapachem z Sense Dubai pozostaje Czwórka, o której pisałam w styczniu. Biorąc pod uwagę moje preferencje, uważam, że jest po prostu bezkonkurencyjna;), natomiast serdecznie zachęcam do przetestowania powyższych propozycji, ponieważ stanowią ciekawą odskocznię od tego, do czego przyzwyczaiły się nasze nosy wąchając zapachy dostępne w  perfumeriach sieciowych.




A teraz kolej na cztery zapachy głównego nurtu:

Van Cleef&Arpels, Orchidee Vanille edp - pochodzi z ekskluzywnej linii Collection Extraordinaire. Rozumiem już powód, dla którego jest to tak bardzo lubiany i ceniony zapach. Jest przytulny i słodki, choć z drugiej strony, jakie inne wrażenie może wyczarować połączenie czekolady, wanilii, orchidei oraz migdału?:) Zapach z kategorii nienarzucających się, o łagodnej projekcji przy jednoczesnym wyrazistym brzmieniu na skórze. Uważam, że warto dać mu szansę, mimo że nie zaoferowano wanilii o takiej jakości, z jaką spotkałam się w przypadku innych dobrych perfum, a także mimo iż balansuje na granicy aromatów do ciast czy suchych olejków do ciała.
Lalique, Lalique Le Parfum edp - zapach-perła♥. Lalique Le Parfum to zapach dojrzały i wyrafinowany. Widziałabym go u kobiet, które nie traktują perfum na zasadzie posiadania ładnego ,,psikadła" na co dzień, a zależy im na podkreślaniu swojej indywidualności; preferują raczej eleganckie stylizacje, zawsze dbają o to, by mieć dopracowany makijaż. Otwarcie przypomina mi mieszankę likieru migdałowego i ziołowego, po jakimś czasie ta głębia esencji, balsamiczność zanika, choć nie całkowicie, natomiast do głosu dochodzą nuty, które dają wrażenie suchości i przywodzą na myśl rozgrzane pustynne powietrze. Zachwyciło mnie to, że fasolka tonka nie przybiera tu mrocznego, dymnego oblicza, a wraz z migdałem i heliotropem istnieją tylko po to, by wyeksponować i ozdobić zjawiskową wanilię. Od początku do samego końca wyczuwalny jest akord ziołowy, w tym przypadku jest to laurowiec indyjski, który sprawia, że mamy do czynienia z zapachem wyjątkowo aromatycznym.
Lalique, Satine edp - suchy i zawiesisty jednocześnie - takie kompozycje tworzy tylko Lalique;). Owszem, zapach wpisuje się w trend na pudrowe i waniliowe zapachy, ale jest w nim coś, co umiejscawia go przynajmniej o jeden poziom wyżej od spokrewnionych z nim kompozycji - ta budyniowa słodycz przełamana jest wytrawnością przypraw i wzbogacona dymnym wydźwiękiem fasolki tonki.  W tym momencie jestem nim zaintrygowana, choć nie wykluczam, że dosadność słodyczy, silny powiew dymu, a także moc zapachu mogą mnie kiedyś przytłoczyć. Tymczasem będę się nim cieszyć mroźną zimą, wyłącznie na otwartych przestrzeniach;).
Lalique, Living Lalique edp - porównywany do J'ose marki Eisenberg i trudno się z tym nie zgodzić, choć Living utrzymany jest w subtelniejszym, kobiecym wydaniu. O ile J'ose potrafi zmęczyć przeładowaniem przypraw i lawendy, o tyle Living jest tym sympatyczniejszym bliźniakiem:), w którym kolońskie zabarwienie dość szybko płowieje. Jest świeży, korzenny, przyprawowy, czasami wywołuje skojarzenia z tytoniem. Moim zdaniem najlepiej pachnie w wietrzne dni.

Podsumowując drugą część, najbardziej zaintrygował mnie zapach Lalique Le Parfum i istnieje szansa, że pojawi się kiedyś w mojej kolekcji.


Witajcie! :)

Do amerykańskiej marki Makeup Geek miałam kiedyś obojętne nastawienie. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy poznałam świetnej jakości pigmenty, o których pisałam już na blogu.

Tym razem chciałabym pokazać Wam kilka cieni do powiek, które moim zdaniem są porównywalne chociażby z jakością  cieni z Lorac.  Na stronie drogerii internetowej oferującej kosmetyki Makeup Geek można przeczytać, że zarówno cienie duochromowe, jak i foliowe to:
nowatorska formuła, która oferuje kremową konsystencję, będącą hybrydą pomiędzy cieniem w proszku i cieniem w kremie. Intensywna pigmentacja w połączeniu z nieprzezroczystym, metalicznym wykończeniem sprawia, że cienie znakomicie się rozprowadzają i blendują. Mogą być stosowane bez użycia bazy.



Opis poszczególnych cieni:

In the spotlight - wykończenie foliowe; srebrzysty róż na morelowej bazie. To jeden z moich ulubionych cieni ze względu na nietypowy kolor oraz efekt mokrej i mocno błyszczącej powieki. Rewelacyjnie prezentuje się w każdym oświetleniu. Jego konsystencja jest bardzo miękka, niewiele brakuje do stwierdzenia, że jest to kremowa formuła;). Świetnie się go rozprowadza i rozciera, mimo że mocno dokleja się do powieki.  Na korektorze utrzymuje się u mnie w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego wbrew temu, o czym zapewnia producent konieczna będzie baza. In the spotlight sprawdzi się jako rozświetlacz, a także akcent na usta, które następnie można pokryć bezbarwnym błyszczykiem. 
Na pewno do niego wrócę ♥.

Ritzy - wykończenie duochromatyczne; oliwkowy opalizujący na ciepły brąz. Przepiękny i niespotykany kolor. Na powiece mieni się na dwa wspomniane wcześniej odcienie, natomiast roztarty tuż nad załamaniem powieki wyeksponuje wyłącznie brąz. Jego formuła nie jest już taka miękka, przypomina mi konsystencję cieni Amc Shine z Inglota. Na korektorze utrzymuje się w idealnym stanie ok. 5 godzin, dlatego również nie obejdzie się bez bazy. Jego użytkowanie jest absolutnie bezproblemowe. Zauważyłam, że decyduję się na niego zawsze wtedy, gdy wybieram elegancką stylizację:).
Powrót do tego koloru jest nieunikniony ♥ :).

Houdini - wykończenie foliowe; granatowy z niebieskimi drobinkami na szarej bazie. Niestety nie umiem rozpracować tego cienia. Mimo starannego rozblendowania, po jakimś czasie przemieszcza się nad załamaniem powieki, przez co makijaż wygląda nieestetycznie. W trakcie aplikacji trzeba dokładać go kilka razy, ponieważ po pierwsze nieco trudniej się rozciera, po drugie podstawowy kolor zanika i trzeba zatuszować uwydatniającą się szarość i brokatowe drobinki. Trudno uzyskać nim efekt tafli. Wydaje mi się, że najlepiej sprawdzi się jako eyeliner bądź akcent np. na środku powieki.




Prezentacja cieni In the spotlight i Ritzy na bazie z korektora:






Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 1,8 g
  • cena w polskich drogeriach internetowych - duochromatyczne ok. 36 zł, foliowe ok. 53 zł
  • cienie Makeup Geek nie zawierają parabenów i talku
  • nie są testowane na zwierzętach

Moje drugie spotkanie z kosmetykami Makeup Geek zaliczam do udanych, dlatego jeszcze kilka razy wspomnę o nich na łamach bloga:). Jeśli miałyście styczność z ofertą tej marki, z chęcią poczytam w komentarzach, na co jeszcze warto zwrócić uwagę:). 
Witajcie! :)

Początek wiosny inspiruje do poszukiwań perfum, które wniosą jakiś energetyczny powiew do naszych kolekcji. Mimo że bez żadnego problemu jesteśmy w stanie wytypować flakony, które będą nam towarzyszyć w ciągu najbliższych miesięcy, to jednak nie chcemy zamykać się na znane już naszym nosom doznania zapachowe i siłą rzeczy poszukujemy pachnideł o zupełnie odmiennym obliczu.

Jeśli o mnie chodzi, rutyny nie mogłabym przeboleć;), dlatego tym razem otworzyłam się na ciekawe jaśminowe i lawendowe kompozycje, o których napiszę niebawem, a tymczasem utwierdziłam się w przekonaniu, że moja nadzwyczajna sympatia do słonych perfum nie jest chwilowa, w dodatku rozciąga się na coraz odważniejsze, bardziej surowe interpretacje soli. Jako że właśnie teraz takie kompozycje mają wprost idealne warunki do ukazania swojego piękna, postanowiłam rozpocząć cykl, w którym te białe aromatyczne kryształki w jakże różnorodny sposób ukazane w sztuce perfumeryjnej będą miały swoje pięć minut na łamach bloga;).

Mimo że Reveal jest bezpiecznym, nieinwazyjnym aromatem, kojarzącym się jednoznacznie z morzem, z nostalgią sierpniowych wieczorów, to jednak materiały prasowe i reklama - jak zwykle zresztą - wikłają zapach w erotyczne konotacje:
Rozpoczyna zmysłową grę, uosabiając pełną erotyzmu relację pomiędzy dwojgiem ludzi. Uzależnia, kusi, wzbudza pożądanie. Choć jest w zasięgu wzroku, to jednak nie da się jej uchwycić. Pozostaje spojrzenie, od którego wszystko się zaczyna… Reveal odkrywa nową kategorię w zapachowych przestworzach. Należy do rodziny solarno-orientalnej, która poprzez dualizm przejawiający się w każdym aspekcie kompozycji: jej niespotykaną świeżość oraz przyjemne, otulające zmysły ciepło wyzwala intensywne emocje.


Otwarcie zaskakuje świdrującą kombinacją soli i kilku odmian pieprzu na pudrowej poduszce, choć każda kolejna upływająca sekunda jest coraz bardziej łaskawa dla białego pieprzu, który w niedługim czasie zyskuje znaczącą przewagę. Kiedy już wybrzmiewa na skórze najbardziej żywiołowo, nadając kompozycji  korzenny sznyt, równolegle pojawia się szara ambra, drewno sandałowe i drewno kaszmirowe, co sprawia, że zapach staje się szlachetny i wielowymiarowy. Na tym etapie łatwo o instynktowne skojarzenia z konkretną fakturą, bowiem gdyby móc dotknąć Reveal, byłby zdecydowanie puszysty, choć nasze palce natrafiłyby również na jakąś chropowatą wszywkę:).

Przepięknie w tej słoności dryfują kropelki mlecznej słodyczy wraz z nutami animalnymi, choć akurat te drugie nie są podane w tak oszałamiający sposób jak choćby w pierwszej edycji Dune Diora;).  Co ważniejsze, jest w tym zapachu ogniwo, które przeważyłoby szalę na rzecz przyznania mu nagrody za wyjątkowość, o ile oczywiście miałabym w tej kwestii jakąkolwiek decyzyjność;). Swój wybór umotywowałabym tym, iż poza wszystkimi wspaniałościami (łącznie ze zjawiskową ambrą) wyczuwam w Reveal pulsujące orzechowo-maślane refleksy - to one zrobiły na mnie największe wrażenie i jedyne, co mogę teraz zrobić, to posłać wirtualne wyróżnienie;) dla dwóch perfumiarzy, którzy ofiarowali nam to genialne dzieło.

Dlaczego Reveal jest mi tak bliski? Wydaje mi się, że odpowiedź tkwi w tym, iż przywołuje znane od lat aromaty: imituje zapach skóry rozgrzanej na słońcu tuż po wyjściu z morza, emanuje bryzą morską, a za sprawą połączenia drewna sandałowego i piżma gdzieś w tle tętnią mleczne akcenty, które nawiasem mówiąc, towarzyszą każdemu człowiekowi już od pierwszych chwil życia, więc trudno raczej o negatywne skojarzenia.

Reveal nie rozwija się spektakularnie, jest statyczny, choć w tym przypadku uznaję to za zaletę. Ma dobrą trwałość, aczkolwiek wzmocniłabym jego projekcję, żeby mógł się też wykazać zimą.





Perfumowa piramida: 
Nuty głowy: sól, różowy pieprz, biały pieprz, czarny pieprz 
Nuty serca: irys, szara ambra 
Nuty bazy: drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wetyweria, piżmo
Reveal i inne dostępne na rynku propozycje utrzymane w tej konwencji są dość śmiałym posunięciem w dobie mody na rozhulaną słodycz;), ale zapewniam, że warto eksperymentować z  nieoczywistymi perfumami:). 


Witajcie! :)

Nawet jeśli znajdziemy kosmetyk, który idealnie wpisze się w zakres naszych oczekiwań, to i tak prędzej czy później nieuchronnie pojawi się pokusa, by wypróbować inny produkt z tej kategorii:). Czasem uda się odkryć perełkę, choć z doświadczenia też wiem, że nierzadko takie eksperymenty kończą się rozczarowaniem.

Tym razem znowu podjęłam ryzyko i swój ulubiony krem pod oczy odstawiłam na jakiś czas, żeby z czystej ciekawości sprawdzić terapię przeciwzmarszczkową z serii Eternal Gold z Organique, za którą stoi w zasadzie mnóstwo pochlebnych recenzji w Internecie - inaczej mówiąc, po prostu nie wypadało nie poznać tego kremu;), zwłaszcza że moje dotychczasowe doświadczenia z kosmetykami tej marki były udane.

Producent informuje o tym, że jest to: 
lekki krem do intensywnej pielęgnacji dojrzałej, przesuszonej i wrażliwej skóry wokół oczu z ekskluzywnej terapii przeciwzmarszczkowej. Zawiera formułę bogatą w naturalne składniki i ekstrakty roślinne. Krem poprawia napięcie i wygładza skórę. Nawilża i natłuszcza, zapewniając efekt szybkiego liftingu. Złote drobinki subtelnie rozświetlają skórę, optycznie tuszując niedoskonałości.

Składniki aktywne:
  • olej z lawendy - napina skórę,  wygładza zmarszczki mimiczne
  • wyciąg z szałwii muszkatołowej - zatrzymuje wodę w naskórku, zwiększa poziom nawilżenia
  • złoto - regeneruje, stymuluje syntezę kolagenu
  • olej sojowy - chroni przed utratą wody, wygładza
  • pantenol - łagodzi, niweluje zaczerwienienia
  • alantoina - przyspiesza regenerację, zmiękcza
  • gliceryna roślinna - zapewnia długotrwałe nawilżenie



Czego oczekiwałam w trakcie stosowania kosmetyku i jakich efektów spodziewałam się po jego zużyciu? Mając na względzie zapewnienia o świetnym nawilżeniu i świadomość o obecności w składzie substancji wygładzających, sądziłam, że utrzymam skórę pod oczami w dobrej kondycji, a dodatkowo pozbędę się drobniejszych linii pod oczami. Jak widać, nie oczekiwałam spektakularnych zmian, a i tak nie zostały one urzeczywistnione.

Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie będę używać tego kremu wówczas, gdy będę wykonywać makijaż, ponieważ wchłania się do matu, nie pozostawiając żadnej warstwy okluzyjnej, a więc wniosek był oczywisty - nałożony pod oczy korektor będzie uwydatniał głębsze zmarszczki i wydobędzie te, które są zupełnie niewidoczne w przypadku, gdy nałożony jest treściwy krem o półtłustej bądź tłustej formule.

Co istotne, kosmetyk wykazuje również silne działanie napinające, które odczuwam jako dyskomfort, ponieważ mam wrażenie paraliżu tego obszaru skóry, a najdrobniejsza reakcja mimiczna powoduje, że moim oczom, o zgrozo, ukazuje się siatka zmarszczek jak gdybym miała o kilkanaście lat więcej niż w rzeczywistości:/.

W związku z powyższym zastanawiam się nad zasadnością umieszczenia złotych drobinek w tej formule. Jaki jest sens doprowadzenia do fatalnego wyglądu skóry, bowiem wygląda na bardzo przesuszoną, i tuszowania tych niedoskonałości przez opalizację?

Włączyłam go zatem do pielęgnacji nocnej i oczywiście dziennej, jeśli zdecydowałam się na dzień bez makijażu. Jeśli chodzi o zapach, określiłabym go jako delikatny z kategorii kwiatowo-orientalnej, choć w kosmetykach do twarzy preferuję bezzapachowe formuły bądź naturalne ziołowe aromaty.
Przy kolejnej próbie postawienia na pielęgnację twarzy z tej firmy, najpierw wezmę próbkę, żeby uniknąć rozczarowania jak w tym przypadku. Nie jestem w stanie wskazać ani jednego pozytywnego aspektu z użytkowania tego kosmetyku - dowiedziałam się jedynie, żeby na przyszłość unikać kremów o działaniu liftingującym.

Dodatkowe informacje: 
  • pojemność - 15 ml
  • PAO - 6 miesięcy
  • wydajność przy częstotliwości stosowania według zaleceń producenta (2 razy dziennie) - od około 6 do 8 tygodni
  • opakowanie zawiera plastikowe wieczko i szpatułkę
  • cena - 65 zł


Witajcie!:)

Moje dotychczasowe doświadczenia związane z użytkowaniem cieni w kremie nie należały do udanych. Na przestrzeni ostatnich lat miałam kilka egzemplarzy z różnych marek i po którymś z kolei podejściu uznałam, że ta formuła nie należy do najtrwalszych. Nikt nie zaakceptuje rolującego się kosmetyku po zaledwie kilkudziesięciu minutach, a skoro po samych rozczarowaniach utrwaliłam sobie negatywną opinię na temat kremowych produktów do oczu, to siłą rzeczy zrezygnowałam z dalszych poszukiwań.

Zmiana mojego nastawienia nastąpiła kilka miesięcy temu, czyli wtedy, kiedy na łamach ,,moich" godnych zaufania blogów trafiłam na recenzje opisujące w samych superlatywach  Creme Shadows włoskiej firmy Nabla. Wtedy też zaczęłam przeglądać kolory i najbardziej spodobał mi się #husky o metalicznym wykończeniu, który opisywany jest jako: 

szarość, srebro z opalizującymi drobinkami w różnych barwach, które sprawiają, że kolor wygląda inaczej w zależności od światła czy pory dnia.
W przypadku tych cieni niemożliwe jest wręcz uchwycenie ich wielowymiarowości, a to jest właśnie cecha, którą wyróżniają się na tle innych. Nie widziałam ani jednego zdjęcia, które oddałoby ten kolor w identycznej odsłonie, w jakiej widzę go na swoich powiekach. A jest on oczywiście taki, jak podają opisy, z tymże ma wyrazistą poświatę w morskim odcieniu, poza tym po nałożeniu na powieki możemy cieszyć się równomiernie rozprowadzonymi drobinkami mieniącymi się na złoto, różowo oraz bordowo. Najlepiej wyglądają w słońcu, dlatego jestem pewna, że na okres wiosenno-letni zdecyduję się na kilka upatrzonych już egzemplarzy.

Dlaczego od pierwszego dnia wiedziałam, że moja przygoda z cieniami w słoiczku z Nabli nie skończy się na tym jednym? Poza nietuzinkowym efektem na powiece, zaskoczyła mnie jego wybitna trwałość, nie zebrał się nawet w minimalnym stopniu w załamaniach powieki, a kolor nie stracił na intensywności.





Sposób nakładania: 
Cień zastyga w ciągu ok. 6-7 sekund, dlatego potrzeba kilku aplikacji, by wypracować własną najskuteczniejszą ,,instrukcję obsługi" tego kosmetyku. Jeśli chcecie uzyskać efekt tafli, radziłabym od razu nabrać na palec odpowiednią ilość cienia i bez zbędnej zwłoki zaaplikować na powiekę, a następnie syntetycznym pędzlem dopracować go tuż nad załamaniem powieki, o ile oczywiście wyjedziecie na ten obszar i zauważycie jakieś niedociągnięcia. Umiejętność nabrania odpowiedniej ilości kosmetyku jest o tyle ważna, że dołożenie produktu na zaschniętą już formułę spowoduje nieestetyczny efekt skorupy, dodatkowo w niektórych miejscach cień zacznie się odklejać.

Dodatkowe informacje:
  • cena: 49.90 zł
  • pojemność: 5 g
  • termin przydatności:  6 miesięcy
  • producent zapewnia o wodoodporności cieni



Ujmując rzecz w maksymalnym skrócie - mamy do czynienia z doskonałą jakością:). Polecam z pełną odpowiedzialnością;). 
Witajcie! :)

Długo omijałam perfumy T. Muglera, a kiedy w końcu nadszedł już ten odpowiedni czas, to zdałam sobie sprawę, że - tak jak przypuszczałam - wiele z nich nie jest z gatunku tych ,,do oswojenia". Zadziwiające jest też to, że już wstępne wrażenia klarujące się na ich temat były właściwie zero-jedynkowe: była to albo natychmiastowa antypatia bez jakichkolwiek szans na zmianę zdania w ciągu najprawdopodobniej najbliższej dekady albo wyjątkowe olśnienie:).
W ferworze początkowych testów umknęła mojej uwadze klasyczna wersja Innocent, ale za jakiś czas ją dostrzegałam i pomyślałam, że po tylu rozczarowaniach (choć bardziej pasuje tu określenie ,,całkowite niedopasowanie do moich preferencji"), to chyba jedna z ostatnich szans na znalezienie w ofercie tej marki zapachu, który poruszyłby struny mojej wrażliwości:). Na szczęście czasami zdarza się, że rzutem na taśmę wygrywamy wszystko;). I tak też się stało w przypadku tego zapachu. W niebywały sposób przeniósł mnie do innej rzeczywistości i od razu wywołał ekscytację. To jedne z niewielu perfum, o których wiedziałam, że będą moje już po pierwszym zaaplikowaniu na skórę.


Zatem jak pachnie Innocent? Otóż właśnie tak jak podpowiada nazwa, czyli niewinnie, choć nadal brzmi to tajemniczo, bo nie wiadomo czy interpretacją tego określenia mają być kwiaty z zielonością czy kwiaty z owocami, a może jednak jakieś inne, bardziej niespotykane zestawienie? Oczywiście trzecia opcja jest tu jedynym możliwym wariantem:).

Postrzegam te perfumy w takim ogólnym rozumieniu jako zapach czysty i krystaliczny, ale bez żadnych mydlanych konotacji. Co zaskakujące, nawet pojawiająca się momentami wyrazista słodycz w moim przekonaniu nie zaburza tego charakteru. Pytanie, które się nasuwa jest następujące: czy te dwa kontrastujące ze sobą żywioły przeszywającego chłodu i otulającej słodyczy mają swoje odwzorowanie w przyrodzie/rzeczywistości? Ja taki aromat odnalazłam m.in. w sopockiej scenerii:).

Pierwsza myśl po zapoznaniu się z tymi perfumami ukazała mi konkretny obraz - tak pachnie mroźne nadmorskie powietrze wzbogacone błogim zapachem, który dociera do nas z pobliskiej pijalni czekolady oferującej również wyśmienite praliny oraz trufle. I tylko wiatr decyduje jak dużo tej słodyczy nam przywieje. Czekoladowych słodkości jest czasem więcej, czasem mniej, ale trzeba przyznać, że stanowią w tych o jakże zimnej naturze perfumach urokliwy detal.

W genialny sposób stworzono nieskomplikowaną, bezpretensjonalną, a jednocześnie wyjątkową kompozycję. Innocent nie dominuje, nie szokuje, nie rozprasza - jest dyskretnym ,,umilaczem" chwil, choć jest też na swój sposób dziwakiem, ale to mnie w nim najbardziej ujęło:).

Perfumy T. Muglera znane są ze swojej zmienności w zależności od pory roku, dlatego też z niecierpliwością czekam na to, co ukaże Innocent późną wiosną i latem:).




Skład:
nuty głowy: mandarynka, bergamotka
nuty serca: czarna porzeczka, słodkie migdały, czerwone jagody
nuty bazy: pralina, ambra, białe piżmo

  • Parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - ok. 5 godzin, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego.




Zatęskniłam za sprawą tego zapachu do takich letnich widoków i jak już wspomniałam, jestem ciekawa jak będzie pachniał m.in. w upalne dni. Jeśli już to wiecie, to z chęcią przeczytam o Waszych wrażeniach:).


Witajcie!:)

W ubiegłym roku najczęściej przemierzałam ścieżki utarte przez perfumy drzewne i z nieskrywaną przyjemnością zatapiałam się wręcz zarówno w wytrawnych, jak i słodkich wydaniach tego rodzaju zapachów. Co więcej, przyglądając się składom moich perfum, a także tych znajdujących się w najbliższych planach do zrealizowania;), bez trudu można wysnuć wniosek, że jestem ewidentnie wielbicielką drzewnych kompozycji. I choć w prawie każdej grupie olfaktorycznej znalazłabym pachnidła, które znakomicie by mnie określały, to jednak wyjątkową jedność czuję z wszelkimi odmianami drewna w różnych konfiguracjach zapachowych. 

Taki właśnie pachnący eliksir;) dotarł do mnie z wyjątkowego miejsca, jakim jest Sense Dubai - perfumerii powstałej z pasji, w której znaleźć można m.in. najwspanialsze zapachy świata Bliskiego Wschodu takich marek jak Yas Perfumes czy Junaid oraz kolekcję unikalnych czystych perfum (koncentracja olejków 36%) Sense Dubai stworzoną na specjalne zamówienie w Dubaju.


Perfumy Sense Dubai 4 to trafna odpowiedź na moje poszukiwania zniewalającego orientalno-drzewnego zapachu z klasą. I tak też się stało, bowiem jest ilustracją tego wszystkiego, co można ująć wyrażeniem zmysłowość w wyrafinowanym wydaniu i nie ma w tej ocenie grama przesady. 

Uwielbiam ten moment, kiedy tuż po rozpyleniu wiem, że mam do czynienia z perfumami, które sprawiają wrażenie dzieła skończonego: przemyślanego i dopracowanego w najdrobniejszym szczególe.  Nie spotkamy się tu z efektownymi przeobrażeniami, choć nie powiedziałabym też, że zapach jest jednowymiarowy.  W pierwszym etapie jest ekspansywny i rozkosznie ciepły - zawiesista drzewna słodycz, na którą składa się m.in. kremowy sandałowiec wzbogacona zostaje intensywnym aromatem migdałów, za chwilę dołącza feeria barw żywicznych i moja ukochana wanilia. O ile na początku migdały są znaczącym ogniwem, o tyle w dalszej fazie wyciszają się, choć do samego końca przebijają się na zasadzie refleksów

Gdybym miała opisać Sense Dubai 4 w obrazowy sposób, posłużyłabym się następującym skojarzeniem odwołującym się poniekąd do walorów smakowych - to drzewo oblepione żywicami z dodatkiem likieru amaretto i kilku kropel aromatycznego miodu.

Perfumowa piramida:

Nuta głowy: drzewo cedrowe, słodkie migdały, drzewo sandałowe

Nuta serca: biały oud, białe piżmo, biała ambra

Nuta bazy: drzewo cedrowe, paczula, piżmowa wanilia, żywica labdanum



Podsumowując, nie ma w tym zapachu żadnej szorstkiej czy nieharmonijnej nuty - to błogi aromat szczęścia i ukojenia. Świetnie sprawdzi się jako zapach całoroczny, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że kompozycje, w których dominują żywice układają się bardzo komfortowo zarówno w wysokich temperaturach, jak i w mroźne dni.  Zauważył ten fakt również poeta Tadeusz Śliwak;), bowiem w swoim wierszu zatytułowanym Żywica napisał:


Żywica ma w sobie
coś z wszystkich czterech pór roku
z wiosny ma świeżość
z lata ciepło słońca
światło poważne z jesieni
a zapach świątecznych choinek
łączy ją z zimą

jej bliskość jest mi potrzebna
jak uśmiech kochającej
jak spojrzenie psa

zapach żywicy pomieszany z wiatrem
to dobre lekarstwo
od śmierci [...]




Dodatkowe informacje o zapachu:
  • pojemność - 50 ml
  • cena - 490 zł 
  • parametry/przeznaczenie: projekcja - na długość ramion, trwałość - bardzo dobra, perfumy sprawdzą się w roli zapachu dziennego i wieczorowego.
  • dostępność - stacjonarnie w perfumerii Sense Dubai znajdującej się w Warszawie przy ul. Mokotowskiej 46 oraz na stronie internetowej ---> KLIK

Już niebawem do sprzedaży wejdą dwa nowe zapachy Sense Dubai 11 i Sense Dubai 12, z tymże ten pierwszy będzie w dwóch wersjach: czystej i ze złotym pyłem(!;)). Przygotuję wpis o tych nowościach i dodatkowo podzielę się opinią na temat perfum Sense Dubai 2 i 8.


Witajcie! :)

Z dermokosmetykami marki A-derma po raz pierwszy zetknęłam się około pięć lat temu, czyli wtedy, gdy co kilka miesięcy zmagałam się ze zmianami alergicznymi na twarzy. Pomógł mi wówczas fantastyczny krem regenerujący z cynkiem i miedzią Dermalibour. Od tamtego czasu zużyłam kilka tubek i w międzyczasie często polecałam go w komentarzach pod wpisami pielęgnacyjnymi zarówno u siebie, jak i na innych blogach, natomiast jakimś dziwnym trafem nigdy nie doczekał się recenzji na mojej stronie. W związku z tym, że od jakiegoś czasu jest w sprzedaży w nowej wzbogaconej formule, jest to doskonała okazja, by przy okazji wspomnieć jak obecny krem wypada na tle starej wersji.

W listopadzie zużyłam również oczyszczający, odżywiający i łagodzący podrażnienia żel Surgras Ultra Bogata Konsystencja, który jest przeznaczony zarówno do kąpieli, jak i do twarzy. Ja stosuję go częściej do mycia twarzy.


Ciekawym zbiegiem okoliczności w grudniu otrzymałam od Drogerii Syrenka prośbę o zamieszczenie opinii na temat tych kosmetyków na blogu i bez wahania się zgodziłam, zwłaszcza że na tej stronie ceny są zdecydowanie atrakcyjniejsze niż w innych miejscach, w których dotychczas zamawiałam kosmetyki.
Zacznijmy od kremu. Poprzednia wersja była tak samo dobra jak obecna, z tymże nie odpowiadały mi wtedy walory, które - trzeba zaznaczyć - akurat nie miały wpływu na skuteczne działanie. Mam na myśli intensywny i nieprzyjemny metaliczny zapach i zbitą konsystencję przypominającą maść, przez co wchłanianie następowało trochę wolniej. Nowa wersja jest bezzapachowa, a jej formuła o wiele lżejsza. Termin przydatności kosmetyku ogranicza się do 6 miesięcy od otwarcia; pojemność 50 ml.

Producent informuje o składzie i działaniu kremu:
DERMALIBOUR+ krem regenerujący dzięki wyciągowi z młodych pędów owsa Rhealba® oraz połączeniu cynku i miedzi jest idealny do codziennego stosowania oraz stanowi kompletną pielęgnację skóry podrażnionej, którą intensywnie oraz natychmiastowo łagodzi,  oczyszcza podrażnione okolice skóry i redukuje namnażanie się bakterii. Nie zatyka porów.

Polecam stosować ten krem, gdy:
  • przydarzy się Wam podrażnienie skóry spowodowane np. zbyt agresywnym peelingiem. Cera wtedy jest mocno zaczerwieniona, towarzyszy temu pieczenie skóry, potem pojawiają się miejscowe przesuszenia, które wyglądają jak strupy - bez odpowiedniego działania pielęgnacyjnego mogą one tkwić na skórze naprawdę długi czas, mimo że uporamy się jakoś z zaczerwienieniem.  O ile zwykły kosmetyk silnie nawilżający da sobie z tym radę w ok. 3 dni, o tyle ten krem rozprawi się z problemem praktycznie w jedną noc. Jeśli zostaną rano jakieś drobne miejscowe zaczerwienienia, to ponowna poranna aplikacja  ostatecznie zażegna problem. Trzeba wspomnieć, że dyskomfort związany z rozpaloną skórą twarzy znika z chwilą nałożenia specyfiku;
  • tak jak ja, testujecie mnóstwo nowych perfum i niektóre z nich spowodują wysypkę na szyi i wywołają objawy swędzenia skóry. Taką samą reakcję mogą oczywiście spowodować też kosmetyki. Wtedy ten krem natychmiast przyniesie ukojenie i doprowadzi skórę do ładu;
  • posiadacie na twarzy stany zapalne, których wygojenie warto by było przyspieszyć;). Krem działa w tej kwestii błyskawicznie;
  • dokuczają Wam podrażnienia okolic ust, a także podrażnienia dłoni. Działanie jak wyżej:).
Nie wyobrażam sobie nie mieć tego doskonałego kosmetyku pod ręką.



Znaleźć dobry żel do twarzy, to w moim przypadku tak jak znaleźć niezawodny tusz do rzęs czy świetny szampon - rozpatruję tę kwestię w ramach trudnego wyzwania;). Najczęściej miałam styczność z  takimi, które przesuszały skórę, kilka miesięcy trafił mi się nawet żel, który zapychał, ale to akurat moja nieuwaga -  umknęły mi wtedy w składzie substancje, które w ten sposób działają na moją skórę.

Na podstawie informacji od producenta można wywnioskować, że żel Surgras nie powinien nikogo rozczarować:
Wyjątkowy i unikalny roślinny składnik, wyciąg z owsa Rhealba®, ma działanie łagodzące i zmniejszające podrażnienia. Jest to w 100% naturalny składnik z owsa uprawianego we Francji zgodnie z normami Rolnictwa Ekologicznego. Pozostawia film ochronny na skórze, zapewnia 24h nawilżenie. Bardzo dobre właściwości kosmetyczne – kwiatowy zapach i aksamitna konsystencja. Wzbogacona o ultra odżywcze składniki: ponad 40% emolientów w składzie. Fizjologiczne pH. Bez mydła, bez parabenów.
Do umycia twarzy wystarczy zaledwie odrobina kosmetyku, ponieważ konsystencja jest gęsta i jednocześnie treściwa. Bardzo dobrze się pieni. Posiada nienachalny kwiatowy zapach. Podczas mycia towarzyszy nam przyjemne uczucie jakbyśmy rozprowadzały i wmasowywały jakiś odżywczy preparat

Po opłukaniu twarzy następuje chwila prawdy. Będzie to okropne uczucie ściągnięcia i przesuszenia czy nie? Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, choć od razu zaznaczam, że nie mamy też do czynienia z powalającym efektem solidnie nawilżonej skóry. Następuje kolejna chwila prawdy. Jak prezentuje się cera? Jest doskonale oczyszczona, mimo że żel jest bardzo łagodny dla skóry. Pory są domknięte, a tym samym skóra wygląda na wygładzoną

Trzeba być ostrożnym przy dozowaniu produktu na dłoń, ponieważ żel lubi wydostać się w niewspółmiernej do zapotrzebowania ilości;) - jeśli używa się go do mycia ciała, jest to ilość odpowiednia.

I jeszcze jedno, jest rewelacyjny do mycia pędzli do makijażu!:) Włosie jest dobrze wyprane i jednocześnie przyjemnie miękkie tuż po wysuszeniu. Pojemność 200 ml, termin przydatności - 12 miesięcy. 

Podsumowując, z chęcią zużyję trzecie opakowanie, a potem kolejne itd.:).


Odnośnik do kremu ---> klik
Odnośnik do żelu --->klik

Witajcie! :)

Uwielbiam poszukiwać przeróżnych doznań zapachowych. W tym roku zaznajomiłam się nieco bardziej z perfumami orientalnymi oraz niszowymi i mogę Was zapewnić, że nadal będę podążać w tym kierunku m.in. dlatego, że ten świat oferuje szerszą i ciekawszą paletę barw (co nie znaczy oczywiście, że główny nurt jest nudny - nadal odkrywam tam obłędne zapachy;)), a z drugiej strony chcę wyjść naprzeciw oczekiwaniom wszystkich odwiedzających moją stronę, którzy chcą poznać też opinie o zapachach mniej znanych oraz zainteresować pozamainstreamowym tematem początkujących w tej jakże fascynującej przygodzie:).
 
Ostatnio zaabsorbowały mnie perfumy organiczne i podążając tym tropem trafiłam na ofertę polskiej marki Latoille 5, znanej przede wszystkim z bardzo dobrej jakości naturalnych kosmetyków aromaterapeutycznych, w których składzie nie znajdziemy szkodliwych dla organizmu substancji. Nie inaczej jest z zapachami, bowiem znajdują się w nich: woda zdemineralizowana, gliceryna, alkohol i najwyższej jakości olejki eteryczne.

A w taki sposób przedstawia swoje pachnidła producent:

Nasze perfumy są robione ręcznie, z miłością, niezwykłą precyzją i dbałością o detale na każdym etapie ich powstawania. Mood perfume Latoille 5 to aromaterapeutyczne perfumy o zapachach pochodzących prosto z natury, których działanie wywiera silny wpływ na naszą psychikę. Mogą być stosowane jako mgiełka do ciała. Są bezpieczne, zawierają glicerynę roślinną i nieznaczną ilość alkoholu. Mogą być używane również jako odświeżacze do powietrza, można nimi spryskać ciało, ubranie, pościel, używać jako perfumy. Uwolniony aromat utrzymuje się do kilku godzin.
Mood perfume Latoille 5 zamknięte są w stylowych, aluminiowych opakowaniach wysokiej jakości. Aluminium jest od środka powleczone specjalną warstwą żywicy zabezpieczającej produkt przed bezpośrednim kontaktem z aluminium i uniemożliwiającej zachodzenie jakiejkolwiek reakcji chemicznej.



Spośród dwunastu zapachów, na początek wybrałam cztery próbki, żeby wyrobić sobie taką wstępną opinię na temat jakości i stylu realizacji tej naturalnej koncepcji przez markę;). Powiem Wam, że dwa zapachy uwiodły mnie od pierwszego powąchania i to pozytywne wrażenie utrzymywało się również, gdy ukazały się nuty serca i bazy, natomiast pozostałe dwa uznałam za niezbyt wymyślne, choć ich skład sygnalizował zupełnie inną historię.


Przejdźmy do podsumowania testów:

  • Mood Perfume Arati - Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Arati zyska Waszą przychylność, jeśli tak samo jak ja uważacie, że perfumy z cynamonem są wyśmienitą ucztą dla zmysłów:). Akceptuję tę nutę nie tylko jako akcent ubogacający kompozycję, doceniam też w roli głównego rozgrywającego - tutaj jest świdrujący w nozdrzach i spożywczy, a perfumy przez jakiś czas pachną jak dobrej jakości cynamonowy olejek eteryczny. Wydawałoby się, że zapach jest monotonny, ale skrywające się za ,,przywódcą" pozostałe nuty: wanilia, goździk i benzoes, mimo że nie mają znaczącej siły przebicia, nadają mu nieco łagodniejszego słodkiego tonu. Wytrawność podrasowana paczulą nie jest już tak dokuczliwa, a zapach nabiera balsamicznego charakteru. Podsumowując, są to ciekawe perfumy, choć oscylują wokół wydźwięku mononutowego. Jeśli chodzi o parametry, moim zdaniem jest to unisex o dobrej trwałości, która nie przekracza 5 godzin; projekcja na długość ramion.

  • Mood Perfume Efrat -  Kiedy jeszcze przed podjęciem decyzji o zamówieniu próbek analizowałam skład tych perfum, miałam przeświadczenie, że dla mojego nosa to będzie zapachowy koszmar - sprawcą takiego myślenia była specyficzna kwiatowa nuta ylang-ylang, która kiedyś odstraszyła mnie na kilka dobrych lat;). Zignorowałam Efrat, choć gdy przyjrzałam się mu ponownie, stwierdziłam, że zaryzykuję z uwagi na nuty drzewne i pomarańczę:). I tym oto sposobem odkryłam cudowny ultrakobiecy zapach, a przy okazji oszalałam na punkcie ylang-ylang;) do tego stopnia, że kupiłam już kilka olejków eterycznych z tą nutą w różnych konfiguracjach zapachowych. Przechodząc do perfum, przede wszystkim mamy do czynienia z ciepłą emanacją drzewa różanego i drzewa sandałowego, która ukazuje się tuż po kwiatowo-paczulowym otwarciu.  Po czasie dołącza aromat skórki pomarańczowej, kropelka dojrzałej róży i trochę korzenności. Moim marzeniem jest identyczny zapach o powalającej trwałości i projekcji, który momentalnie wypełniałby przestrzeń (wiem, takie perfumy nie są w dobrym tonie, ale w tym przypadku tego właśnie chcę;)). Niestety, jest bliskoskórny i wyczuwalny przez ok. 2,5 godziny. W chłodne dni zginie w tłumie innych woni.

  • Mood Perfume Grass Fever - Po intrygujących nutach zapachowych, na które składają się: may chang, trawa cytrynowa, bazylia, wanilia i lawenda spodziewałam się ambitnych perfum, a otrzymałam zapach herbaty z listkami werbeny, który szybko przeobraża się w słodki imbirowo-cytrynowy cukierek. Jest subtelny, trwałość przekraczająca 3 godziny.

  • Mood Perfume Sparkler  - Nie wiem czy jest sens pisać o tym zapachu, skoro jego żywotność mija po 30 minutach, ale wspomnę tylko, że cały czas się zastanawiam jak to jest możliwe, by za sprawą grejpfruta, imbiru, melisy, paczuli i kardamonu wykreować zapach stęchlizny i kurzu? Aromat ten w żadnej mierze nie pretenduje do miana niszowego - jest płaski, bliskoskórny, nietrwały, innymi słowy wyjątkowo nieudany:/. 

*Perfumy w pojemności 100 ml można dostać od 165 zł do 210 zł w zależności od konkretnego zapachu.