Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Niedługo skończą się moje podkłady (zapasy wystarczą do końca wakacji:)).  Jest to dobra okazja, by zrobić szybki przegląd i ocenić, które z nich spisują się bez zastrzeżeń i  tym samym kupię je ponownie oraz ocenić, które kompletnie nie spełniły moich oczekiwań, a więc moja przygoda z nimi dobiega końca (wszystkie recenzje będą podlinkowane). Na koniec przygotowałam listę podkładów, które chcę w najbliższym czasie kupić i wszystko wskazuje na to, że bardzo dobrze zgrają się z moją cerą:).


Zostanę na pewno przy swoich niezawodnych od lat podkładach: długotrwałym matującym Lancome Teint Idole Ultra 24H w odcieniu 03 beige diaphane oraz upiększającym rozświetlającym Teint Miracle, który zapewnia efekt wygładzonej skóry, ale tym razem zdecyduję się na jaśniejszy kolor.

Zachwycił mnie też rozświetlająco-matujący podkład Givenchy Teint Couture, który kupiłam w ciemno po tym jak przeczytałam, że jest zupełnie niewidoczny na skórze i odmładza optycznie poprzez zniwelowanie widoczności rozszerzonych porów. Tak jak już pisałam w recenzji, nie wiem jak on to robi, ale rzeczywiście cera wygląda o kilka lat młodziej, choć muszę uprzedzić, że krycie jest na poziomie lekkim+/średnim-. W tym przypadku również zdecyduję się na jaśniejszy kolor.

Bardzo ciekawy jest też Nude Magique Eau de Teint marki L'Oreal, który jest podkładem na bazie wody. Jego wykończenie jest matowe, natomiast krycie oceniłabym na poziomie średnim. To, o czym trzeba wspomnieć to fakt, że mimo lekkiej formuły jest długotrwały. Poza tym w okamgnieniu rozprawia się z rozszerzonymi porami - tak, to jest ta właściwość, która każe mi go ulokować w czołówce podkładów;).  Dla lepszego efektu producent zaleca rozprowadzać go palcami, aczkolwiek pędzel też sobie poradził, choć czasami musiałam go dodatkowo dopracować opuszkami palców. Szkoda, że nie jest jeszcze dostępny stacjonarnie, bo jestem pewna, że byłby rozchwytywany - jak dotąd widziałam go jedynie w perfumerii internetowej i na allegro. Jeśli znajdę kolor, który będzie miał dużo żółtego pigmentu, to z chęcią do niego wrócę.

Nie wrócę natomiast do Mac Studio Fix i L'Oreal True Match przede wszystkim dlatego, że na mojej cerze były nietrwałe. Zapamiętam też przetłuszczenie cery po ok. 1,5 godz od ich nałożenia. Studio Fix wcale nie kryje dobrze, on  jest po prostu bardzo widoczny tak samo zresztą jak wszystkie niedoskonałości, których nie udało mu się przykryć. Kiedy już postanowiłam nałożyć go na dłuższe wyjście, porządnie gruntowałam i jednocześnie ,,ratowałam" go pudrem wykończeniowym Touch up Veil z bareMinerals, który perfekcyjnie wygładził skórę - utrwalanie innym produktem nie przyniosło żadnego rezultatu. Poza tym, że jest wybitnie fotogeniczny, nie widzę żadnych zalet. Jeśli chodzi o True Match, zużywam go tylko dlatego, że łączę ten podkład z zastygającym korektorem Nyx HD i dopiero wtedy jestem zachwycona tym jak się prezentuje. Warto jeszcze wspomnieć, że ten podkład wymaga aplikacji pędzlem, dzięki czemu nie będzie wyglądał na skórze ,,ciężko".



Plany zakupowe z tej kategorii nie są oszałamiające, choć oczywiście ciekawi mnie mnóstwo podkładów:). Na początek chciałabym jednak poznać cztery, które jak dotąd najbardziej mnie zaintrygowały:
  • Lancome Miracle Air de Teint ma przypominać Nude Magique Eau de Teint z L'Oreal zarówno w formule, właściwościach, jak i wykończeniu. Nie mogłam postąpić inaczej jak tylko wrzucić go na listę:).
  • Artdeco High Definition Foundation ma być photoshopem w butelce:). Z opisów bardzo mi przypomina mój ulubiony drogeryjny podkład Pierre Rene Skin Balance, który trzymał błyszczenie skóry w ryzach przez cały dzień bez konieczności przypudrowania. Zobaczymy czy i ten spisze się na mojej cerze tak doskonale. 
  • Guerlain Lingerie de Peau to podkład o matowym wykończeniu, ma wyglądać na twarzy bardzo naturalnie i zapewnić efekt tzw. naszej skóry, ale lepszej. Poza tym Guerlain to jedna z tych marek, które najbardziej mnie fascynują, więc tutaj motywacja zakupowa  jest podyktowana innymi względami niż racjonalne;).
  • Clarins Extra Firming to podkład o matowym wykończeniu, ma zapewniać przyzwoite krycie bez efektu maski. Niektóre wizażystki upodobały go sobie do makijaży ślubnych, więc powinien być trwały. Muszę sprawdzić czy te wszystkie zachwyty są uzasadnione:).



Witajcie! :)

Jakiś czas temu odkryłam bardzo ciekawą gdańską firmę, która produkuje luksusowe kosmetyki ekologiczne o niszowym i bezpiecznym składzie INCI. Mowa o Laboratorium Farmaceutyczno - Kosmetycznym Femi, które funkcjonuje na rynku już 25 lat. Oferta obejmuje specyfiki do pielęgnacji twarzy, okolic oczu oraz ciała, a także produkty do aromaterapii.  

Jako zagorzała zwolenniczka serum, zdecydowałam się na ten rodzaj kosmetyku i wybrałam wersję przeznaczoną do skóry suchej i wymagającej odnowy biologicznej. Moja mieszana cera od około roku ma skłonności do przesuszeń, wymaga też silniejszej regeneracji, dlatego uznałam, że serum lipidowe ceramidowe (30 ml - 180 zł) może być idealnie skrojone na moje potrzeby:).

Producent przedstawia kosmetyk jako:
skoncentrowany eliksir bogaty w  płynny kompleks lipidowy z ceramidami identycznymi z naturalnymi, których konfiguracja zapewnia optymalne działanie w tworzeniu cementu międzykomórkowego. Dzięki temu serum uelastycznia i regeneruje lipidową warstwę ochronną skóry podnosząc poziom jej nawilżenia. Serum redukuje zmarszczki mimiczne, poprawia owal twarzy, odżywia i ujędrnia dojrzałą cerę suchą skłonną do zmarszczek i utraty elastyczności. Naturalne oleje roślinne działają synergistyczne w celu odmłodzenia i regeneracji skóry. 



Przynajmniej kilka razy zdarzyło się tak, że trafiłyśmy na kosmetyk, w którym najwartościowsze komponenty znajdowały się na końcu składu, co jest oczywiście równoznaczne z tym, że ich stężenie było tak niskie, że nie mogło być mowy o jakimkolwiek działaniu. Jakby tego było mało wypatrzyłyśmy również na pierwszych pozycjach alkohol i substancje zapachowe oraz tzw. wypełniacze, które nie mają na naszą skórę korzystnego wpływu, a wręcz mogą przysporzyć problemów, ponieważ wykazują działanie komedogenne, czyli blokujące pory, zapychające. Czułyśmy się oszukane, choć z drugiej strony producent nie ukrywał składu. Ten problem nie dotyczy tylko drogeryjnej pielęgnacji, luksusowe marki również mają na swoim koncie takie przewinienia, dlatego wskazana jest czujność i świadome dokonywanie zakupu. W związku z tym zachęta:), jeśli chciałybyście nauczyć się analizy składu, a podejrzewacie, że nie uda Wam się objąć tej wiedzy, to mogę Wam powiedzieć, że nie jest to wcale takie trudne - po przeczytaniu kilku artykułów i wydrukowaniu list substancji pożądanych i niepożądanych zaczniecie bez problemu orientować się w tym temacie. 

Dlaczego napisałam powyższy akapit? Zanim zdecydowałam się na kosmetyki marki Femi, musiałam poświęcić chwilę na przejrzenie składów wszystkich produktów, by mieć pewność, że ich jakość nie jest ,,nadmuchana"słowami, a rzeczywista i mogę Was zapewnić, że się nie zawiodłam.

Lista składników aktywnych:
ceramidy identyczne z naturalnymi, ekstrakt z pączków kaparów, naturalna witamina E, skwalan, oleje organiczne: z pestek malin, sacha inczi, jojoba oraz olejki eteryczne: z mirry, palmarozowy, geraniowy-Bourbon.

Właściwości składników (nie uwzględniłam ceramidów, ponieważ ich właściwości zostały opisane w trzecim akapicie):
  • olej jojoba - jeden z lżejszych olejów, regeneruje, działa antyoksydacyjnie, reguluje produkcję sebum, odżywia, łagodzi stany zapalne, niweluje drobne zmarszczki,
  • skwalan (otrzymywany z oliwy z oliwek)  - jeden z lżejszych olejów, składnik stosowany głównie w luksusowych japońskich kosmetykach, nadaje skórze uczucie jedwabistej miękkości, działa bakteriobójczo, to antyoksydant, chroniący lipidowe struktury skóry przed utlenianiem i wolnymi rodnikami, wzmacnia naturalną barierę lipidową skóry, wykazuje właściwości gojące drobne uszkodzenia skóry i stany zapalne,
  • olej z pestek malin - silny antyoksydant, toteż chroni przed fotostarzeniem skóry, działa antyseptyczne, rozjaśniająco, poprawia barierę lipidową naskórka, nawilża, ujędrnia skórę, wpływa na poprawę pracy gruczołów łojowych,
  • sacha inczi (olej z orzeszków peruwiańskiej rośliny Plukenetia volubilis) - antyoksydant; posiada silne właściwości nawilżające, wspomaga proces regeneracji, stymuluje syntezę kolagenu, niweluje przebarwienia, działa przeciwzmarszczkowo, łagodzi stany zapalne,
  • ekstrakt z pączków kaparów - zawiera błonnik, proteiny, rzadkie witaminy K, B6, C, kwas foliowy, mikroelementy oraz korzystne dla skóry minerały: miedź, mangan, selen, magnez, żelazo i wapń; zapobiega podrażnieniom, stanom zapalnym i alergii.



Muszę zacząć od zapachu, który jest jednocześnie ziemisty i ziołowy, ale nie należy do kategorii ekspansywnych. Działa bardzo kojąco, dlatego serum można stosować również podczas masażu aromaterapeutycznego twarzy, szyi, dekoltu i obręczy barkowej (swoją drogą bardzo polecam tę formę relaksu. Poddaję się jej od ok. dwóch lat i efekty są niesamowite:)).

Stosowałam serum głównie na noc ze względu na bardzo bogaty skład - wówczas potrzebujemy ilości sięgającej 1/2 wysokości pipetki. Świetnie spisuje się również jako baza pod makijaż (szczególnie dobrze sprawdzi się pod zastygającymi, długotrwale matującymi podkładami), z tymże wtedy trzeba zaaplikować dosłownie odrobinę, ok. 4 kropelek.

Jak informuje producent, kosmetyk może być używany jako samodzielny preparat do pielęgnacji lub w połączeniu z kremem. Ja zdecydowałam się na tę pierwszą opcję. Produkt jest bardzo wydajny i o ile wodnisto-żelowe konsystencje zużywam w 2 miesiące, to serum na bazie olejków posłuży mi przynajmniej na  6 miesięcy, ponieważ po ponad miesiącu codziennego stosowania widać zaledwie minimalny ubytek.

Czy jestem usatysfakcjonowana  efektami? Moje wrażenia są bardzo pozytywne, ponieważ cera jest w jak najlepszym stanie: jest jędrniejsza, doskonale nawilżona i wygładzona. Serum rewelacyjnie spisało się również na skórze wokół oczu. Zażegnałam też problem przesuszeń cery, któremu nie dało rady poprzednie serum, dlatego tym większe jest moje zadowolenie:).

Wiecie, że lubię wytknąć kosmetykowi nawet najmniejszą wadę:), ale w tym przypadku nie mam powodów do narzekań:). Mamy do czynienia z kolejną polską marką, która zachwyca jakością swoich kosmetyków.




http://sklep.femi.pl/

Witajcie! :)

Perfumy arabskie od dawna mnie intrygowały i zawsze zastanawiałam się jakież to niesamowite wonności muszą skrywać się w tych ozdobnych, artystycznych flakonach. Podejrzewałam oczywiście, że są to zapachy totalnie odmienne od tych, które znamy z rynku amerykańskiego, europejskiego czy azjatyckiego, ale osobie, która nie miała z nimi wcześniej styczności trudno jest wyobrazić sobie dokładnie specyfikę kompozycji, zwłaszcza że składniki, które doskonale znamy (np. jaśmin czy róża), w tych perfumach pachną na ogół nieco inaczej.

Perfumiarze rodem z Półwyspu Arabskiego szczególnie upodobali sobie różę, żywicę agarową (oud), jaśmin, ambrę, drewno sandałowe, wanilię i piżmo, następnie łączą je m.in. z zielonością, aromatycznymi przyprawami, aldehydami, nutami owocowymi tworząc tym samym ponadprzeciętne pachnidła. Do ich produkcji używa się wyłącznie naturalnych komponentów: są to naturalne olejki zapachowe, dzięki czemu możemy mieć pewność, że zapach bardzo długo będzie utrzymywał się na skórze.

Orientalne aromaty to nie tylko odzwierciedlenie ,,gęstej zmysłowości", mocy i obezwładnienia, to również przestrzenna świeżość i bardzo dobrym przykładem będzie tu zapach ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którym może poszczycić się marka z ponad czterdziestoletnią historią działalności - Swiss Arabian, która wypuściła zapach Rasheeqa w koncentracji wody perfumowanej (50 ml - 90 zł).


Producent wyjaśnia znaczenie nazwy perfum i opisuje ich charakter:
,,Rasheeqa" znaczy wdzięk utożsamiany z pięknem i godnością. Zapach wyłania się z melanżu róży z zapachem świeżej, wiosennej zieleni, przechodzi w kwiatowe akcenty jaśminu i konwalii, by na końcu wprowadzić nas w świat zapachów drzewnych, wzbogaconych tradycyjnym piżmem. Kwiatowo-drzewna kompozycja perfum z charakterystyczną nutą piżma doda każdej kobiecie splendoru. Podkreśli jej wdzięk i urok. [cytat za: http://www.zapach-orientu.pl/swiss-arabian-rasheeqa-edp-p-7.html]



Zanim przejdę do analizy, muszę wspomnieć, iż jest to najbardziej zaskakujący zapach, jaki miałam okazję do tej pory używać.  Rasheeqa ukazuje kilka odsłon w zależności od temperatury i zapewne też wilgotności powietrza. Nie mówię tu o takich niuansach, które zauważamy przy tradycyjnych perfumach, gdy np. latem na pierwszy plan wysuwa się jakaś nuta, która zimą zaledwie migocze, ale rdzeń w dalszym ciągu jest identyczny. Tutaj natomiast mamy do czynienia z elementem zaskoczenia, ponieważ zapach potrafi był diametralnie różny od tego, co będziemy pamiętać jeszcze z poprzedniej aplikacji. 

Otwarcie jest mocno wytrawne, tryskające zielonością -  początek przypomina mi woń mięty pieprzowej i szałwii,  a to wszystko przełamane jest odrobiną słodyczy miąższu owoców.
To, co się dzieje później zależy już od naszej skóry i temperatury powietrza. Czasem układa się na skórze na sposób koloński, by dopiero po wielu godzinach ukazać ciepło sandałowca i dojrzałej róży, innym razem od razu wchodzi w przyjazny klimat ziołowo-sandałowo-różany, natomiast według mnie najbardziej ujmujący jest wówczas, gdy odsłania dyskretną chłodną kremowo-kwiatową naturę, która na skórze emanuje czystością. Co ciekawe, w tej konfiguracji zapach przypomina mi krem Nivea wzbogacony m.in. o szlachetny jaśmin.

Uwielbiam takie nietypowe przeobrażenia perfum i muszę przyznać, że Rasheeqa sprostała moim oczekiwaniom.




Perfumy są dostępne w powstałej niedawno perfumerii internetowej Zapach Orientu, więc jeśli macie ochotę rozpocząć swoją pachnącą orientalną przygodę:), zachęcam do przejrzenia jej oferty. Szczególnie polecam przyjrzeć się marce Swiss Arabian, która jest dostępna wyłącznie na stronie tego sklepu. Oprócz standardowych perfum, oferowane są również zapachy w olejku, które charakteryzują się niebywałą trwałością.



Witajcie! :)

Przeglądając ostatnio swój zbiór próbek zauważyłam, że mam 5 zapachów niszowych, o których warto by było napisać już teraz (reszta jeszcze musi poczekać na swój czas;)), dlatego też dzisiaj zaprezentuję kolejną odsłonę testu perfum.

Tym razem będą to dwie marki: Atelier Cologne i Memo Paris. Pierwsza z nich znana jest z tego, że:

kreatorzy perfum łączą zaskakujące i rzadkie ekstrakty ze świeżymi cytrusami. Tworzą skoncentrowane, charakterystyczne i trwałe formuły. Każdy zapach kryje bezcenne emocje i silne wspomnienia. Założyciele firmy mieli marzenie, by tworzyć zapachy o takim charakterze, aby mogły być noszone jako perfumy czy ekstrakty, a jednocześnie, aby miały egzaltowaną i charakterystyczną świeżość wody kolońskiej. [cytat za: http://www.perfumeriaquality.pl/atelier-cologne/]

Druga może się szczycić wyjątkowymi kolekcjami zapachów z daleka:

Memo podróżuje przez różne lądy, prawdziwe i nierzeczywiste: każdy z zapachów roztacza symboliczną wizję danego miejsca, bazując na kilku kluczowych składnikach. Kolejna seria poświęcona jest akordowi skóry. Bo czy skóra nie jest w pewnym sensie wiecznym wędrownikiem? Wiernym towarzyszem podróżnika, zwiedzającego świat ze swoją skórzaną torbą, która przesiąka egzotycznymi zapachami odwiedzanych miejsc? ,,Wędrowne nasiona'' to najnowsza kolekcja aromatycznych, roślinnych zapachów. Inspiracją dla tej serii były nasiona i ich niezwykła siła życia oraz otaczające je owoce. Podobnie jak Memo, nasiona lubią podróżować; są prawdziwą metaforą życia i wolności. [cytat za: http://www.perfumeriaquality.pl/memo0/]




Wśród tych zapachów nie znalazłam kolejnego obiektu westchnień;), ale uważam, że każdy z nich ma w sobie coś intrygującego, więc oczywiście zachęcam do testów:). Muszę też wspomnieć, że im więcej perfum poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ocenianie ich w kategoriach: dobry/zły, majstersztyk/porażka nie ma sensu, o czym wielokrotnie się przekonałam, gdy ten sam zapach potrafił pachnieć kompletnie inaczej w zależności od rodzaju skóry. Oczywiście nadal mogę oceniać je według tego, co dyktuje mój gust, ale wiadomo, że każdą recenzję czy opinię trzeba traktować wyłącznie jako wstęp do własnych poszukiwań.

Przejdźmy do testu:

Atelier Cologne Sud Magnolia - ten zapach spotkał się z dość chłodnym odbiorem pasjonatów perfum. Jest bliskoskórny, subtelny, prawie transparentny. Podchodziłam do niego sceptycznie do czasu, gdy w tej wodnej (za sprawą magnolii) kompozycji ukazał się szafran, który zepchnął monotonię w kąt. Zapach jest jednocześnie wodny, cytrusowy i odrobinę gorzki;  klimatem zbliżony do Un Jardin Sur Le Toit Hermesa, ale jeszcze bardziej dyskretny. Świetnie sprawdzi się podczas upałów.

Atelier Cologne Orange Sanguine - pomarańcza jest jedną z moich ulubionych nut. Podejrzewam, że zestawienie jej z dowolnymi składnikami wzbudziłoby mój entuzjazm, o ile oczywiście nadal dominowałaby w zapachu. W Orange Sanguine sprawuje ona niepodzielną władzę:). To rzeczywisty aromat słodkiej, dojrzałej pomarańczy podanej wraz z goryczą skórki. Perfumy są nagrzane słońcem, energetyczne, blisko im do efektu syropu, ale na szczęście nie przekraczają tej ryzykownej granicy.  Żałuję, że na mojej skórze okazały się być nietrwałe, bo widziałabym je w swoim zbiorze.

Atelier Cologne Cedre Atlas - to bardzo udany mariaż drzewa cedrowego i cytrusów: jest konkretnie i ambitnie. Świeżość bergamotki, cytryny i wetywerii oraz puchate ciepło cedru i ambry intrygują już od samego początku. Zastanawiała mnie też  ta specyficzna nuta kartonu, która była charakterystyczna również dla Escentric Molecules, Molecule 01 i po wstępnej analizie składu, wydaje mi się, że za ten efekt odpowiada dymny papirus. Cedre Atlas to bardzo trwały i wyrazisty zapach, w którym odnajdą się zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
Memo Paris Quartier Latin - otwarcie jest dość zaskakujące, ponieważ za każdym razem czuję połączenie nut drzewnych i zapach... świeżo startej marchewki (marchewka jest słodka, więc nie widzę problemu:)). Później odbieram zapach jako inwazyjny zamszowo-drzewny na balsamicznym podbiciu. Przeważnie perfumy sprawiają, że przed naszymi oczami pojawiają się obrazy będące ich interpretacją i tym razem też tak było - dostrzegłam domową bibliotekę na poddaszu urządzoną w klasycznym stylu, a w niej fotele obite skórą i zostawione na biurku w popielniczce niedopalone cygaro. Mimo że Quartier Latin jest zapachem typu unisex, skierowałabym go raczej w stronę męską.

Memo Paris  French Leather  - ten zapach jest bardzo podobny do piżmowo-różanego z kwaśnym akcentem Bleu Paradis marki Terry de Gunzburg. W propozycji Memo Paris pojawia się dodatkowo akord zamszowy, zatem mamy tu klimat aromatu imitującego zapach czystości przełamany pylistą pudrowością. Dziwić może tylko nazwa perfum, która w żaden sposób nie odzwierciedla tego, co się dzieje we flakonie.

Który zapach macie ochotę przetestować? A może któryś z nich jest już w Waszej kolekcji?:)

Witajcie! :)

Dawno nie używałam na co dzień profesjonalnej bazy pod cienie, ponieważ w tej roli całkiem dobrze spisywał się korektor pod oczy. W kwietniu zdecydowałam się w końcu na Artdeco Eyeshadow Base, ponieważ wymagała tego potrzeba chwili;) - otóż okazało się, że nie wszystkie pigmenty o metalicznym wykończeniu z MUG są w stanie utrzymać się na moich powiekach dłużej niż kilka minut. Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, były niestabilne: niektóre dość szybko robiły prześwity, migrowały poza granicę załamania powieki, a co gorsze - momentalnie się rolowały. Poza tym chciałam ją też sprawdzić pod moimi kilkoma matowymi cieniami i jednym perłowym z Inglota, które nie zaliczają się do najtrwalszych.


Otwierając słoiczek od razu zwróciłam uwagę na świeży zapach bazy, który jest połączeniem mięty i pianki do golenia. Tuż po nałożeniu jej na powieki czuć lekkie chłodzenie, co powoduje, iż mam wątpliwość czy dla wrażliwych, alergicznych skór będzie ona dobrym wyborem - wydaje mi się, że istnieje prawdopodobieństwo, że może podrażniać. 

Baza ma kremową konsystencję, natomiast jej faktura jest satynowa i półprzezroczysta ze srebrnymi drobinkami, co delikatnie rozświetla i rozjaśnia powieki

Jeśli chodzi o samą aplikację, trzeba mieć wprawną rękę, a zatem szybko i precyzyjnie ją rozetrzeć - najlepiej sprawdzi się do tego celu puchaty pędzelek z dłuższym włosiem. Nieumiejętne rozprowadzenie sprawi, że miejsca, w których nałożyłyśmy jej za dużo zaschną i zrobi się skorupa, a cienie na takim fundamencie będą wyglądać nieestetycznie.

Od razu zauważyłam, że baza podbija kolor cieni: maty są bardziej wyraziste, a w moim ulubionym pomarańczowym cieniu (407 Pearl) opalizującym na złoto i różowo wytracił się nieco bazowy kolor, za to uwydatniło się złoto. Trwałość cieni została wydłużona  z 3 godzin do przynajmniej 8, choć i tak podejrzewam, że utrzymałyby się aż do demakijażu, ponieważ nie spostrzegłam żadnych symptomów wskazujących na to, że baza kończyłaby swoją misję:).

Jeśli chodzi o pigmenty,  wystarczy cieniutka warstwa, by dobrze się do niej dokleiły i długo utrzymywały, natomiast pod cienie musi być to zdecydowanie solidniejsza warstwa.



Cień 407 Pearl na grubszej warstwie bazy po sześciu godzinach:



Pędzelek, który najlepiej spisał się przy rozcieraniu bazy pochodzi z zestawu Essential od EcoTools:





Witajcie! :)

Dawno nie pisałam o pielęgnacji, ale zamierzam to zmienić i przynajmniej raz w miesiącu postaram się przemycić to ,,zagadnienie" na blogu;). Owszem, perfumy i kosmetyki kolorowe to  bardzo wdzięczny temat i można go eksploatować do woli, aczkolwiek ostatnio zaczęło mi czegoś brakować, dlatego też postanowiłam wprowadzić urozmaicenie. Planuję też pewne uatrakcyjnienie treści dotyczących zapachów, ale o tym innym razem:).

Wracając do rzeczy, efektem moich ostatnich poszukiwań jest odkrycie kilku interesujących kosmetyków m.in. do pielęgnacji twarzy i na pewno za jakiś czas podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami, natomiast teraz chciałabym się skupić na kosmetyku koreańskiej marki Mizon.

W październikowym poście pielęgnacyjnym zapowiedziałam, że wraz z trzema kosmetykami, które zawierają odmładzające peptydy będę również używać serum Mizon Peptide 500, które zawiera 45% koncentrację tego składnika. 


Producent zapewnia: 

To energetyzujące serum przeciwzmarszczkowe wypełnia zmarszczki od środka, daje efekt liftingu. Pomaga również zmniejszyć rozszerzone pory. Dodatek adenozyny, kwasu hialuronowego oraz beta-glucanu potęguje działanie peptydów - skóra jest nawilżona i jędrniejsza. Kosmetyk stymuluje syntezę kolagenu oraz elastyny, zapobiegając ich rozpadowi w skórze.  Przyspiesza regenerację skóry, chroni skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Nie zawiera parabenów, sztucznych barwników i substancji zapachowych.


Opinie na temat tego kosmetyku są podzielone: jedni widzą efekty gołym okiem i nie wyobrażają już sobie, by w codziennej pielęgnacji zabrakło tego specyfiku, inni nie dostrzegają poprawy w wyglądzie cery. 

Moje wymagania wobec tego serum były bardzo sprecyzowane, ale na pewno nie były wygórowane.  Oczekiwałam nawilżenia, zwężenia rozszerzonych porów oraz wygładzenia drobnych zmarszczek - nie nastawiałam się na spektakularne efekty

Formuła kosmetyku jest wodnisto-żelowa, z łatwością się rozprowadza i dość szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze filmu.  Tuż po wniknięciu kosmetyku można odczuć delikatne napięcie skóry.

Co uzyskałam? Moje oczekiwania zostały spełnione, choć przyznaję, że spodziewałam się silniejszego nawilżenia. Jeśli chodzi o redukcję zmarszczek, zauważyłam zmniejszenie problemu w okolicy oczu i całkowite zlikwidowanie drobnej linii, która zaczęła mi się tworzyć kilka miesięcy temu pod lewą fałdą nosowo-wargową (była jakby jej przedłużeniem). Serum nie domyka rozszerzonych porów w 100%, aczkolwiek ich widoczność jest nieco zniwelowana. 

Najlepsze zostawiłam na koniec:), ponieważ właściwości, o której teraz wspomnę w ogóle się nie spodziewałam mimo że producent o tym zapewniał. Przechodząc do sedna, serum świetnie sobie radzi z regeneracją skóry (w moim przypadku była to intensywna regeneracja). W trakcie stosowania serum wszelkie ślady po niedoskonałościach zostały bardzo szybko zlikwidowane, a cera prezentowała się zdrowo i promiennie.



Jeśli zastanawiacie się nad zakupem Mizon Peptide 500, szczerze polecam. Na pewno wrócę do niego po wakacjach, ponieważ aktualnie zaczęłam testować inne serum po to, by pokazywać Wam jak najwięcej ciekawych kosmetyków:).
Witajcie! :)

Podejrzewam, że niejedna z Was zastanawia się nad zakupem pigmentów z Makeup Geek. Ich cena nie należy do najniższych ( ok. 50 zł ), dlatego zrozumiałe jest, że trzeba przemyśleć sprawę i wybrać wyłącznie unikatowe kolory. Jeśli chodzi natomiast o osoby zajmujące się makijażem zawodowo, to wiadomo, że w takim przypadku nie istnieją żadne ograniczenia;).

Pokażę Wam kolory pigmentów i przedstawię swoje wrażenia na podstawie przetestowanych odsypek. 

To co od razu zwróciło moją uwagę, to fakt, że metaliczne wykończenia (np. Liquid Gold, Nightlife) nie mogą zostać nałożone na powieki bez dobrej bazy, ponieważ w okamgnieniu potrafią się zrolować lub zrobić prześwity - wykluczona jest również baza z korektora. Niezbyt dobrze utrzymał się też matowy pigment z drobinkami. Poza tym nie mam powodów, by narzekać, bo kolory są niesamowite:). Największy zachwyt wzbudziły we mnie odcienie: Birthday Wish, Sweet Dreams, Liquid Gold, Utopia i Vegas Lights.



Prezentacja kolorów pigmentów bez bazy:





Liquid Gold - kolor oliwkowy z domieszką złota; bardzo błyszczący pigment o wykończeniu metalicznym. Jeden z najładniejszych odcieni, na jaki dotychczas trafiłam. Raczej do stosowania jako akcent kolorystyczny, nie sprawdzi się w roli monochromatycznego makijażu oka, ponieważ jest zbyt odważny.

Sweet Dreams - waniliowo-beżowy odcień  o satynowym wykończeniu, bardzo podobny do Naked  z Mac. 

New Years Eve - matowy waniliowy odcień z drobinkami w kolorze żółtego złota; nie spodobał mi się ze względu na to, że nie należy do najtrwalszych i z uwagi na to, że podczas nakładania drobinki zostają rozprowadzone nierównomiernie.

Jackpot - połyskujące cytrynowe złoto, nie ma jednolitej struktury, mam wrażenie, że jest to drobno zmielony brokat.

Birthday Wish - połyskujący pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym.

Nightlife - pigment w kolorze brzoskwiniowo-brązowym z domieszką szarości o wykończeniu perłowym.

Utopia - brokatowy pigment w kolorze antycznego złota.

Poker Face - kolor określany jako średni złoty brąz; wykończenie metaliczne.

Vegas Lights - pigment w miedzianym kolorze o wykończeniu metalicznym.

Insomnia - brązowy pigment opalizujący na turkusowo; podobny do Blue Brown z Mac, czy Amc 85 z Inglota.

Moje ulubione pigmenty (wszystkie nałożone na bazę Artdeco): 


Birthday Wish



Jackpot



Liquid Gold (dodatkowo nałożony na matowy cień w kolorze kawowym, by uniknąć efektu przerysowania; zabieg ten bardzo zminimalizował połysk i stonował jego intensywny oliwkowy kolor).


Sweet Dreams


Utopia



Vegas Lights




Jestem bardzo zadowolona z tych pigmentów. Mają aksamitna formułę, wystarczy zaledwie odrobina, by pokryć całą powiekę, więc będą wydajne. Na pewno zamówię Utopię i Vegas Lights, bo trudno znaleźć takie wyraziste i oryginalne kolory w ofercie innych marek. 
Jestem też ciekawa, które odcienie Was zauroczyły:).
Witajcie! :)

Dziś dość nietypowo, ponieważ  wpis o perfumach korzennych w środku wiosny jest pewnie ostatnim tematem, którego można byłoby się w tym momencie spodziewać:). Dlaczego nie wykazałam się cierpliwością i postanowiłam napisać o nich właśnie teraz? :) Otóż nic nie stoi na przeszkodzie, by poza ich naturalnym jesienno-zimowym środowiskiem pozwolić im również ukazać swój czar wiosną czy latem, dlatego że nie są z gatunku tych przytłaczających, a nuty będące dodatkiem do przypraw sprawiają, że zapachy nabierają pewnej lekkości.


Moja fascynacja perfumami korzennymi zaczęła się od momentu, gdy poznałam 3  fantastyczne zapachy z tej kategorii. Mowa tu o Estee Lauder Sensuous Noir i unikatach: L de Lolita Lempicka oraz  Nina Ricci Delice d'Epices.

Ten ostatni cynamonowo-kardamonowy zapach z nutą jabłka, który miałam okazję przetestować dzięki uprzejmości Maddie sprawił, że postanowiłam znaleźć coś podobnego i choć mi się to udało, to i tak będę wytrwale poszukiwać tego unikatu i nie ustanę w wysiłkach póki nie znajdzie się w moim zbiorze;).  Jest moim zdaniem niedościgniony w swoim oryginalnym ostrzejszym wydaniu -  w tym niepozornym, infantylnym i kiczowatym wręcz flakonie mamy wytrawną eksplozję przypraw korzennych w wysublimowanym stylu.



Efektem poszukiwań zapachów jabłkowo-korzennych jest poniższa czwórka: 3 z nich to zapachy niszowe, natomiast Dolcelisir został wypuszczony przez włoską markę L'Erbolario, która znana jest z produkcji kosmetyków na bazie roślinnej.


L'Erbolario Dolcelisir edp- sklasyfikowane jako orientalno-waniliowe. Główną rolę odgrywa tu cynamon, któremu tło nadaje soczyste jabłko (nie ma go w składzie, ale najprawdopodobniej taki efekt uzyskano za sprawą rumu) i karmelowo-waniliowe podbicie, choć trzeba zaznaczyć, że całość i tak emanuje wytrawnością. Na tle poniższych zapachów Dolcelisir wyróżnia się wyczuwalną nutą kakao w samym sercu kompozycji. Jeszcze przed poznaniem perfum, analizując wszystkie nuty, można odnieść wrażenie, że to kolejny ulepny zapach niezbyt wysokich lotów, aczkolwiek wszelkie obawy zostają rozwiane wraz z pierwszą aplikacją:). Jak widać, grunt to odpowiednie proporcje.
(50 ml - 151 zł, 100 ml - 190 zł)

One of Those Helium edt - sklasyfikowane jako orientalne. To nieco łagodniejsza, słodsza wersja Dolcelisir, choć muszę wspomnieć, że oba zapachy są praktycznie w 85-90% zbieżne. Najdziwniejsze jest to, że w składzie nie ma jabłka ani nawet takich takich nut, które na pierwszy rzut oka po połączeniu mogłyby sprawić, że  otrzymamy efekt jabłka (mój detektywistyczny zmysł tym razem zawiódł i nic nie wydedukował w tej kwestii;)), a paradoksalnie jest to zapach z największym stężeniem jabłka z całej czwórki:). Przyprawy korzenne są równoważnym partnerem dla tego soczystego owocu i fantastycznie się przenikają. Helium odznacza się zachwycającą lekkością i przestrzennością. Jest wręcz stworzony do noszenia wiosną.
(100 ml - 462 zł)

Nobile 1942 La Danza Delle Libellule edp - sklasyfikowane jako kwiatowo-owocowe-gourmand. Perfumy, które okazały się być jednym z moich największych rozczarowań zapachowych - wydają się być pozbawione wyrazu. Otwarcie jest rzeczywiście ciekawe, ponieważ mamy tu świeżo starte jabłka dosłodzone cukrem. To co dobre, szybko się kończy i po chwili pojawiają się zaledwie przebłyski cynamonu (dosłownie szczypta), by w ostateczności pachnieć wyłącznie cukrem waniliowym...
(75 ml - 472 zł)

Evody Noir d'Orient edp- unisex; sklasyfikowane jako drzewno-przyprawowe. W tym przypadku wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z niszową kompozycją. To doskonała mieszanina przypraw rodem z Indii, cynamonu, goździków, paczuli, kadzidła i nut drzewnych. Jest bardzo odważnie i bardzo... poważnie do czasu, gdy zauważymy, że co jakiś wytrawność zacznie być przełamywana pojawiającym się od czasu do czasu aromatem pieczonego jabłka (ten efekt uzyskano pewnie za sprawą rumu), który jest idealnym dopełnieniem kompozycji - nie wyobrażam sobie, by co innego mogło urozmaicić i jednocześnie złagodzić tę moc. Na ten moment Noir d'Orient jest dla mnie doskonałością w kategorii perfum przyprawowych.
(50 ml - 415 zł, 100 ml - 630 zł)


Podsumowanie testu:
Uwielbiam zarówno Dolcelisir, Helium, jak i Noir d'Orient. Mając jednak na względzie ogólne wrażenie na temat kompozycji zapachowej i stosunek ceny do jakości,  moim zdaniem najlepszym wyborem byłby zapach marki L'Erbolario, natomiast wszystkie fanki wycofanej Niny Ricci Delice d'Epices znajdą w Noir d'Orient jej godnego następcę. 




Witajcie! :)

Upalne dni jeszcze przed nami, ale już teraz dla wszystkich fanek zielonych aromatycznych zapachów mam doskonałą propozycję na ten gorący czas - to jeden ze słynnych ogródków Hermesa, czyli Un Jardin Sur Le Toit.

Przekonałam się dzięki niemu o istnieniu innego wymiaru perfum, ponieważ we flakonie zamknięto zapach realnie odwzorowujący wybrany skrawek przyrody. Brzmi intrygująco, ale pachnie jeszcze lepiej:).



Często miałam okazję słyszeć, że przy wysokich temperaturach wiele osób rezygnuje z perfum, ponieważ nawet świeże zapachy wydają się być wówczas przytłaczające. W poprzednim sezonie, gdy nad wyraz często byliśmy raczeni ekstremalną ,,gorączką", i mnie trudno było nosić moje ulubione chłodzące wody toaletowe: Guerlain Aqua Allegoria Mandarine&Basilic i Chanel Chance, które skądinąd zaplanowałam na okres wakacyjny;). Niestety nie przewidziałam, że lato minie pod znakiem fali upałów i wszelkie znane mi dotąd zapachy nie spiszą się należycie w takich warunkach.

Sprawdził się za to mój nowy ultralekki ,,ogródkowy aromat", który jako jedyny rzeczywiście przyniósł ulgę, a którego twórcą jest Jean Claude Ellena (perfumiarz, który porównał perfumy do opowieści;)).

W zamyśle Un Jardin Sur Le Toit miał oddawać zapach ogrodu ulokowanego na dachu siedziby firmy Hermes, która znajduje się w Paryżu. Znając już te perfumy, bardzo chciałabym się w nim znaleźć i móc cieszyć się widokiem oraz zapachem tego miejsca choćby przez godzinę - relaks i ukojenie murowane;). 


    
Perfumy ujmują prostotą, łagodnością i rześkością, bowiem mamy tu dominujący duet świeżo skoszonej trawy i jeszcze niedojrzałej róży oraz nieznaczny akcent ziołowy. Na drugim planie następuje taniec nut, który odpowiada za to, by nadać zapachowi wilgotny, delikatnie wodny charakter, zatem pojawia się magnolia, ale też gruszki i jabłka, ale daleko im do soczystej słodkości - stawiałabym raczej na niedojrzałe owoce. Kompozycja jest niesamowicie zielona, oprócz tego pachnie niczym powietrze i ziemia tuż po deszczu. Powiedzieć ,,natura we flakonie" to zdecydowanie za mało, by oddać istotę tego zapachu - to swoista aromaterapia.

Warto też wspomnieć, że wszystkie składniki doskonale współbrzmią jako całość, jednak co jakiś czas każdy z nich daje znać o swojej autonomiczności. Zapach zaskakuje elegancją i jednocześnie dziewczęcą filuternością, i choć na pierwszy rzut oka nie da się tego pogodzić, to jednak kreatorowi udało się to, co pozornie niemożliwe.




Witajcie! :)

Pisałam już o pomadkach z Mac o wykończeniu matte (---> Candy Yum Yum)  i cremesheen (--->Creme Cup), które wyjątkowo dobrze zostały przyjęte przez moje wymagające usta;). Tym razem skoncentruję się na wykończeniu frost, a w przyszłości na pewno na pozostałych seriach,  aby przygotować kiedyś wpis podsumowujący - spróbuję doradzić wówczas, które z nich są warte wypróbowania. Przede mną zatem jeszcze: amplified, amplified creme, glaze, lustre, retro matte i satin. 

Wersja frost nie zadowoliła mnie tak jak poprzedniczki, dlatego musiałam znaleźć na nią sposób, by w pełni cieszyć się tym pięknym słonecznym kolorem. 


Costa Chic to pomarańczowo-brzoskwiniowy odcień o metalicznym wykończeniu, które  jest dość problematyczne. Pomijając niezbyt elegancki perłowy połysk, pomadka jest delikatnie wyczuwalna na ustach, co odczuwam już jako dyskomfort (akceptuję wyłącznie takie formuły, które nie dają o sobie znać;)). Ponadto podkreśli wszelkie suchości oraz strukturę ust, o ile charakteryzuje się ona naturalnymi wgłębieniami. Potrafi też  nieestetycznie zaznaczać wewnętrzną linię warg. Jeśli chodzi o trwałość,  sądzę, że utrzyma się do 3 godzin, choć wiadomo, że jest to kwestia indywidualna.  

Do zalet zaliczyłabym niewątpliwie kolor, który świetnie będzie się prezentował na dziewczynach o śniadej i oliwkowej karnacji. Po drugie jak zwykle muszę docenić fakt, że nie przesusza.

Jak już wspomniałam, ten odcień jest zbyt piękny, bym skreśliła kosmetyk ze względu na jego oczywiste wady. Postanowiłam aplikować ją na błyszczyk w bezbarwnym bądź neutralnym odcieniu, który stanowi rewelacyjną bazę - wygładza usta, a więc szminka nie uwypukli charakterystycznych linii, za jednym zamachem pozbyłam się też perłowego blasku. W tym momencie nie mam żadnych zastrzeżeń i poddaję się przyjemności noszenia tego tropikalnego koloru:), choć nie zdecyduję się na kolejną pomadkę z tej serii.




Prezentacja pomadki nałożona na usta, na których nie ma żadnej bazy:



Costa Chic na bezbarwnym błyszczyku:


Jeśli macie w swoich zbiorach szminki z Mac o wykończeniu frost, dajcie znać co o nich sądzicie.

Witajcie!:)

Wpisem na temat  zapachu Molecule 01 zapoczątkowałam kolejny etap na moim blogu, który będzie obfitował we wzmianki na temat zapachów niszowych. Zafascynował mnie ten świat, choć nie umniejszam w żaden sposób perfumom głównego nurtu, ponieważ zarówno pierwsza, jak i druga grupa ma wiele do zaoferowania, obu też zdarzają się nieudane kompozycje. Grunt to znaleźć takie aromaty, z którymi będziemy się w stanie utożsamić.

Świat niszy to nie tylko mroczne perfumy dla osób poszukujących ekstremalnych wrażeń, to także całkiem przyjazne zapachy, które potrafią oczarować niespotykanym zestawieniem składników. Tu można odnaleźć  perfumy, których twórcy nie boją się kreatywności, poszukiwań, ryzyka, dlatego od jakiegoś czasu je poznaję i na pewno będę się dzielić swoimi spostrzeżeniami na temat tego, co napotkam na swojej drodze;).

Większość zapachów z dzisiejszego wpisu poznałam dzięki Magdalenie (Maddie) z bloga See&Smell, która kilka miesięcy temu wysłała mi wspaniałą pachnącą paczkę:). Dzięki Tobie wkroczyłam w niszę o wiele szybciej niż planowałam, dlatego dziękuję za motywację;).





Przejdźmy zatem do testu:).

The Different Company Sublime Balkiss  edp -  nie lubię dominującej róży w perfumach, bo przeważnie jest zbyt krzykliwa bądź zestawiona ze składnikami, które czynią z niej karykaturę. Zdarzyło mi się jednak zetknąć z różą, która jest do zaakceptowania i noszenia oczywiście;), dlatego w tym momencie mogę stwierdzić, że najbardziej odpowiada mi połączenie róży z paczulą, lubię ją też w duecie z zielonością, którą rozumiem poprzez łodygi, liście, trawę, garść świeżych ziół.  Sublime Balkiss ukazuje o wiele więcej niż tylko zapach płatków tego kwiatu -  to esencja całej róży wraz z jej zielonością, spotęgowana zapachem czarnych porzeczek, które nie zostały jeszcze zerwane z krzaka. To trochę za mało, by wyobrazić sobie jak pachną te perfumy, dlatego trzeba tchnąć w nie krystalicznie czyste nadmorskie powietrze. To jeden z bardziej urokliwych wiosennych zapachów, dodatkowo muszę wspomnieć o jego imponującej trwałości i bardzo dobrej projekcji. 
(cena - od 222 zł za 50 ml)

Il Profumo Cortigiana edp - moje pierwsze skojarzenie - Cortigiana pachnie jak syrop na kaszel:).  To wiśniowo-waniliowo-pudrowy ulep, którego nie da się chyba używać w dłuższej perspektywie bez uczucia zmęczenia i znudzenia. Nie ma tu rzeczywistego odwzorowania nut, zabrakło też rozwagi w trakcie osładzania kompozycji.
(cena - 375 zł za 50 ml)

Serge Lutens Bois et Fruits edp  - mimo owocowo-drzewnego składu, perfumy jawią mi się jako typowo korzenne. Wyraźnie wyczuwam cynamon (uparcie będę twierdzić, że jest on w tym zapachu;)), drzewo cedrowe i suszone śliwki. To wyrafinowana kompozycja z tzw. ogonem na okres jesienno-zimowy, choć zważywszy że ma dość świąteczny wydźwięk, używałabym jej z nieskrywaną radością w grudniu;).
(cena - od 214 zł za 50 ml)

Profumum Roma Acqua e Zucchero edp miałam trudne przejścia z tym zapachem:). Na początku byłam zdecydowanie ,,na nie", ponieważ rozczarował mnie prostotą i dość spożywczym ujęciem  składników - pachnie jak połączenie dwóch olejków aromatyzujących ciasto, a mianowicie olejku waniliowego i migdałowego, dodałabym do tego jeszcze mleczko do opalania. Po jakimś czasie go polubiłam: jest dyskretny, otulający, można się w nim poczuć bezpiecznie. I choć zdaję sobie sprawę, że nie jest wart swojej ceny, to na małą próbkę kiedyś na pewno jeszcze się zdecyduję.
(cena - 285 zł za 18 ml)

Terry de Gunzburg Bleu Paradis edp - to zapach róży, proszku do prania i  słodko-kwaśnego liczi. Uważam, że nie wyróżnia się niczym specjalnym, choć najprawdopodobniej moja opinia podyktowana jest ogólną niechęcią do perfum odwzorowujących zapach czystości. Może po prostu jeszcze nie trafiłam na te właściwe:). 
(cena - 490 zł za 100 ml)

Arquiste Infanta en flor edp - to zapach dla kobiet o stalowych nerwach;). Poważnie:). Jeśli nie przeraża Was naręcze białych kwiatów ze skórzanym akordem, odrobiną kurzu, a to wszystko w iście aptecznym klimacie, zachęcam do testów. Mnie się nie udało unieść tego zapachu.
(cena - od 499 zł za 55 ml)

Jestem ciekawa, które perfumy Was zaintrygowały?:)

Witajcie! :)

Nie umiem zachować umiaru w kwestii perfum oraz błyszczyków, ale tym stwierdzeniem pewnie nie zaskoczyłam nikogo, kto zagląda na mojego bloga choćby od kilku tygodni:). Mam wrażenie, że nawet ich pokaźna ilość w ogóle by mnie nie przytłoczyła, także tym większa radość im bardziej rozrasta się mój zbiór:).

Na ogół jest tak, że zaczynam poznawać daną firmę od produktów do ust i tak samo było w przypadku Smashboxa: na początku był lakier do ust w kolorze Pout, o którym pisałam w styczniu --->Be Legendary Long Wear Lip Lacquer, teraz przyszła kolej na błyszczyk w odcieniu Coraline.


Według producenta błyszczyk zapewnia nierealnie lekkie odczucie i szkliste wykończenie w żywym, wibrującym odcieniu -  obietnica jak zwykle brzmi bardzo zachęcająco:).

Coraline to kolor stonowanej brzoskwini, który bardzo naturalnie prezentuje się na ustach, dlatego będzie dobrym wyborem na co dzień. Jego wykończenie jest tzw. lustrzanym blaskiem z prawdziwego zdarzenia, a takie również idealnie trafia w moje preferencje. Ten odcień nie zawiera drobinek, więc przeciwniczki iskrzących dodatków mogą odetchnąć z ulgą;).

Jeśli chodzi o formułę, jest ona bardzo przyjemna ze względu na właściwości nawilżające i odżywcze. Do trwałości również nie można mieć zastrzeżeń: sądzę, że przez 3-4 godziny powinien się utrzymać.

Tafla, którą wyczarowuje Be Legendary Lip Gloss może nie powiększa jakoś spektakularnie tak jak to czynią specjalistyczne błyszczyki, które w nazwie mają ,,lip plumper", ale efekt pełniejszych ust jest zauważalny.

Jedyna wada, o której trzeba wspomnieć przy tym kolorze, to fakt, że trochę osadza się w zagłębieniach ust.


Podsumowując, muszę przyznać, że kolejnemu kosmetykowi ze Smashboxa udało się sprostać moim oczekiwaniom, więc w dalszym ciągu będę eksplorować ten teren;).





Jeśli macie ochotę zobaczyć inne kolory tych błyszczyków, polecam zajrzeć do Agnieszki (White Praline), a konkretnie do tego wpisu--->Smashbox Be Legendary. Przy okazji zachęcam też do przeczytania wpisu ---> Smashboxmania.